Okołoksiążkowy miszmasz: A może nad morze? Z książką – 08.07.2016

To naprawdę wstyd, żeby osoba mieszkająca w Gdańsku wybierała się na spacer po Sopocie raz na dwa lata. A jednak był mi potrzebny kopniak w postaci spotkania autorów, blogerów i innych uzależnionych od książek indywiduów, żeby wyciągnąć mnie z domu – nad morze i do ludzi.

Każdy na pewno dobrze zna to uczucie, kiedy wchodzi po raz pierwszy do zgranego, świetnie ze sobą zżytego towarzystwa, gdzie każdy każdego świetnie zna i lubi. Zapewne wyglądałam trochę jak wystraszony żuczek, kiedy weszłam cichaczem na piątą już edycję kameralnego spotkania „A może nad morze? Z książką” w sopockiej Zatoce Sztuki. Wszyscy wokół witali się serdecznymi uściskami, a ja onieśmielona twarzami znanymi z internetów, stałam na środku z butami w garści jak ostatnia sierotka. Szybko wyczaiłam kogoś równie zagubionego jak ja i czym prędzej się przykolegowałam. Wobec czego imprezę zaczęłyśmy we dwie z nowo poznaną Martą podgryzając ciasteczka, obczajając ukradkiem telefony i próbując rozkręcić kulejącą, jak to na początku, rozmowę.

I wiecie co? Ten stan rzeczy trwał jakieś pół godziny. Ani się obejrzałam, a znajdowałam się w centrum rozmów i śmiechów, a z osoby, która robiła zdjęcia wszystkim grupkom znajomych zmieniłam się w osobę przed obiektywem. W dodatku wraz ze świeżo upieczonymi znajomymi! Naprawdę nigdy nie spotkałam się z tak otwartą, ciepłą i sympatyczną grupą pozytywnych wariatów, którzy „nowego na pokładzie” witają z szeroko rozpostartymi ramionami. Po kilku godzinach czułam się jak u siebie. Nie wiem co to za magia, ale uzależniłam się od niej momentalnie.

Jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem spotkania przyłączyłam się do wspólnego czytania na lekko wilgotnym piasku sopockiej plaży w ramach akcji „Woluminy. Głos książki” organizowanej przez Szufladopółkę. To świetna inicjatywa mająca na celu promowanie czytelnictwa jako sposobu na codzienną nudę dopadającą nas w wielu zupełnie prozaicznych sytuacjach  – w kolejce do lekarza, w stojącym w korku autobusie, czy podczas niecierpliwego oczekiwania na rozpoczęcie spotkania. Cały myk polega na tym, by czytać na głos – i sobie i innym znudzonym towarzyszom niedoli. Właśnie w ten sposób po raz pierwszy zetknęłam się z twórczością Agnieszki Pruskiej, która również przeczytała nam kilka stron swojej książki. W „Żeglażu” zakochałam się od dziesiątej strony, czyli od pierwszego trupa, koniecznie muszę dokończyć go na własną rękę. Pierwsze lody zostały przełamane, bo powiem wam w sekrecie, że Zuzanna Szufladopółka jest ekstra!

Kolejnym sposobem na poznanie nowych ludzi, był quiz integracyjny przygotowany przez pomysłodawczynie sopockich spotkań – Beatę Bookfę (blog Lost.In.The.Library) oraz Beatę z bloga Co warto czytać?, który z daleka przypominał maturę, a okazał się być znacznie trudniejszy. Moja grupa nadała mu godny tytuł „Najbardziej znani autorzy i ich najmniej znane dzieła” a wystarczyło zaledwie dopasować nazwiska pisarzy do tytułów dzieł… Cóż, mój wynik to 1/30. Ale nic nie integruje równie skutecznie, co wspólna niewiedza i porządna burza mózgów!

19884334_1793119650715272_8309946104659628460_n

Wielka książkowa wymiana, zbiórka książek dla Szpitala Morskiego im. PCK w Gdyni w ramach akcji „Wędrujące książki”, niejedno losowanie książkowych gadżetów i czas na gadanie, gadanie, gadanie… W końcu miałam z kim się nagadać. O książkach i nie tylko. Poznałam masę fantastycznych osób, między innymi Dorotę z bloga Przeczytanki, Martę z bloga Marta wśród książek, Monikę z bloga Halmanowa, a także Ewę Formella, autorkę mojej książkowej niespodzianki z wymiany, i Agnieszkę Pruską, z którą głowiłam się nad supertrudnym quizem. Udało mi się nawet zamienić kilka słów z Agnieszką z bloga Czytam, bo lubię, którego podglądam cichaczem od samego początku mojej blogerskiej przygody.

Jestem pod wrażeniem profesjonalizmu całego wydarzenia – na każdego z uczestników czekał imienny identyfikator z pamiątkową smyczą z potwornym hasłem od Potwornie Prawdziwe „Zbieram książki, żeby kiedyś wreszcie zbudować z nich fort, odgrodzić się od świata i założyć własne państwo.” (nic dodać, nic ująć, to właśnie moje życiowe motto!) i torba z logo spotkania wypełniona po brzegi dedykowanymi niespodziankami od sponsorów. A fotobudka skutecznie uporała się z resztką mojego początkowego zagubienia. O słodkim poczęstunku i jubileuszowym torcie z kolorową posypką nawet nie wspominam, bo wszystko poszło w boczki. Ale niczego nie żałuję. Organizatorom spotkania, czyli Oli z bloga Aleksanda czyta oraz Zuzi i Alanowi z bloga Recenzjum należą się naprawdę wielka brawa. Serdeczne dzięki również wszystkim sponsorom za genialne prezenty – wyszłam obładowana jak wielbłąd, a co pozycja, to ciekawsza. Potrzebuję dodatkowych kilku godzin na dobę, żeby to wszystko przeczytać i poukładać.

19598790_1087476058084401_7855904240075623422_n

Do zobaczenia za rok, bo już na pewno się mnie nie pozbędziecie!

Okołoksiążkowy miszmasz: Podsumowanie BookAThonu 3-10.07.2017

Ostatni tydzień minął niczym oka mgnienie, strasznie szkoda, że to już koniec. Czas poskładać sobie wszytko do kupy i ocenić co poszło zgodnie z planem, a co zupełnie okrężną drogą. No i spróbować określić gdzie umknął cały ten czas?

Zaliczonych wyzwań: 7/8

3.07 – książka, w której ważną rolę odgrywają zwierzęta -> J. K. Rowling „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Oryginalny scenariusz”
4.07 – książka o przyszłości -> „Architektki”
5.07 – zła książka -> Sylwia Kubryńska „Kobieta dość doskonała”
6.07 – książka, która jest biografią -> „Architektki”
7.07 – książka, która porusza temat tabu -> Sylwia Kubryńska „Kobieta dość doskonała”
8.07 – książka zekranizowana w 2016 lub 2017 roku -> J. K. Rowling „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Oryginalny scenariusz”
9.07 – co najmniej 1500 stron -> ten wynik pomińmy milczeniem.

Co prawda każdą z przeczytanych książek wybrałam tak, by pasowała do dwóch kategorii i trochę zaszalałam z nadinterpretacją tematów (szczególnie przy książce o przyszłości, która u mnie de facto jest książką o przeszłości), ale prawie wszystko się udało. Nie przeczytałam 1500 stron, ale mierząc siły na zamiary nawet tego nie planowałam. Za to spełniłam swoje prywatne dodatkowe wyzwanie – w czasie maratonu nie kupiłam żadnej nowej książki i nie wypożyczyłam nic z biblioteki. Co prawda ze spotkania blogerów w Sopocie wróciłam z pełną siatą książkowych prezentów i nowych pozycji z wymiany, ale to się nie liczy!

Przeczytanych stron: 312+286+164= 762

Czyli zgodnie z mniej optymistycznym planem.

Przeczytanych książek: 3/4

Nie spodziewałam się, że utknę aż na trzy dni przy mojej „złej książce”. Cóż, okazała się naprawdę zła. W związku z tym nie zdążyłam sięgnąć po książkę Rodana, którą planowałam jako „gratis na koniec”.

Swoją drogą zupełnie przypadkowo wybrałam sobie książki bardzo różnorodne i idealnie zrównoważone, podobnie jak moje odczucia po lekturze:
Scenariusz „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” naprawdę bardzo mi się podobał, co przyjęłam z niemałym zaskoczeniem.
Czytając „Architektki” dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam.
Natomiast „Kobieta dość doskonała” kompletnie mi się nie podobała i chociaż się tego spodziewałam, i tak byłam rozczarowana.

Napisanych recenzji: 2/3

Staram się nie sięgać po nową książkę, dopóki na dobre nie rozprawię się z poprzednią. Gdybym nie to postanowienie nigdy nie udałoby mi się nic napisać, tylko rzucałabym się od książki do książki, do świata do świata aż wszystkie refleksje o poprzednich kompletnie uciekłyby mi z głowy. Na czas bookAThonu zrobiłam sobie wyjątek od tej reguły, ale recenzja środkowych „Architektek” już się grzecznie pisze.

Miejsca, w których czytałam: na kanapie (a jak!), na fotelu, w małżeńskim wyrku, przy stole w trakcie konsumpcji, na spacerze z Bobasą, w sklepowej kolejce, na ławce na placu zabaw, na plaży, po kostki w morzu.

Ponadto: podczas czytania pożarłam strasznie dużo owoców i zielonego groszku oraz wypiłam zastraszające ilości herbaty; dwa razy odkładałam książkę Kubryńskiej w kąt i oddawałam się refleksjom na temat „co ja czytam i czemu to sobie robię”; zrobiłam kilka całkiem ładnych zdjęć z książką w tle i wreszcie nauczyłam się je rozjaśniać; oddając się lekturze przypaliłam jeden obiad; oddając się lekturze nie zauważyłam, że Dzieć topi plastikowe gofry w nocniku; oddając się lekturze zachlapałam jedną z książek pomidorówką (ale że to była pozycja o pewnej bardzo niedoskonałej kobiecie, to ani trochę nie było mi szkoda); w tak zwanym międzyczasie zaliczyłam fantastyczne spotkanie A może nad morze? Z książką i wyszłam odrobinę do ludzi.

Podsumowując: Było trochę zachwytów i trochę rozczarowań, przypałętało się też sporo bólu pleców i karku od przyjmowania dziwnych pozycji przy czytaniu. Nie jest idealnie, ale jak na obecne klimaty chyba poszło mi całkiem nieźle. Najważniejsza jest w końcu zabawa i przyjemność z lektury. A w przyszłym roku na pewno będzie jeszcze lepiej!

Za to niekwestionowaną Mistrzynią BookAThonu 2017 została Maj – swój książeczkowy stosik czytała przynajmniej raz (!) każdego dnia maratonu (!!!). Czytała za pomocą mamy, taty i cioci, a także sama zabierała się za przeglądanie wybranych lektur. I powiem szczerze, że sięgając po swoje zaplanowane lektury oraz wiele niezaplanowanych znowu i znowu (naprawdę bez chwili wytchnienia, chyba wszystko znam już na pamięć!), nie jestem pewna, czy nie zawstydziła mnie z ilością przeczytanych stron.

Podsumowując część 2: To był szalenie intensywny i bardzo zaczytany tydzień. Obie jak zwykle bawiłyśmy się świetnie w wybornym towarzystwie książek. Trochę odpoczniemy i pewnie znowu rzucimy się w wir trochę bardziej spontanicznego czytania, bo tak naprawdę nasze życie to jeden wielki książkowy maraton (O, to mi się udało. Oficjalnie ogłaszam to zdanie złotą myślą naszego bookAThonu!). A tak z mniejszą ilością patosu: było super! Prosimy o więcej takich imprez!

Okołoksiążkowy miszmasz: BookAThon 03-10.07.2017

Choć za oknem ani trochę tego nie widać, wreszcie przyszło lato. W zeszłym roku nie udało mi się zaangażować w tą akcję, ale zapamiętałam sobie „na przyszłość”, że kiedy kończą się truskawki, zaczyna się BookAThon, czyli fantastyczne książkowe wydarzenie organizowane przez Ewelinę Mierzwińską, Anitę Boharewicz oraz Karolinę Żebrowską. No i w końcu się doczekałam! Już jutro startuje kolejna edycja tygodniowego maratonu czytelniczego, będącego imprezą otwarcia wakacji dla moli książkowych. Siedem dni i siedem tematycznych wyzwań, a w gratisie dyskusje, konkursy i duża dawka wzajemnej motywacji na facebookowym fanpage’u.

Tegoroczne tematy to wyzwania z prawdziwego zdarzenia i przyznaję, że musiałam się nieźle nagimnastykować, żeby wyszukać na moim przepastnym regale wstydu pasujące do nich lektury. Bo to właśnie moje prywatne, ósme wyzwanie – sięgać po pozycje tylko i wyłącznie z mojej prywatnej kolekcji „czekających na wyczytanie” – ogłaszam szlaban na bibliotekę i jeszcze większy szlaban na książkowe zakupy. Mam nadzieję, że uda mi się wytrwać w tym postanowieniu nieco dłużej niż przez ten jeden wczesnowakacyjny tydzień.

Ponadto starałam się wybierać książki tak, żeby pasowały do więcej niż jednego tematu na raz. Dobrze wiem, że jeśli zaplanuję sobie tydzień książkowego maratonu z ambitnym założeniem czytania jednej książki dziennie, to moja mała Maj zaplanuje nam w odwecie tydzień maratonu bez godziny snu. Wolę więc mierzyć siły na zamiary, szczególnie, że zawsze wolałam czytać trochę wolniej, a za to z większą przyjemnością. Kiedy już wczuję się na dobre w fikcyjny świat, nie tak łatwo mi go opuścić.

K. Rowling „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Oryginalny scenariusz” – książka, której naprawdę miałam nie kupować. Uwielbiam wszystko, co związane z magicznym światem Harrego Pottera i sam film naprawdę bardzo mi się podobał ale posiadanie oprawionego scenariusza uważałam za zbędną fanaberię. Aż do momentu, w którym zobaczyłam tą przepiękną okładkę i wszystkie moje postanowienia poszły na pizzę, a ja dołączyłam pierwszą przygodę Newta Skamandera do swojej Kolekcji Książek Nieprzeczytanych. Podczas maratonu zaliczam tą pozycję do dwóch kategorii – „Książka, w której ważną rolę odgrywają zwierzęta” i „Książka zekranizowana w 2016 roku”.

Sylwia Kubryńska „Kobieta dość doskonała” – oto i ona, pozycja, która swego czasu miała bardzo dobrą reklamę i o której słyszałam same pełne zachwytów opinie. A ja jak na złość, mimo kilku podejść, kompletnie nie mogę przez nią przebrnąć. Tym razem musi się udać. W moim bookAThonowym zestawieniu występuje w roli „Złej książki”, bo tak już zaczęłam o niej myśleć. Sądząc po stężeniu feminizmu już na pierwszej stronie, myślę że bez problemu mogę ją zaliczyć również do kategorii „Książka, która porusza tematy tabu.” Poczytamy, zobaczymy.

„Architektura jest najważniejsza. Architektki” – przyznaję bez bicia, że naprawdę nie lubię czytać biografii, dlatego jako wyzwanie na czwarty dzień maratonu wybrałam zbiór esejów poświęconych sylwetkom sześciu wybitnych architektek. Mam nadzieję, że znajdę w tej książce trochę opowieści o kobietach, trochę o życiu i trochę o sztuce, dzięki czemu nie umrę z nudów (co jest w moim przypadku nieodłącznym elementem zagłębiania się w biografie).
Kolejnym tematem w literaturze, za którym naprawdę nie przepadam, są wizje przyszłości (za co gdzieś głęboko w sercu po dziś dzień obwiniam pewnego pana Lema i katusze, które mi zgotował), nie mam za to nic przeciwko osobom, które myślą przyszłościowo i biorą czynny udział w kształtowaniu owej przyszłości. Architektki opowiadające się po stronie modernizmu, kreatorki polskiej nowoczesności idealnie wpasują się w wyzwanie na drugi dzień maratonu. Chyba tylko historyk potrafi odnaleźć przyszłość w przeszłości, ale z drugiej strony kto historykowi zabroni?

Andrzej Rodan „Życie seksualne papagejów” – i na sam koniec, jeśli tylko starczy mi czasu (a Bobasa pozwoli sobie pofolgować) zostawiłam sobie tą oto książkę-zagadkę. Wyszperałam ją kiedyś na targu staroci i prawdę mówiąc kupiłam po okładce. Wygląda na taką, która z prawdziwą rozkoszą poruszy wszystkie tematy tabu na jakie tylko się natknie i coś czuję w kościach, że to może być bardzo zła książką – aż nie mogę się doczekać lektury!

Jak widać już na samym zdjęciu mojego stosika, nie podejmuję się ostatniego z wyzwań – mój najbardziej optymistyczny scenariusz (wraz z książką Rodana) zakłada przeczytanie 955 stron, a to do 1500 daleka droga. Nie można mieć jednak wszystkiego, a lepiej nie kusić licha. Kto wie, może w przyszłym roku bardziej zaszaleję?

Tak wyglądają moje ambitne plany, teraz czas na przedstawienie majowego stosiku na maraton! Razem z Bobasą wybrałyśmy następujące pozycje do wspólnego czytania:

_20170702_104433

03.07 „Zwierzęta i ich dzieci” – zwierzątka są super, a małe zwierzątka to już w ogóle szaleństwo i słodycz w czystej postaci. Im więcej, tym lepiej!
04.07 „Magda i jej buldożer” to wręcz wymarzona pozycja o przyszłości. Kobiety na buldożery!
05.07 Cudowna „Myszka” Doroty Gellner wystąpi jako „Zła książka”. Nie dlatego, że nie jest fantastyczna, ale dlatego, że porusza temat złości i radzenia sobie z tą emocją.
06.07 Anthony Browne „Moja mama” będzie naszą biografią. Uniwersalna i ponadczasowa opowieść o najważniejszej osobie na świecie.
07.07 Hector Dexet „Kto zjadł biedronkę?” – szczera rozmowa o upodobaniach kulinarnych, szczególnie tych nie fit i nie wege to temat coraz bardziej tabu. No bo czy ktoś się przyznaje do zjedzenia biedronki?
08.07 „Mały Lewis Caroll. Alicja w Krainie czarów” – co prawda w 2016 roku na ekrany kin wszedł film pod tytułem „Alicja po drugiej stronie lustra”, ale jako pierwszy kontakt z bohaterami, obrazkowa wersja historii o Alicji i Króliku jak najbardziej wystarczy.
09.07 – oczywiście i w tym przypadku nie podejmujemy się wyzwania dotyczącego 1500 przeczytanych stron. Chociaż książeczki są czytane tyle razy wciąż na nowo, że może nie powinnam tak od razu skreślać naszych możliwości…? :D

Zapowiada się naprawdę zaczytany tydzień, wszystkim współuczestnikom życzę dobrej zabawy samych świetnych książek! Powodzenia!

BKTN_Promka_Poster

 

Okołoksiążkowy miszmasz: Warszawskie Targi Książki 2017

Sporo czasu już minęło, emocje nieco opadły, nacieszyłam się zdobyczami – w końcu mogę w miarę spokojnie podejść do podsumowania mojego pierwszego kontaktu z Targami Książki.

Już od kilku lat marzyła mi się wycieczka na warszawskie targi, ale zawsze znalazło się coś, co stawało na przeszkodzie. Dlatego w tym roku się zawzięłam, kupiłam bilety na pociąg z miesięcznym wyprzedzeniem i postawiłam rodzinę przed faktem dokonanym – wyrywam się z domu chociaż na jeden dzień. Wybór padł na sobotę, bo tego dnia najłatwiej wrobić mojego Ślubnego w opiekę nad Bobasą, a i w niedzielę zawsze znajdzie się chwila na odespanie gorączki sobotniej nocy.

Wsiadłam zagtem w pociąg o nieludzkiej 4 rano i wyruszyłam na podbój stolicy. W dodatku z uśmiechem na twarzy i radością w sercu, bo oto nadszedł dzień tylko i wyłącznie dla mnie w Książkowej Krainie Czarów. Poza lekturą do pociągu i pozycjami na wymianę nie wzięłam ze sobą żadnych książek do podpisu. Wyszłam z założenia, że taka impreza jest świetną okazją do spróbowania czegoś nowego, zaplanowałam zatem polowanie na książki i autografy kilku powszechnie lubianych autorów, z którymi nie miałam dotychczas do czynienia, wyszukanie jakiś cudnych nowości dla Maj i intensywne wchłanianie atmosfery wydarzenia.

DSC_0944.JPG

Pierwsze wrażenie niestety nie było najlepsze. Kiedy (po większych lub mniejszych pomyłkach) znalazłam w Warszawie Stadion Narodowy i już obeszłam go praktycznie wokoło, by idąc za nielicznymi drogowskazami odnaleźć główne wejście na imprezę przywitał mnie aromat grilla i jarmarczna atmosfera biedronkowej wyprzedaży na mało estetycznych straganach przed stadionem. A za drzwiami… gigantyczna kolejka do wejścia. Tłok, ścisk, gorąc i niesamowita duchota ludzkiej ciżby wachlującej się niemrawo biletami w nadziei na złapanie choćby łyka świeżego powietrza. A podobno Polacy nie czytają! Kiedy już myślałam, że przyjdzie mi spędzić najbliższe kilka godzin w iście piekielnej kolejce, jedna z niepozornych pań z ochrony sprzedała mi cynk (chciała poinformować całą kolejkę, ale efekt bez nagłośnienia był taki, że poinformowała kilka stojących najbliżej osób), iż przy wejściu z drugiej strony stadionu nie ma zupełnie nikogo i tam będzie o wiele szybciej. Wierząc na słowo obiegłam stadion ponownie i znalazłam praktycznie nieoznakowane wejście (notabene tuż obok bramy, przez którą dostałam się na stadion) gdzie panowała cisza, spokój i przyjemny chłód. I nagle okazało się,  że dostanie się na targi trwa 30 sekund. A potem już na nic nie zwracałam uwagi, bo znalazłam się w książkowym raju. Przez pierwszą godzinę cieszyłam się podziwianiem zawartości stoisk w komforcie niemalże samotności – najwyraźniej dzielnej Pani Ochroniarce nie udało się przekonać wielu zainteresowanych do porannej przebieżki wokół stadionu w upale. A było warto.

 

Kiedy już nacieszyłam oczy i skusiłam się na pierwsze zakupy dla Bobasy ustawiłam się w pierwszej kolejce po autograf – wybór padł na Kim Holden, bo na zachwalanego powszechnie „Promyczka” już od dawna miałam chęć. Kolejka była obłędna – choć według planu rozdawanie autografów miało potrwać godzinę, przed Kim stanęłam po upływie niemalże dwóch. Podczas kolejkowania zdążyłam kupić książkę do podpisu, zawrzeć pierwsze znajomości, odstać swoje w drugiej, równie imponującej kolejce do Książkowej Wymiany (ta szła znacznie szybciej i była w klimatyzowanym pomieszczeniu), gdzie upolowałam naprawdę smakowite kąski, zawarłam jeszcze milsze znajomości i odetchnęłam w chłodzie; przebuszować przez pobliskie stoiska, uciąć sobie dłuższą pogawędkę z Januszem Leonem Wiśniewskim i Anią Jamróz, którzy podpisali mi cudowną „Marcelinkę” (Swoją drogą to bardzo ciekawe zjawisko – kiedy popularny autor siedzi na stoisku wydawnictwa dziecięcego, przez godzinę niemal nikt do niego nie podejdzie. A kiedy chwilę później przesiądzie się kilka stoisk dalej pod plakat z wielkim zdjęciem jednej ze swoich bardziej znanych książek, tłoczą się wokół niego rzesze fanów.) i jeszcze zacząć „Promyczka” cały czas czekając w tej samej kolejce. Ale kiedy już dostałam się do autorki, wiedziałam, że było warto. Bo Kim okazała się być przemiła – z każdym zamieniła parę słów, każdego uścisnęła, pozowała do setek zdjęć i nie patrząc na upływ czasu podpisywała książki aż do ostatniego fana, by nikt nie odszedł rozczarowany. Miała w sobie tyle pozytywnej energii, że chyba obdzieliła nią każdego w okolicy. Nie wiem, czy istnieje lepsza reklama książki, niż tak sympatyczna autorka.

 

Z całkowicie kontrastową atmosferą spotkałam się jakiś czas później, kiedy skusiłam się na autograf od Charlotte Link – tam wszystko szło tak szybko, że autorka nie miała chwili by podnieść głowę znad podpisywanych książek, nie mówiąc już o przywitaniu się z kimkolwiek. Ale kolejka zniknęła znacznie szybciej.

 

Już po kilku godzinach uginałam się od ciężaru zakupów (a miałam tylko oglądać!) i wszechobecny tłok szybko mnie wyczerpał. W końcu znacznie trudniej przeciskać się w tłumie będąc objuczonym jak wielbłąd – ach, jak zazdrościłam zaradnym i pomysłowym ich walizeczek z kółeczkami! Odsapnęłam nieco słuchając wystąpienia na temat Marii Skłodowskiej Curie (swoją drogą bardzo ciekawego, aż nabrałam ochoty na książkę) podczas czekania na autograf Adama Święckiego. A kiedy już wiedziałam, że nie uniosę już ani strony więcej, pożegnałam się z targami.

 

Może i nie była to Książkowa Kraina Czarów, ale na pewno Książkowy Róg Obfitości i mimo niewielkich niedociągnięć organizacyjnych naprawdę warto było przyjechać znad morza. Łowy uważam za zdecydowanie udane. Bardzo miło wspominam też pogawędki z autorami i ilustratorami książeczek dziecięcych, do których zupełnie nie było kolejek i można sobie było pozwolić na chwilę rozmowy. Bardzo podobała mi się również propozycja programu dla dzieci – jak tylko Maj podrośnie, na pewno wybierzemy się razem!

Trochę tylko żałuję kiepskiego wyboru lektury na podróż – „Dziewczyna z pociągu” niemal zanudziła mnie na śmierć, mogłam zamiast niej wziąć „Żarna Niebios” Kossakowskiej i upolować autograf. W przyszłym roku na pewno wybiorę się ponownie, może nawet na dwa dni. Będę już wiedziała, że stadion ma dwa wejścia (a może i w przyszłym roku oba będą wyraźnie oznaczone). I tym razem na pewno wezmę ze sobą wygodną walizkę z dużą ilością kółeczek.

 

 

 

Czytelniczy flash mob – Sobotnie południe: czytanie czy pranie?

Wczorajszy dzień upłynął pod znakiem relaksu – lwie myśli ani przez chwilę nie uciekły w kierunku obowiązku pisania prac, czy zbliżającej się wielkimi krokami sesji.

Już bardzo majowa pogoda na siłę wyciągała z domu. Dodatkowym argumentem przemawiającym za wrzuceniem książki do torebki (jakby potrzeba było do tego jakichkolwiek argumentów) był organizowany przez Wojewódzką i Miejską Bibliotekę Publiczną w Gdańsku flash mob polegający na piętnastominutowej lekturze w jednym z dwóch najpiękniejszych miejsc Gdańska – ja wybrałam czytanie pod Fontanną Neptuna.

flashmob  DSC_1358~2

DSC_1354~2  DSC_1361

Fajny pomysł na promocję czytelnictwa pod chmurką i korzystania z bibliotek. Super, że biblioteka zapewniła przenośny regał z książkami (również tymi dla młodszych czytelników), by przypadkowi przechodnie, którzy akurat nie mieli na podorędziu własnej lektury, bez przeszkód mogli dołączyć do wspólnego czytania. Samo wydarzenie mogłoby moim zdaniem trwać nieco dłużej – ledwo zdążyłam wsiąknąć w fikcyjny świat, a już wszyscy zaczęli się rozchodzić. Szkoda również, że czasowo zbiegliśmy się z innymi inicjatywami – zwłaszcza z akcją kibicowania Lechii Gdańsk, co wprowadziło sporo zamieszania. Jednak w słoneczna sobotę, w samym centrum zabytkowego Gdańska jest to raczej nie do uniknięcia.

Chętnie wezmę udział w kolejnych tego typu wydarzeniach. Może to tylko moje wrażenie, ale na ulicach, w tramwajach, na przystankach, czy na parkowych ławkach można zobaczyć coraz więcej czytających ludzi. Fiasko zeszłorocznej akcji z ogólnodostępnymi książkami w gdańskich tramwajach świadczy o tym, że społeczeństwo wciąż nie jest gotowe na uczciwe korzystanie z „wspólnej własności”, jednak udało się pokazać podróżnym jak fajnym rozwiązaniem jest sięgnięcie po książkę nawet podczas niedługich przejazdów, czy krótkiego oczekiwania. Serce rośnie patrząc na tych wszystkich zaczytanych, a takie społeczne akcje, nawet niewielkie i z pozoru niedostrzegalne przez ogół, mają sens i odnoszą skutek.

1499675_834458106591488_1832699078709187569_n
Powyższe wspólne zdjęcie „czytających między wierszami” podwinęłam z facebookowego profilu Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Gdańsku i nie jest ono moją własnością, podobnie jak ulotka wydarzenia.


Maraton czytania

Zainspirowana facebookowym wydarzeniem zorganizowanym przez Czytam bo lubię postanowiłam cały ten dzień spędzić z książką pod pachą (a także na kolanie, na ławce, na trawce i oczywiście na kanapie – jako, że w dzień tak pogodny jak ten trudno usiedzieć w jednym miejscu). Ponieważ nie przepadam za przerywaniem jednej historii inną, na towarzyszkę tej soboty wybrałam jedną pozycję – książkę Jojo Moyers „Razem będzie lepiej” – miły prezent od wydawnictwa Znak, który przyszedł pocztą dwa dni temu – oszczędzany (z trudem!) specjalnie na tą okazję.

Przedstawiam fotograficzną relację z dzisiejszego dnia pt. „Książki jednej podróże” – w rolę paparazzi wcielił się Lew Kanapowy.

DSC_1045~2

9:45 – dzbanek pełen herbaty przygotowany, poranne (tak, w sobotę godziny poranne to okolice 10.00) słońce daje z siebie wszystko, lekturę czas zacząć!

DSC_1049~2

11.15 – z takimi argumentami nie da się dyskutować! Decyzja została podjęta. Książka do torebki, kluczyki w dłoń – kierunek Sopot.

DSC_1059~2 DSC_1055~2 DSC_1056~2

12.30 – nad morzem książka smakuje najlepiej.

DSC_1077~3

14.00 – podczas wycieczki odwiedziłam dwa miejsca –  Muzeum Sopotu, gdzie niestety pocałowałam klamkę (zamknięte z powodu zmiany ekspozycji) i Zatokę Sztuki, gdzie podczas targów grafiki i fotografii zostałam szczęśliwą posiadaczką powyższego dzieła. [uwaga: lokowanie produktu!] Serdecznie polecam Agatart i Karo’s Art & Photography, które z pewnością będą wkrótce sławne, tworzą prawdziwe cuda!

19.30 – dłuuuugi spacer, dużą pizzę i dwie porcje lodów później trzeba było wrócić do domu. Pierwszy prawdziwie słoneczny dzień był zbyt absorbujący, by wpływało to dobrze na tempo lektury – dopiero 150 stron za mną. Ale na szczęście moja ukochana kanapa wiernie na mnie czekała. Przygnieciona kotami szybko się z niej nie ruszę.

DSC_1068~2 DSC_1071~2

20.00 – pojawiły się pewne problemy natury technicznej.

DSC_1073~2

23.30 – czas na regenerację sił.

DSC_1079~2

12.04, czyli Dzień Następny:

Podsumowanie:
~ 24 godziny, w tym 8 na świeżym powietrzu i 8 smacznego snu – 461 przeczytanych stron;
~ książka podróżowała: w torebce, na siedzeniu w samochodzie, bezpośrednio pod pachą;
~ była czytana: przy kuchennym stole, na dwóch białych ławkach na sopockim molo, na brązowej ławce na Monciaku, na kamiennym murku na plaży, w pizzerii, na kanapie;
~ podczas lektury wypito: dzbanek herbaty, owocowe smoothie, szklankę pepsi, sok jabłkowy;
~ podczas lektury zjedzono (pożarto?) – truskawki, pierniczki, lody (gianduia + grapefruit), pizzę z mozarellą, bazylią i pomidorkami koktajlowymi, ponownie lody (wiśnia + karmel);
~ wdychano: jod z morskiego powietrza, zapach pizzy;
~ książka została bohaterką 11 zdjęć, z czego 8 nadaje się do publikacji;
~ [edit 12.04, godz.17.45] powstała recenzja książki;

Podsumowanie lapidarne: Bardzo udany dzień.

Dzięki za wkręcenie w świetną inicjatywę. Zazwyczaj książka jest dopełnieniem dnia – po kilka stron pochłoniętych w autobusie, pod ławką na wykładzie, wieczorem na kanapie, tuż przed snem. Tym razem proporcje zostały odwrócone i cały dzień kręcił się wokół książki, a wszystkie inne zajęcia były dopełnieniem lektury. Na pewno wkrótce to powtórzę i zachęcam do organizowania sobie swoich własnych, powiedzmy co tygodniowych książkowych maratonów. Dla zdrowia!