Okołoksiążkowy miszmasz: Co znalazłam w styczniowym pudełku pielęgnacyjnym od Sowiej Poczty

Wiecie jak uwielbiam boxy subskrypcyjne. Nie ma co tego ukrywać – odkąd „dorosłam” Kinder Niespodzianki przestały mi wystarczać i sięgnęłam po nieco większy kaliber. Wtorkowym wieczorem kurier przyniósł mi przesyłkę od firmy, która kupiła mnie już samą nazwą. Bo Sowiej Poczcie naprawdę trudno byłoby mi się oprzeć.

Zgodnie z moim upodobaniem do próbowania nowych rzeczy przywędrował do mnie box pielęgnacyjny. Szczególnie, że wielkimi krokami zbliżają się walentynki i warto byłoby się trochę… no wiecie… odskrobać :D

Co znalazłam w pudełku:

„Szczęśliwa skóra. Naturalny program domowej EKOpielęgnacji” Adina Grigore – w tematyce urodowej jestem jeszcze kompletnie zielona i nie mam porównania. Nie spotkałam się też wczesniej z książkami wydawnictwa Galaktyka. Ale otworzyłam ją na chybił trafił i z pierwszego zdania, które wpadło mi w oko dowiedziałam się, że powinnam pić więcej wina. Wniosek może więc być tylko jeden – to musi być dobra książka!

Naturalny krem do rąk YOPE. Imbir i drzewo sandałowe – to dla mnie strzał w dziesiątkę, uwielbiam kremy do rąk i, szczególnie zimą, mam po jednym w każdym pokoju i w każdej torebce. Zapach imbiru uwielbiam, a firmę YOPE już od dawna chciałam przetestować. Jestem już pokremowana – przyjemnie pachnie i nie kleję się do klawiatury – zostałam uszczęśliwiona.

Balsam do ust z masłem shea Equilibra – moje kolejne must have – pomadek mam chyba jeszcze więcej niż kremów, bo jeszcze poupychane po kieszeniach. Zużywam je też w zastraszającym tempie, szczególnie odkąd Majka również nauczyła się nimi malować. Bezbarwna, naturalna, o neutralnym zapachu – nie będę się bała pożyczyć jej mojej dwulatce.

Odżywcze mydło naturalne Sylveco. Ziołowa pielęgnacja, rokitnik i werbena – tu dla odmiany kiepski traf. Mydła w kostce nie lubię i nie praktykuję, bo strasznie wysusza mi dłonie i brudzi umywalkę. Chociaż mam z tym produktem spory dylemat, bo z drugiej strony cenię firmę Sylveco i uwielbiam zapach werbeny. Chyba jednak się skuszę, może akurat to mydło będzie wyjątkiem? Miałam w końcu próbować nowości.

Organic Shop. Scrub do ciała “Miodowy cynamon” – skoro już o odskrobywaniu mowa… nie ważne, grunt, że się przyda! Dla mnie super, że ten kosmetyk pachnie przede wszystkim miodowo, a cynamon jest ledwie wyczuwalnym dodatkiem – to bardzo miła niespodzianka, jako że cynamonu po prostu nie lubię. Super też, że słoiczek jest plastikowy. Tak, wiem, plastik rozkłada się tysiące lat, nie jest eko i w ogóle, ale to już takie moje małe dziwactwo – nie lubię szklanych opakowań w łazience, bo jestem łamagą, a szkło i kafelki to nieszczególnie dobre połączenie. Zwłaszcza, kiedy jest się boso.

Próbka kremu do twarzy na noc Biolaven – takich próbek nigdy zbyt wiele. Bardzo lubię zabierać je ze sobą na wyjazdy. Prawdę mówiąc próbki kremu są dla mnie lepszym wyborem, bo o posmarowaniu twarzy kremem pamiętam może raz w tygodniu :)

No i naklejka z sówką – maskotką firmy. Nie powiem, żebym zdążyła dobrze sie jej przyjrzeć, bo Majka przechwyciała ją niemalże od razu. Teram mam naklejoną na kaloryferze, więc trochę z nami zostanie…

Podsumowując – dostałam fajnie zapowiadającą się książkę i najbardziej podstawowe kosmetyki na zimę w nienarzucających się, ale wciąż zimowych zapachach. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona, bo spodziewałam się kolejnego balsamu do ciała i maseczki, a znalazłam produkty, które na pewno wykorzystam (no, zobaczymy jak mi pójdzie z mydłem). Super wybory, dzięki!

Ponadto jestem absolutnie urzeczona odręcznie pisanym listem – w dzisiejszych czasach mało kto praktykuje jeszcze korespondencję wysyłaną metodą tradycyjną, a takie szczegóły jak „spis inwentarza” w pudełku niespodziance jest zwykle pisany na komputerze i wielokrotnie powielany. Fakt, że ktoś zadał sobie tyle wysiłku, że przygotował odręczną notatkę do każdej paczuchy jest w moim odczuciu czymś nobilitującym. Zrobiło mi się po prostu strasznie miło!

Jeśli faktycznie chciałabym się do czegoś przyczepić, to szczegółu, jaki jest opakowanie  – karton był zdecydowanie zbyt wielki, jak na zawartość i nieco chaotycznie owinięty papierem. Jednak paczka była bardzo dobrze wypchana wypełniaczem i zawartość nie ucierpiała. Wiem już od załogi Sowiej Poczty, że nie takie było pierwotne założenie i zawiodła firma zewnętrzna dostarczając nieodpowiednie kartoniki i trzeba było szybko improwizować. W takim wypadku zgadzam się z podjętą decyzją ekipy, bo wolę dostać paczkę w zapowiedzianym terminie (a nawet chwilę wcześniej!) w mniej adekwatnym opakowaniu, niż czekać dłużej. Bardzo podobała mi się również ręcznie wypełniona adresówka, która niestety w znacznej mierze przykryta została listem przewozowym – może następnym razem uda się ją przed tym uchronić.

Zaskakujące, sympatyczne, praktycznie skomponowane.

Pudełko oceniam na 5 z maleńkim minusikiem – do ideału nie brakuje wiele, klimatyczne opakowanie będzie już wisienką na torcie. Jestem też strasznie ciekawa, co otrzymali subskrybenci boxa magicznego i fantastycznego, które również niesamowicie mnie kusiły. I wciąż kuszą… Może ktoś z Was zamówił takie pudełko i chciałby się podzielić wrażeniami?

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Sowiej Poczty.

Reklamy

Okołoksiążkowy miszmasz: 2018 – rok wyzwań

Dotychczas nigdy nie poświęcałam zbyt wiele uwagi akcjom mającym na celu liczenie albo porządkowanie przeczytanych książek – zawsze wydawało mi się, że jestem na to za mało obowiązkowa. Bardzo ładnie widać po moich stosach wstydu i miesięcznych planach czytelniczych, których nigdy nie potrafię dotrzymać, że wybór lektury to u mnie bardzo spontaniczna kwestia. A dwa czynniki – czytanie przede wszystkim dla przyjemności i fatalne wyniki z matematyki – demotywują mnie do liczenia, chociaż pod koniec roku zerkam zwykle na statystyki.

Nie wiem, czy tak było zawsze i ja po prostu przegapiłam tą część internetu, czy to jakaś nowa moda, ale zauważyłam ostatnio prawdziwy wysyp czytelniczych wyzwań – jedno ciekawsze od drugiego – i powiem szczerze, że obok niektórych z nich nie potrafię przejść obojętnie.

Wybrałam kilka najciekawszych, na które po prostu muszę się skusić, i na ich przykładzie przetestuję ten rodzaj motywacji.

Przeczytam 52 książki w 2018 – dotychczas to wyzwanie wychodziło mi samo z siebie i okazywało się miłą niespodzianką pod koniec roku – w 2017 również się udało, bo naliczyłam 58 książek. Ale liczyć na bieżąco naprawdę nie potrafię, więc pewnie jak zwykle wszystko okaże się dopiero po fakcie.

WyPożyczone 2018, czyli wyzwanie czytelnicze Marty z Rudym Spojrzeniem – wszystko co trzeba zrobić, to pożyczać książki! Z bibliotek (zarówno stacjonarnych, jak i internetowych) albo od znajomych. Z biblioteki korzystamy często, szczególnie jeśli chodzi o lektury Majki. Ja bardzo chętnie wypożyczam literaturę młodzieżową, po prostu nie mam już miejsca na te wszystkie serie, z którymi chciałabym się zapoznać. Nie miałam pojęcia jaką liczbę książek zadeklarować, więc podejmując z Bobasą to wyzwanie idziemy na żywioł!

WyPożyczone

22 minuty dziennie wraz z Tak Czytam – to trochę wyzwanie dla komfortu psychicznego, bo czytam dużo więcej niż te 22 minuty każdego dnia, chociażby samej Majce. Ale nie zawsze trzeba przecież dążyć do nie wiadomo jak wygórowanych celów. A taka chwila z książką powinna być zawsze w zasięgu.

Czytelnicze Podróże w Nieznane – bookchallenge Uwaga Czytam – to chyba najfajniejsza lista literackich tematów na jaką trafiłam, aż od razu chce się zabrać za czytanie. Co ważne, nie jest za bardzo rozbudowana, a jednego wyzwania miesięcznie spokojnie mogę się podjąć. Szczególnie, że hasła pozostawiają dużą swobodę interpretacji.

Book challange 2018 v2

Olimpiada Czytelnicza u Pośredniczki Książek – co do tego wyzwania mam najwięcej wątpliwości, bo jednak dużo większą wagę przykładam do przyjemności czytania, niż do ilości. W tym wyzwaniu liczą się przeczytane strony, a ja mam w planie nadrobić parę konkretnych cegłówek, które zbyt długo już kurzą się na regale, więc każda dodatkowa motywacja jest mile widziana.

OP2018

I jeszcze dwa moje prywatne wymysły:

Przede wszystkim postaram się wytrwać w postanowieniu nie zabierania się za nową książkę dopóki nie napiszę chociaż krótkiej notatki o poprzedniej – w przeciwnym razie byłabym stale w czytelniczym ciągu i nigdy nie napisałabym żadnej recenzji (w zeszłym roku prawie się udało – odpuściłam jedną recenzję w święta i po dziś dzień przeczytana książka czeka na recenzję zerkając na mnie z wyrzutem).
A zauważyłam, ze spisywanie wrażeń z lektury sprawia, że zwracam uwagę na więcej szczegółów i lepiej zapamiętuję samą treść. Gimnastyka dla mózgu + fun to idealne połączenie. Warto w tym celu zmusić się do odrobiny samodyscypliny.

Ponadto mam silne postanowienie przeczytać przynajmniej 20 pozycji z moich licznych stosów i półek wstydu. Podobno jak się o czymś napisze (i to publicznie!) to łatwiej potem dotrzymać obietnicy. Liczę na to!

Okołoksiążkowy miszmasz: Rok Lwa 2017 – małe podsumowanie

Nigdy nie poświęcałam czasu na rozpamiętywanie przeszłości i magiczne podsumowania, ale w końcu musi przyjść ten pierwszy raz! A przyznam, że aż sama jestem ciekawa jak wyglądała moja aktywność w zeszłym roku.

Bardzo czytelnie widać rozwój na instagramowym profilu – wszystkie najpopularniejsze zdjęcia, które załapały się do #bestnine2017 pochodzą z ostatnich trzech miesięcy. Podobnie liczba polubień, która w porównaniu z zeszłym rokiem poszybowała w kosmos. Trudno o lepszą motywację do samorozwoju, coś czuję, że doszkolenie w fotografii znajdzie się na mojej liście noworocznych postanowień.

lew_kanapowy (1)

Wzrost aktywności na blogu nie jest tak łatwy do uchwycenia. Bardzo się cieszę, że udało mi się wypracować pewną regularność – utrzymanie rutyny minimum dwóch postów tygodniowo dla tak niezorganizowanej osoby jak ja to niezły sukces. Rzyćmy więc okiem na statystyki:

W 2017 roku:

  • przeczytałam 58 książek (wyzwanie zaliczone, jej!);
    • z których zrecenzowałam 56, a 2 wciąż na recenzje czekają i budzą wyrzuty sumienia;
    • w ramach akcji „Nadrabiam młodzieżówki” odkurzyłam swoją duszę nastolatki i znowu wiem co w trawie piszczy
  • wraz z Majką przeczytałyśmy niezliczoną ilość książeczek dla dzieci (a niektóre z nich czytałyśmy niezliczoną ilość razy…), o których powstały 64 recenzje (pojedyncze i zbiorcze);
    • część z nich powstała we współpracy z Bajkowirem
  • popełniłam również 5 recenzji książkowych pudełek-niespodzianek

 

  • opuściłam strefę komfortu mojej wysiedzianej kanapy
    • brałam udział w trzech kompletnie różnych spotkaniach blogerów (A może nad morze? Z książką, See Bloggers 2017 i Spotkajmy się w Gdyni) gdzie poznałam fantastycznych ludzi
    • założyłam Bobasowy Klub Książki w Bibliotece Domu Sąsiedzkiego „Nasze Ujeścisko”, gdzie wraz z córą dzielimy się naszymi czytelniczymi inspiracjami z innymi mamami i maluszkami

Oto trzy książki, które zrobiły na mnie największe wrażenie w zeszłym roku:

_20170118_182842

_20170220_095321

_20171022_115429

I trzy niekwestionowane hity Majki:

_20170518_120139

_20170328_115830

_20170428_092625

I jeszcze trzy moje ulubione książki dla dzieci:

_20170213_084525

22046018_1472985066119757_4304938739534656678_n

_20171017_124453

Żeby nie było tak różowo, to dorzucę jeszcze dwa największe rozczarowania – dorosłe i dziecięce:

IMG_20170705_212142_854

_20170925_143901

A pomyśleć, że jeszcze rok temu miałam wstręt straszliwy do słowa pisanego po wszystkich tych artystycznie ambitnych (choć czasami naprawdę fascynujących) lekturach czytanych przez pięć lat studiów. I dziczałam w domu z Bobasą, powoli, acz sukcesywnie tracąc umiejętność budowania w miarę logicznych zdań i zapominając słowa niezwiązane ze snem i jedzeniem.

Patrząc na te wszystkie cyferki (a matematyka nigdy nie była moją mocną stroną – 38% z matury zobowiązuje!) nie mogę się nadziwić, że całe to „blogowanie”, zamiast się wypalić, sprawia mi tylko coraz większą radochę. Co to będzie w przyszłym roku?

2018, hear me roar!

Okołoksiążkowy miszmasz: Święta Blogerki

Czy fakt pisania bloga jakkolwiek zmienia moje świąteczne rytuały? Czy Lew Kanapowy spędzi Wigilię i Boże Narodzenie inaczej niż zwykła, szara Agnieszka? Zainspirowana przez cudowną Lenę Murawską spróbuję sama sobie odpowiedzieć na te, niełatwe skądinąd, pytania. Najpierw jednak trzeba by się zastanowić jak właściwie uwielbiam „świętuchować” (naprawdę tak mówiłam jak byłam mała – babcia co roku mi o tym przypomina!)?

W mojej rodzinie w Święta się je. A także degustuje, zajada, objada, a nawet obżera wigilijnymi i świątecznymi przysmakami. Całe szczęście, że nie jestem wysportowaną fit blogerką postującą o ćwiczeniach i zdrowym odżywianiu, bo to tradycja, z której na pewno nie byłabym w stanie zrezygnować. Nawet pociążowe dolegliwości, które ciągną się za mną już prawie dwa lata nie zepsują mi frajdy z łasuchowania – z niezwykłą jak na mnie przezornością zawczasu zaopatrzyłam się w wielką butlę Gastrotussu i hulaj dusza, piekła nie ma!

W mojej rodzinie świętuje się rodzinnie. Dlatego sorry komputerku, ale zostajesz w domu. Relacji z wigilijnej kolacji na insta stories też raczej nie będzie, bo mogę być za bardzo zajęta… cóż – jedzeniem, powstrzymywaniem Bobasy przez zrobieniem rozróby i zakleszczeniem w rodzinnej ciżbie, żeby pamiętać o takich szczegółach jak aktualna pozycja telefonu komórkowego. Chyba jednak nie jestem blogerką z prawdziwego zdarzenia.

W mojej rodzinie w święta się leniuchuje. Serio, piżama to obowiązkowy outfit na przynajmniej jeden świąteczny dzień. W tym miejscu cieszę się niemożebnie, że nie jestem blogerką modową ani urodową, bo też wyszłoby słabo. Relaks z książką, przed telewizorem (w tym roku zamiast tradycyjnych komedii będzie chyba Świnka Peppa) i z grami planszowymi. Postaram się przygotować coś na zapas, ale obawiam się, że okres okołoświąteczny będzie okresem ciszy na blogu.

Czy gdybym nie pisała bloga, moje niespełna dwuletnie dziecię dostałoby 10 nowych książeczek o zimie i Świętach? Z pewnością tak, bo jednak jestem trochę nienormalna pod tym względem i powinnam mieć założoną kontrolę rodzicielską na księgarnie internetowe. Ale przyznaję, że napisanie posta o najfajniejszych książkach dla dzieci w klimacie Bożego Narodzenia łagodzi wyrzuty sumienia zakupoholiczki. Bo to przecież nie jest uzależnienie, tylko inwestycja w bloga :D
Za to z drugiej strony, jako blogerka książkowa powinnam chyba potrafić polecić chociaż kilka książek wprowadzających w świąteczny klimat. A ja kompletnie nie mogę się do nich przekonać – po którą bym nie sięgnęła, okazuje się totalnym gniotem. Wygląda na to, że w tym roku spędzę Boże Narodzenie z aniołkami Kossakowskiej i moim ulubionym „Najgłupszym aniołem”, który wraca do mnie jak bumerang (Boże Narodzenie i zombie apokalipsa to końcu połączenie idealne!). Chyba, że możecie mi coś polecić? Ale takiego naprawdę klimatycznego i nie bardzo smutnego? Żeby od lektury robiło się ciepło na serduchu i w duszy pachniało piernikami.

Jedną z fajniejszych rzeczy, w jakie wkręciłam się blogując jest Świąteczna Wymiana u Królowej Moli. Już drugi raz biorę udział w tej akcji i nie mogę się zdecydować, czy fajniejsze jest dostawanie wyczekiwanej paczki-niespodzianki, czy jednak wyręczanie Mikołaja i kompletowanie prezentu dla swojej „świątecznej ofiary”. Fantastyczna sprawa, polecam bardzo mocno!

Czy gdybym nie miała konta na instagramie, biegałabym za moim kotem i robiła mu upokarzające zdjęcia w zawstydzających pseudomikołajowych nakryciach głowy? Z pewnością – zawsze to robię! Ale zwykle takie kompromitujące fotki wysyłałam do 4 osób wraz ze świątecznymi życzeniami, a tym razem trafią do, mniej więcej, 400 odbiorców (na całe szczęście wzrok moich futrzaków nie jest w stanie zabijać boleśniej niż robił to dotychczas). Tak naprawdę to jest chyba główna różnica – robię zdecydowanie więcej zdjęć. Kiedy tylko wpadnie mi w ręce jeden z moich ukochanych świątecznych gadżetów, zaraz widzę oczyma wyobraźni kompozycję z jedną z książek i muszę ją natychmiast zrealizować.

Ale mam nadzieję, że kiedy już nadejdzie ten świąteczny czas, uda mi się odłożyć telefon na bok, zamknąć klapę laptopa i całkowicie oddać się rodzinnej celebracji offline. I tego również Wam z całego serca życzę!

Okołoksiążkowy miszmasz: Spotkajmy się w Gdyni IV – 21.10.2017

Czy można zorganizować spotkanie dla blogerek, które przebiegnie w przesympatycznej atmosferze, będzie w 100% przyjazne mamom z dziećmi i jednocześnie zapewni dużą dawkę wiedzy? Jak widać tak!

Marta z Rudym Spojrzeniem i Żaneta z Mother and Son zadbały o imprezę idealną – w niesamowicie eleganckich wnętrzach Hotelu Faltom, (którego nigdy nie spodziewałabym się w niekoniecznie atrakcyjnej wizualnie okolicy, jaką jest granica Gdyni i Rumii), z pysznym tortem od Cake by Me i mnóstwem atrakcji.

Na „Spotkajmy się w Gdyni” byłam po raz pierwszy, ale na pewno nie ostatni!

Większość zdjęć, które wykorzystałam w swojej relacji wykonała Małgorzata Jonczyk Fotografia Rodzinna – w końcu ktoś cyknął mi fotę z książką! A ja nawet nie zauważyłam kiedy :D

4Q9A1197

A co podobało mi się najbardziej?

Prelekcje

Pod względem merytorycznym było to najbardziej wartościowe blogerskie spotkanie, na którym byłam (nie, żebym była jakimś doświadczonym bywalcem). Szczególnie zapadło mi w pamięć wystąpienie Asi z Made by Gigi, która wprowadziła nas w tajniki instagramowania, dzięki której nareszcie wiem dlaczego tak często znika mi opis pod zdjęciem. Dorota Platzer przekonała mnie do ściągnięcia twittera, przed którym tak długo się broniłam (chyba jednak nie chwycę tego bakcyla, ale dam mu szansę), a Elwira Piwowarska z Wirtualnej Polski podrzuciła słuchaczkom kilka sposobów na zwiększenie poczytności pisanych przez nas tekstów. Choć żałuję trochę, że w swej prezentacji nie odniosła się bezpośrednio do mojego bloga, jej uwagi byłyby bardzo pomocne. Swoją drogą to bardzo fajny pomysł na warsztaty w kolejnej edycji – grupowa burza mózgów nad stronami uczestniczek przy wsparciu eksperta.

No i wielkie dzięki dla Leny Murawskiej, która mimo braku fizycznej możliwości uczestnictwa połączyła się z nami przez komunikator. Jej koncepcja hierarchii wartości daje do myślenia, chociaż jak na razie blog nie jest dla mnie jakoś super wysoko ;)

Kids friendly

Wsród uczestniczek przodowały blogerki parentingowe i lifestylowe, które przybyły do Gdyni obwieszone swoimi latoroślami. A organizatorki były na to świetnie przygotowane! Hotel Faltom dysponuje fantastyczną salą zabaw, a pieczę nad maluchami pełniła przesympatyczna animatorka z radoCHA. Maj jest jeszcze trochę za mała, żeby hasać bez mamy, ale na kolejne spotkanie wybierzemy się wspólnie. I jeszcze zabierzemy Tatę na doczepkę.

Ponadto widok blogujących mam słuchających prelekcji przy jednoczesnym zabawianiu bobasów na kocyku, bujaniu wózkiem czy karmieniu niezwykle stymulował działanie jajników – ten widok praktycznie namówił mnie na drugie dziecko. Na całe szczęście wzmożona intensywność myśli prokreacyjnych minęła mi natychmiast po powrocie do domu.

Rodzinna atmosfera

Chcesz zabrać ze sobą dzieci? No problem, zabawimy. Męża? Pewnie, zapraszamy! I chociaż bogaty i całkiem napięty plan spotkania nie pozwolił na tak zaawansowaną integrację między uczestniczkami jak „A może nad morze? Z książką!”, na którym byłam w lipcu, tak ciepła, przyjazna atmosfera to jeden z największych uroków „Spotkajmy się w Gdyni”. A uchwycony moment, w którym przygotowująca się do prelekcji Elwira przytrzymuje przebierane maleństwo jest tego najwspanialszą ilustracją.

4Q9A1230.jpg

Licytacja charytatywna

Dzięki uprzejmości licznych sponsorów miałyśmy szansę wylicytować prawdziwe skarby. Nie byłabym sobą, gdybym nie wyszła z książkami dla Bobasy („Billy i potwór” oraz „Ernest”), a jako pierwszy i naczelny łakomczuch skusiłam się również na sosy balsamiczne, które uświetnią moje sałatki (wiecie, że nigdy nie używałam sosu balsamicznego?!) i eko słoiczki dla Mai, które teraz fantastycznie mnie ratują kiedy mam kulinarnego lenia podczas mężowej delegacji. Za to po dziś dzień żałuję, że nie zawalczyłam o boski różowy fotel, w końcu gdzies bym go w domu upchnęła!

Ale najważniejsze, że cały dochód z licytacji został przeznaczony dla Hospicjum Bursztynowa Przystań w Gdyni – udało nam się uzbierać prawie 1500 zł!

A poza tym każda z uczestniczek została obdarowana fantastyczną paczuchą – Wydawnictwo EneDueRabe podrzuciło mi dwa świetnie zapowiadające się tytuły do recenzji -„Huśtawkę” oraz „Billy i gwizdek” (recenzja TUTAJ), Ziaja Polska rozpieściła moją kobiecą stronę, a BodyMax zapewnił solidną dawkę energii na całą zimę! Nie wiem, czy skorzystam z vouchera na sesję coachingową z Próg życia, ale uroczy breloczek od Love Domowe już jest w użyciu.

Swoją drogą wiedzieliście, że Ziaja ma specjalną linię kosmetyków zapobiegającą powstawaniu zmarszczek wynikających z korzystania z urządzeń mobilnych (tzw. efektom tech neck)? Idealne dla blogerek :D

Uczestniczki

Nie zdążyłam pogadać z każdym, ale niewątpliwie mam teraz bardzo dużo nowych blogów do czytania i instagramów do podglądania – książkowych, dzieciowych i o pięknym życiu. A podczas czytania przypominam sobie świetne babki, będące „po drugiej stronie”.

~*~

A jeśli juz naprawdę miałąbym się do czegoś przyczepić, to jako osobie wiecznie nienażartej, było mi trochę mało obiadu – choć rybka była pyszna, trafił mi sie wyjątkowo niewielki kawałeczek. A po powrocie do sali było mi trochę głupio, kiedy dopełniając żołądek zjadłam ostatnie ciastka. Ale może taki był plan, bo ze spotkania bynajmniej głodna nie wyszłam – porcja pełnego owoców tortu była tak konkretna, że ledwo podołałam.

Tylko na koniec ponad 20 zł opłaty za parking trochę zabolało.

Jeszcze raz wielkie brawa dla organizatorek i prelegentek – zrobiłyście kawał dobrej roboty!
Wielkie dzięki wszystkim darczyńcom, jesteście super!

Wydawnictwo Zielona Sowa22539938_1717565451649326_6310041386430238898_n
Heyday Group
Love Domowe
JuicyColors.pl
Ziaja Polska
Smileat
poczytne.pl
Bodymax – dzień pełen energii
Novae Res – Wydawnictwo Innowacyjne
Artepoint.pl Twoje dekoracje wnętrz.
Wydawnictwo EneDueRabe
Qameleo
Małgorzata Jonczyk Fotografia Rodzinna

Przeczytajcie również wrażenia innych uczestniczek:
~ Rozkminy Tiny
~ Mix of life
~ Latorośle
~ Mama i syn zgrany team
~ Mother and son
~ Mamowato

 

Okołoksiążkowy miszmasz: Wielka Wymiana Książkowa #przeczytajipodajdalej4

To pierwszy raz, kiedy biorę udział w tej akcji, nie mam pojęcia jakim cudem przegapiłam aż trzy edycje! Wielka Wymiana książkowa ma na celu nie tylko upolowanie smakowitych literackich kąsków w zamian za przewietrzenie własnej biblioteczki, ale jest jest również świetnym sposobem na promocję czytelnictwa. I super zabawą.

Wydarzenie organizowane jest przez Magdę z bloga SAVE THE MAGIC MOMENTS i Dagę SOCJOPATKĘ, za co jestem wdzięczna  i bardzo podziwiam, bo sama jestem organizacyjną gułą i totalnym beztalenciem w ogarnianiu czegokolwiek poza własnym życiem. Akcja toczy się przede wszystkim na powyższych blogach, gdzie znajdziecie linki do ofert wszystkich biorących udział blogerów i spisy książek od osób nieblogujących (szukajcie ich w komentarzach) oraz na facebookowym wydarzeniu i instagramie (fotki z hasztagiem #przeczytajipodajdalej4).

 

To świetny sposób na zdobycie fantastycznych pozycji praktycznie za bezcen, bo jedynym kosztem jest wysyłka (chyba, że któryś z amatorów pozycji z mojej biblioteczki ma przy okazji ochotę na kawę i ploty na terenie Gdańska, wtedy już zupełna darmoszka). No i jak wiadomo, ofiarowanie książkom drugiego (a później zapewne i kolejnych) życia to super sprawa – nie ma co ukrywać, nie do wszystkich książek będziemy jeszcze wracać a na nowe pozycje trzeba zrobić miejsce.

Cała akcja trwa od dziś do 10.10, ale kto pierwszy, ten lepszy ;)

Przetrząsnęłam dom od podłogi do sufitu i uzbierałam całkiem sporą górkę książek, które chętnie znajdą nowy dom, wśród nich naprawdę opasłe tomiszcza!

Mój stosik na wymianę:

  1. Jonas Karlsson „Rachunek” – stan idealny – wymienione z Aleksandrą
  2. Jojo Moyes „We wspólnym rytmie” – stan idealny *egzemplarz recenzencki – wymienione z Delishe
  3. Michał R. Wiśniewski „Hello world” – stan dobry (niewielkie wgniecenie na grzbiecie)
  4. Dominika Smoleń „Cena naszych pragnień” – stan idealny
  5. Susan Dennard „Prawdodziejka” – stan idealny
  6. Michael Hastings „Wszyscy ludzie generała” – stan bardzo dobry (kilka cytatów delikatnie podkreślonych ołówkiem) *egzemplarz recenzencki
  7. Sylwia Kubińska „Kobieta dość doskonała” – stan dobry (niewielkie zagięcia grzbietu okładki)wymienione z Bianka – Szefowa Podwórka
  8. Andrzej Depko, Sylwia Jędrzejewska „Chciałabym, chciała…” – stan idealny

 

9. Susie Hodge „Dlaczego sztuka pełna jest golasów?” – stan idealnywymienione z Natalia Róża Świat Tomskiego
10. Robert Galbraith „Żniwa Zła” – stan bardzo dobrywymienione z Lustro Rzeczywistości
11. Jürgen Thorwald „Ginekolodzy” – stan bardzo dobrywymienione z Socjopatką
12. Kaz Cooke „Dzieciozmagania” – stan idealnywymienione z doniagie
13. Hanya Yanagihara „Małe życie”, audiobook – nowy, jeszcze w folii
14. R. A. Kulik „Mechanik Dusz. Autowiwisekcja” – stan idealny
15. Terry Pratchett „Niewidoczni akademicy” – stan idealny
16. Martin Widmark, Emilia Dziubak „Tyczka w krainie szczęścia” – stan idealny – wymienione z Bardziej lubię książki, niż ludzi

 

W razie potrzeby mogę zrobić dodatkowe zdjęcia. Informuję również, że wszystkie obiekty na fotografiach, które nie są książkami (szczególnie kot) nie podlegają wymianie. Jeśli coś z mojego stosu wpadnie Ci w oko, zostaw swoją ofertę w komentarzu.

Udanych łowów!

Okołoksiążkowy miszmasz: Co znalazłam we wrześniowym artboxie od niezlasztuka.net

Pudełka-niespodzianki to moja mała słabość, co na pewno da się zauważyć po ilości moich boxowych recenzji. Ale ArtBox jest jak dotąd jedynym, na zakup którego skusiłam się ponownie. Całe szczęście, że to pudełko wychodzi tak rzadko – naprawdę trudno okiełznać ciekawość i powstrzymać się przed kupnem, ale dwa razy do roku można pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa, prawda? Szczególnie, że kupno paczki to cegiełka wspierająca pewien fantastyczny projekt.

Tym razem wybrany przeze mnie box był nieco droższy – kosztował 159 zł w wersji podstawowej (koszt poprzedniej edycji to 99 zł), natomiast wersja deluxe okazała się odrobinę tańsza – 339 zł, zamiast 399 zł jak poprzednio. Okazało się jednak, że pudełko jest nie tylko droższe, ale i znacznie bardziej wypełnione (i sporo cięższe!), niż przy moim pierwszym zakupie.

Na co trafiłam tym razem?

Coś do poczytania:
­­„Dlaczego sztuka pełna jest golasów?” Susie Hodge – to pierwszy zgrzyt – książka jest rewelacyjna, ale po prostu już ją mam (to się chyba nazywa nadmiar szczęścia :D). Wyczuwam chyba nadchodzący konkurs… Albo zrobię komuś fajny prezent. Książkę w każdym razie polecam bardzo, musze się wreszcie zabrać za recenzję!
„Dzieci bohaterów” Lyonell Trouillot – zapowiada się strasznie, ale intrygująco.
„Lente. Kwartalnik śródziemnomorski” – z tym czasopismem jeszcze się nie spotkałam i chętnie zapoznam się z archiwalnym numerem. Będzie idealny na deszczowe popołudnie pod kocem.

Coś do posłuchania:
Audiobook „Tango z książkami” Janusza Rudnickiego – nie znam, ale zapowiada się ciekawie. Szkoda tylko, że trafiłam na drugą część.
Kod na calutki miesiąc słuchania audiobooków na storytel.pl – super sprawa. Generalnie nie słucham audiobooków, bo trwają strasznie długo nie mam do nich cierpliwości. Ostatnie odsłuchane przeze mnie książki to lektury szkolne podczas przedmaturalnych powtórek i zwykle miałam z nimi taki problem, że w połowie porzucałam słuchawki i sama kończyłam czytanie znacznie szybciej. Może ta szansa pomoże mi zmienić moje nastawienie, a książki, których nie mam w wersji papierowej będą znacznie lepszą opcją do słuchania. Szczególnie, że można jednocześnie gotować obiad :D

Coś na ząb:
Wiśnie suszone i sok wiśniowy od Cherry Tree – wiśnie uwielbiam w każdej ilości i pod każdą postacią, połowa już pożarta (połowa tylko dlatego, że przyzwoitość nakazuje podzielić się z mężem :D).

Coś do pielęgnacji ciała:
Odbudowujący szampon pszeniczno-owsiany od Sylveco – jeśli chodzi o szampony jestem bardzo wybredna, bo mało jaki kosmetyk nie powoduje u mnie reakcji alergicznej. Chętnie wypróbuję propozycję opartą na naturalnych składnikach, ale do nowości w tym temacie podchodzę raczej nieufnie.
Naturalne mydło z glinką od Hagi Cosmetics – mydeł w kostce nie używam – babrzą się, brudzą zlew i zostawiają wysuszoną skórę. To wygląda specyficznie, więc chyba jednak zostanie wypróbowane zamiast zniknąć w odmętach szafy, ale jest to raczej nietrafiona niespodzianka.
Nawilżający balsam do ciała od Senelle Cosmetics – balsamów nigdy zbyt wiele, na pewno się zużyje (to jeden z niewielu kosmetyków, które naprawdę używam), po niespodziance, jaką zrobiła mi Miodowa Mydlarnia w poprzednim boxie do testów podochodzę z entuzjazmem.

Coś do domu:
Klocki „On My Mind. Happy” od Wooden Story – trzy niewielkie drewniane bloczki, a przeurocze. Słodko i minimalistycznie. Tak mi się podobają, że jeszcze nie pokazałam ich Bobasie – najpierw musze się sama nacieszyć :D

Metalowa zakładka do książki od Hundred Bookmarks – to moja pierwsza zakładka z tego tworzywa, dotychczas byłam raczej wierna papiero (i papierkom :D). Estetyczna, zimna i grawerowana artystycznym cytatem. Jeszcze nie wiem, czy wygodna w użyciu, ale na pewno się dowiem i podzielę wrażeniami. Ponadto to niespodzianka w naprawdę zaskakującym opakowaniu – nieproporcjonalnie dużym kartoniku wypełnionym kukurydzianymi eko chrupkami czaiło się niewielkie, eleganckie pudełeczko. Gdyby nazwa firmy nie była tak sugestywna to zawartość opakowania byłaby chyba największym zaskoczeniem tego boxa.

Świecznik od Artlantyda – malutkie cudeńko w pięknych turkusowo-błękitnych odcieniach. To właśnie w takich drobiazgach tkwi twórcza dusza ArtBoxa i tego chciałabym dostać więcej. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia, to mój faworyt 3 edycji ArtBoxa!

Doniczka (kubeczek?) – ten gadżet to całkowite przeciwieństwo frywolnej formy powyższego świecznika – w pełni kontrolowana forma prosto z koła garncarskiego i stonowane kolory ułożone w schludne paseczki. Elegancko i pod kontrolą. A jednak wciąż artystycznie.

Poszewka na poduszkę od Hayka – na słomianą pościel natrafiliśmy jakiś czas temu w jednym ze sklepów i ta koncepcja nas zachwyciła, choć udało nam się powstrzymać od zakupu. Idealnie trafiony prezent – teraz już na pewno dokompletuję resztę pościeli. I zapewne na słomie się nie skończy ;)

Skarpetki od Many Mornings – a tu dla kontrastu kompletne pudło. Nie dlatego, że skarpetki z San Escobar mi się nie podobają, ale… już je mam! Z całej oferty sklepu skusiłam się swego czasu na dwa wzory i jeden z nich mi się zdublował! Szczęście w nieszczęściu, że poprzednio kupowałam dla męża, a te są trochę mniejsze (choć wciąż nieco na mnie za duże) – będziemy nosić takie same ;)

Skórzany brelok od Black Fog – surowy i w intensywnym kolorze, idealny do przytwierdzenia przy pasku. Raczej nie używam takich gadżetów, więc nie koniecznie trafia w moje gusta, ale kto wie, może kiedyś się przyda?

I na koniec drobiazg, który zaskoczył mnie najbardziej – spodziewałam się, że szeleszcząca zawartość niewielkiej papierowej paczuszki jest niebanalną herbatą i odłożyłam ją na bok. A kiedy nabrałam ochoty na chwilę relaksu z gorącym naparem okazało się, że w środku kryje się… naszyjnik w stylu boho od Lennoniady, moja mina w tamtym momencie musiała być bezbłędna! A sam wisiorek jest zaskakująco lekki i będzie się idealnie prezentował na grubym swetrze.

Podsumowując – po raz kolejny zaskoczyła mnie szybkość wysyłki i ilość drobiazgów ukrytych w paczce. Kto by pomyślał, że taki zgrabny kartonik aż tyle pomieści! Tym razem miałam po prostu pecha – no bo jakie jest prawdopodobieństwo trafienia dwóch rzeczy, które już się ma? I to głównie te powtórki zawyżają procent nietrafionych niespodzianek. Po raz kolejny mam wrażenie, że w pudełku jest trochę za dużo kosmetyków – nie jest to w końcu box urodowy. Czuję również pewien niedosyt jeśli chodzi o samą sztukę – świetnie, że kładzie się nacisk na wybieranie przedmiotów użytkowych, estetyzacja życia codziennego to super sprawa, a pudełko pomaga kupującemu otaczać się przedmiotami artystycznymi, niebanalnymi i w dodatku funkcjonalnymi. Szczególnie, że same przedmioty są wyjątkowe i pełne uroku. Co jednak ze sztuką dla samej sztuki? Wydaje mi się, że taki zakup to idealny pretekst do odrobiny hedonizmu ;)
Przyznam szczerze, że liczyłam też na małą powtórkę drobiazgu, który w poprzednim boxie skradł mi serce, czyli wydruku artystycznego (na ścianie mam jeszcze sporo miejsca, a z takich reprodukcji można by uzbierać piękną kolekcję).
Zawartość tego pudełka oceniam na 5 z małym minusem (i to za kolejne mydło zamiast mojego wymarzonego wydruku, bo przecież na pechowe powtórki organizatorki nie mają wypływu ;P).

Coś czuję, że zostanę stałym klientem, bo od ArtBoxa trudno się uwolnić, a ja już wypatruję czwartej edycji. Mniej mydła, więcej sztuki!

Okołoksiążkowy miszmasz: Nostalgiczny post z okazji ćwierćwiecza, czyli dlaczego starą bułą będąc wciąż sięgam po książki młodzieżowe + szalone urodzinowe konkursy

Jest taki dzień w roku, który uporczywie przypomina nam o nieuchronnym upływie czasu i nadchodzącej nieubłaganie starości. URODZINY – dzień radości i grozy, hucznego świętowania i melancholijnych przemyśleń. Tak się składa, że moje wypadają akurat dzisiaj i chyba dopadł mnie z tej okazji mały urodzinowy kryzys – kryzys ćwierćwiecza. To w sumie dziwne, bo przecież wciąż jestem piękna i młoda i cały czas mi się wydaje, że dorosłość jeszcze nadejdzie.

W tym wieku powinnam zapewne sięgać już po smętną, ambitną i bardzo poważną literaturę i czasem faktycznie mi się to udaje, ale nie ukrywajmy, że ostatnimi czasy wśród moich wyborów czytelniczych prym wiodą książki młodzieżowe. I świetnie, bo moim skromnym zdaniem młodzieżówki są super. Nie tylko dlatego, że dzięki nim czuję się znowu jak nastolatka, bo w sumie to praktycznie non stop czuje się jak nastolatka  ( i znając mnie będę się tak czuła do późnej starości aż w końcu zaawansowany artretyzm nie pozwoli mi dłużej upierać się przy swoim :D). Żeby nie być gołosłowną, przygotowałam pięć żelaznych argumentów na potwierdzenie tej tezy.

Dlaczego starą bułą będąc, wciąż sięgam po książki młodzieżowe:

  1. Są lekkie i przyjemne – pozwalają się zrelaksować, nie kończą się kacem, nie trzeba ich odchorowywać tygodniami. Co więcej, bywają świetnym lekiem na owego na książkowego kaca. Moja akcja „Nadrabiam młodzieżówki” zaczęła się właśnie od prób pozbycia się tej mało przyjemnej przypadłości, która dopadła mnie po „Małym życiu” i strasznie długo nie chciała mnie opuścić.
  2. Nie wymagają bezwzględnego skupienia – w każdym momencie można je szybko odłożyć, zdjąć dziecko z kaloryfera i wrócić do przerwanej lektury bez konieczności cofania się o kilka stron by na nowo odnaleźć się w akcji. Bardzo trudno zgubić w nich wątek.
  3. Zapewniają nostalgiczny powrót do przeszłości – jestem z rocznika, który miał szczęście dorastać wraz z Harrym Potterem i to właśnie ta książka zaszczepiła we mnie miłość do czytania. Na pierwszym tomie nauczyłam się płynnie składać litery w słowa i słowa w zadania, a każdy kolejny pochłaniałam już następnego dnia po premierze, nie mówiąc już o fanfikach, których przeczytałam chyba pół internetu. Po dziś dzień sięgam po ten cykl od czasu do czasu, szczególnie kiedy mi smutno i żle. I prawdę mówiąc wciąż czekam na swój list z Hogwartu :D
    Dzięki pani Rowling moje dzieciństwo było magiczne, a każda książka, która przenosi mnie do świata pełnego czarów, zdumiewających przygód i prawdziwej przyjaźni wprowadza mnie w klimat „beztroskich lat”, kiedy to największym moim zmartwieniem był szlaban na czytanie (podobno inne dzieci miały szlabany na komputer i wychodzenie na podwórko) i skonfiskowana książka schowana na podwieszanych szafkach w kuchni. Doskonale pamiętam, że pod nieobecność rodziców wchodziłam po nią po konstrukcji ze stołu i krzesła i w tej pozycji czytałam, żeby zdążyć ją szybko odłożyć na miejsce na pierwszy odgłos klucza w zamku. To były czasy!
  4. Zazwyczaj są nieskomplikowane – nie wymagają dostępu do słownika, czy encyklopedii ani specjalistycznej wiedzy, dzięki czemu można czytać je w wannie, w półśnie, pchając wózek, czy drugą ręką klepiąc babki w piaskownicy.
  5. Opowiadają świetne historie – książki młodzieżowe to przecież genialne przygody (pamiętacie „Tajemniczą Wyspę” Juliusza Verne’a?), płomienne romanse, fantastyczne stworzenia i spora dawka sprytnie wplecionej w nie wiedzy i życiowych doświadczeń. Porywają, uczą, wzruszają i przekazują uniwersalne prawdy.

Zatem już wiecie dlaczego moja miłość do tego gatunku jest „jak stąd do księżyca”. A że urodziny to dzień radosny, chciałabym się z wami moją miłością podzielić. Pamiętacie jak za starych dobrych czasów solenizant przynosił do szkoły cukierki (a tym, których wyjątkowo lubił pozwalał wziąć dwa)? Ja dla odmiany chciałabym rozdać książki, dlatego przygotowałam aż trzy konkursy – jeden na blogu, jeden na Instagramie i jeden na facebooku, jest zatem w czym wybierać. Szczególnie, że do zdobycia sią właśnie moje ukochane książki młodzieżowe, a każda z nich jest kompletnie z innej bajki.

Zatem jeśli macie ochotę na delikatnie romantyczne „Jak powietrze”, zapraszam na facebooka (świstoklik), magiczne „Zakazane życzenie” czeka na Instagramie (świstoklik), a emocjonujące „The call. Wezwanie” można upolować poniżej. Konkursy będą trwały aż do końca wakacji, więc czasu do namysłu jest więcej niż dość.

Lwi KONKURS URODZINOWY na blogu (04.08-31.08) – „The call. Wezwanie”

_20170802_134513

Zasady są super proste, wystarczy:
1. Udzielić w komentarzu krótkiej odpowiedzi na pytanie „Dlaczego książki są prostokątne?”
2. Podać swój adres email (niezbędny do kontaktu ze zwycięzcą)
3. Podpisać się lub po prostu podać nick, pod którym obserwuje się mojego bloga.

I tyle. Wyniki podam w przeciągu tygodnia od zakończenia konkursu. Nagrody wysyłam wyłącznie na terytorium Polski.

Miłej zabawy!

Okołoksiążkowy miszmasz: See Bloggers 22-23.07.2017

To było moje najpierwsiejsze See Bloggers i dopiero drugie spotkanie z ludźmi z internetów, więc były emocje, ekscytacja i morze entuzjazmu. Nastraszona wizjami niebotycznej kolejki do rejestracji, spodziewając się scen iście dantejskich niczym w poniedziałek rano przed wejściem do Lidla, stawiłam się w Gdyni jeszcze przed 9.

_20170722_090833

Z merytorycznego punktu widzenia spodziewałam się jednak czegoś więcej – brak panelu związanego z szeroko pojętą kulturą był dla mnie sporym zaskoczeniem. Niestety nie udało mi się zapisać na jedyny warsztat, na którym naprawdę mi zależało (ten chyba najbardziej rozchwytywany – o pisaniu historii z Januszem Leonem Wiśniewskim) i po dziś dzień pluję sobie w brodę, że nie poszłam wybłagać pod drzwiami, żeby mnie jednak wpuścili. Wobec tego postanowiłam podążyć za mainstreamem i spróbować tego, co proponują organizatorzy – zapisałam się więc na wszystkie te warsztaty, które choć trochę wpasowały się w moje zainteresowania, brzmiały całkiem ciekawie i były na nie miejsca. I w ten oto sposób blogerka książkowa dekorowała stół na garden party, malowała paznokcie i robiła zdjęcia :D

Z tego zestawienia najlepiej bawiłam się na warsztatach prowadzonych przez dziewczyny z Make Home Easier wraz z firmą DUKA. Przyznaję uczciwie, że mam niesamowitą słabość do wszystkich tych cudnych filiżanek, miseczek, garnuszków i kubeczków (a że do tego jestem strasznych chomikiem, to w moim mieszkaniu praktycznie nie można się ruszyć). Aranżowanie stołowej kompozycji to zawsze fajne ćwiczenie, szczególnie, że moje zdjęcia książek, to zazwyczaj właśnie martwe natury stołowe ;)

Dekorowanie paznokci pyłkami świecącymi w ciemności zorganizowane przez firmę CHIODO nieco mnie rozczarowało – najpierw pod względem organizacyjnym, bo samo spotkanie opóźniło się o ponad pół godziny i zabrakło kamery, żeby móc naśladować ruchy instruktorki „na żywo”. Również same wzory nie do końca wpisały się w moje gusta. Przyznaję, że liczyłam na jakieś ckliwe kwiatuszki i bardziej zaawansowane cieniowanie kolorów, a wzory (choć z pewnością w letnim i plażowym klimacie) były dla mnie trochę zbyt przaśne. Jedyną nowością, do której nie doszłam jako samouk metodą prób i błędów, było dla mnie faktycznie dekorowanie fluorescencyjnymi pyłkami, z którymi się wcześniej nie zetknęłam.
Całkiem przyjemna zabawa, mimo, że nie wyniosłam z warsztatów prawie żadnych nowych umiejętności. Ale jako osoba, która nie zajmuje się tym zawodowo, a jedyne paznokciowe szaleństwa popełnia na własnych dłoniach, nie miałam większych oczekiwań.

Zupełnie czegoś innego spodziewałam się za to po warsztatach fotografii mobilnej z firmą ASUS prowadzonych przez Mariusza Stachowiaka. Przyznaję, że nastawiałam się na faktycznie praktyczny warsztat, podczas którego poznam lepiej funkcje i możliwości aparatu ukrytego sprytnie w smartfonie i poćwiczę pod okiem profesjonalisty. Warsztat okazał się jednak bardziej prelekcją opartą na porównywaniu dobrych ujęć z tymi gorszymi. A przynajmniej podczas pierwszej godziny, bo po tym czasie wymknęłam się chyłkiem. Jestem za to niezwykle wdzięczna za kilka słów na temat kompozycji zdjęcia i slajd z obrazem, który uratował moje przekonanie, że sztuka jest wszędzie! <3

IMG_20170723_144410_932

Ponadto wybrałam się na kilka innych wykładów – otwartych lub z akurat wolnymi miejscami poświęconych samemu blogowaniu. Na prelekcji Jacka Kłosińskiego o organizacji pracy blogera dowiedziałam się, że w pisaniu magisterki przeszkadzał mi mój „mózg misia pandy” i że „wszystko jest projektem”, poznałam też kilka naprawdę fajnych aplikacji, które pomogą w ogarnięciu życia, koniecznie musze je wypróbować. Podczas wywiadu z Mają Sablewską posłuchałam nieco o autentyczności blogera. Całe szczęście, że z tym akurat chyba nie mam problemu (w końcu prywata wylewa się u mnie z co drugiego zdania), bo kompletnie nie mogłam się skupić przez obserwację zdumiewających możliwości plastycznych ludzkiego ciała wymaganych do wygięcia kobiecej kostki pod naprawdę zdumiewającym kątem w butach na obcasach. Prelekcja „Infliencerze! Tak widzą Cie agencje!” uświadomiła mi za to dość przerażającą prawdę o tym, jak bardzo obserwowany jest każdy mój ruch w internecie.

Trochę żałuję, że nie trafiłam na wykład Alabasterfox poświęcony instagramowi, bo podobno był naprawdę świetny, a w ramach podnoszenie kwalifikacji fotograficznych nie zdecydowałam się na prelekcję Jest Rudo, bo z niej chyba wyniosłabym więcej praktycznej wiedzy. Zdobyłam za to niezwykle cenne doświadczenia i przyszłoroczne wybory z pewnością będą jeszcze bardziej trafione.

Mam wrażenie, że tegoroczna edycja odbyła się pod hasłem dbania o urodę. Nie ukrywam, że blogerka książkowa też baba i oczy świeciły mi się do tych wszystkich mazidełek, które chętnie obejrzałam, obwąchałam i wypróbowałam, ale moim zdaniem przydałaby się do tego godna reprezentacja sektora kultury.

Wykłady wykładami, marki markami, wiedza wiedzą, ale na See Bloggers wybrałam się przede wszystkim w celu uspołecznienia i poznania nowych ludzi. I te cel udało mi się spełnić w stu procentach. Świetnie spędziłam czas z Dominiką z Book jeden wie, Zuzą Szufladopółką, Ulą z Pełen Zlew, Izą z Nie tylko różowo i Eweliną z Blair Czyta (przepraszam, że przez cały dzień zwracałam się do Ciebie imieniem twojego kota!) – przemiło było was poznać/poznać lepiej/wreszcie się spotkać, nie mogłam wymarzyć sobie lepszego towarzystwa! Wielkie dzięki za spotkanie również tym, z którymi zdążyłam wymienić tylko kilka zdań i przelotne uściski – Marcie z Rudym spojrzeniem, Dianie z Bardziej lubię książki, Pauli z Rude recenzuje, Oli z bloga Parapet literackiParapet literacki, Karolinie z The carolina’s book i Agnieszce z Alicja ma kota (Bardzo przepraszam, że na Ciebie nakrzyczałam! Ale wyobrażacie sobie, że nie dość, że nazywa się Agnieszka, to jeszcze wcale nie ma kota?! Ktoś tu chyba nie był na prelekcji Sablewskiej o autentyczności w internetach! :D) – strasznie miło było Was poznać, wierzę, że jeszcze nie raz spotkamy się w realu. A w przyszłym roku weźmiemy See Bloggers szturmem i doczekamy się panelu pełnego kultury!

Nie miałam chwili na nudę (ani na obiad swoją drogą), spotkałam świetnych  i inspirujących ludzi, wyszłam cała obładowana prezentami (od kosmetyków i lakierów do paznokci aż po tyle owsianki, że ledwo mogłam ją unieść :D) i byłam na pierwszej imprezie od ładnych kilku lat. A podobno chcąc wyjść z internetu do ludzi nie powinnam wybierać się na See Bloggers ;)

A oto moje #seeculture z przymrużeniem oka, czyli co robi blogerka książkowa na See Bloggers:

  1. degustuje wykwintne jadło
  • pierwszy raz próbuje jarmużu (ble)
    DSC_0152
  • hasztaguje – nie tak łatwo wyciągnąć blogera z internetu
    DSC_0830
  • omdlewa oszołomiony darami losuDSC_0044
  • oblega fotobudki
  • przegania nudę wraz z Szufladopółką i #głosksiążki
    DSC_0125 (1)
  • ploteczkuje
  • dyktuje Mikołajowi na uszko długaśną listę prezentów
    IMG_20170722_113344_823
  • oszałamia wdziękiem
    DSC_0222
  • spotyka cudownie inspirujących ludzi

Do zobaczenia za rok!