Okołoksiążkowy miszmasz: A może nad morze? Z książką – 08.07.2016

To naprawdę wstyd, żeby osoba mieszkająca w Gdańsku wybierała się na spacer po Sopocie raz na dwa lata. A jednak był mi potrzebny kopniak w postaci spotkania autorów, blogerów i innych uzależnionych od książek indywiduów, żeby wyciągnąć mnie z domu – nad morze i do ludzi.

Każdy na pewno dobrze zna to uczucie, kiedy wchodzi po raz pierwszy do zgranego, świetnie ze sobą zżytego towarzystwa, gdzie każdy każdego świetnie zna i lubi. Zapewne wyglądałam trochę jak wystraszony żuczek, kiedy weszłam cichaczem na piątą już edycję kameralnego spotkania „A może nad morze? Z książką” w sopockiej Zatoce Sztuki. Wszyscy wokół witali się serdecznymi uściskami, a ja onieśmielona twarzami znanymi z internetów, stałam na środku z butami w garści jak ostatnia sierotka. Szybko wyczaiłam kogoś równie zagubionego jak ja i czym prędzej się przykolegowałam. Wobec czego imprezę zaczęłyśmy we dwie z nowo poznaną Martą podgryzając ciasteczka, obczajając ukradkiem telefony i próbując rozkręcić kulejącą, jak to na początku, rozmowę.

I wiecie co? Ten stan rzeczy trwał jakieś pół godziny. Ani się obejrzałam, a znajdowałam się w centrum rozmów i śmiechów, a z osoby, która robiła zdjęcia wszystkim grupkom znajomych zmieniłam się w osobę przed obiektywem. W dodatku wraz ze świeżo upieczonymi znajomymi! Naprawdę nigdy nie spotkałam się z tak otwartą, ciepłą i sympatyczną grupą pozytywnych wariatów, którzy „nowego na pokładzie” witają z szeroko rozpostartymi ramionami. Po kilku godzinach czułam się jak u siebie. Nie wiem co to za magia, ale uzależniłam się od niej momentalnie.

Jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem spotkania przyłączyłam się do wspólnego czytania na lekko wilgotnym piasku sopockiej plaży w ramach akcji „Woluminy. Głos książki” organizowanej przez Szufladopółkę. To świetna inicjatywa mająca na celu promowanie czytelnictwa jako sposobu na codzienną nudę dopadającą nas w wielu zupełnie prozaicznych sytuacjach  – w kolejce do lekarza, w stojącym w korku autobusie, czy podczas niecierpliwego oczekiwania na rozpoczęcie spotkania. Cały myk polega na tym, by czytać na głos – i sobie i innym znudzonym towarzyszom niedoli. Właśnie w ten sposób po raz pierwszy zetknęłam się z twórczością Agnieszki Pruskiej, która również przeczytała nam kilka stron swojej książki. W „Żeglażu” zakochałam się od dziesiątej strony, czyli od pierwszego trupa, koniecznie muszę dokończyć go na własną rękę. Pierwsze lody zostały przełamane, bo powiem wam w sekrecie, że Zuzanna Szufladopółka jest ekstra!

Kolejnym sposobem na poznanie nowych ludzi, był quiz integracyjny przygotowany przez pomysłodawczynie sopockich spotkań – Beatę Bookfę (blog Lost.In.The.Library) oraz Beatę z bloga Co warto czytać?, który z daleka przypominał maturę, a okazał się być znacznie trudniejszy. Moja grupa nadała mu godny tytuł „Najbardziej znani autorzy i ich najmniej znane dzieła” a wystarczyło zaledwie dopasować nazwiska pisarzy do tytułów dzieł… Cóż, mój wynik to 1/30. Ale nic nie integruje równie skutecznie, co wspólna niewiedza i porządna burza mózgów!

19884334_1793119650715272_8309946104659628460_n

Wielka książkowa wymiana, zbiórka książek dla Szpitala Morskiego im. PCK w Gdyni w ramach akcji „Wędrujące książki”, niejedno losowanie książkowych gadżetów i czas na gadanie, gadanie, gadanie… W końcu miałam z kim się nagadać. O książkach i nie tylko. Poznałam masę fantastycznych osób, między innymi Dorotę z bloga Przeczytanki, Martę z bloga Marta wśród książek, Monikę z bloga Halmanowa, a także Ewę Formella, autorkę mojej książkowej niespodzianki z wymiany, i Agnieszkę Pruską, z którą głowiłam się nad supertrudnym quizem. Udało mi się nawet zamienić kilka słów z Agnieszką z bloga Czytam, bo lubię, którego podglądam cichaczem od samego początku mojej blogerskiej przygody.

Jestem pod wrażeniem profesjonalizmu całego wydarzenia – na każdego z uczestników czekał imienny identyfikator z pamiątkową smyczą z potwornym hasłem od Potwornie Prawdziwe „Zbieram książki, żeby kiedyś wreszcie zbudować z nich fort, odgrodzić się od świata i założyć własne państwo.” (nic dodać, nic ująć, to właśnie moje życiowe motto!) i torba z logo spotkania wypełniona po brzegi dedykowanymi niespodziankami od sponsorów. A fotobudka skutecznie uporała się z resztką mojego początkowego zagubienia. O słodkim poczęstunku i jubileuszowym torcie z kolorową posypką nawet nie wspominam, bo wszystko poszło w boczki. Ale niczego nie żałuję. Organizatorom spotkania, czyli Oli z bloga Aleksanda czyta oraz Zuzi i Alanowi z bloga Recenzjum należą się naprawdę wielka brawa. Serdeczne dzięki również wszystkim sponsorom za genialne prezenty – wyszłam obładowana jak wielbłąd, a co pozycja, to ciekawsza. Potrzebuję dodatkowych kilku godzin na dobę, żeby to wszystko przeczytać i poukładać.

19598790_1087476058084401_7855904240075623422_n

Do zobaczenia za rok, bo już na pewno się mnie nie pozbędziecie!

Okołoksiążkowy miszmasz: Podsumowanie BookAThonu 3-10.07.2017

Ostatni tydzień minął niczym oka mgnienie, strasznie szkoda, że to już koniec. Czas poskładać sobie wszytko do kupy i ocenić co poszło zgodnie z planem, a co zupełnie okrężną drogą. No i spróbować określić gdzie umknął cały ten czas?

Zaliczonych wyzwań: 7/8

3.07 – książka, w której ważną rolę odgrywają zwierzęta -> J. K. Rowling „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Oryginalny scenariusz”
4.07 – książka o przyszłości -> „Architektki”
5.07 – zła książka -> Sylwia Kubryńska „Kobieta dość doskonała”
6.07 – książka, która jest biografią -> „Architektki”
7.07 – książka, która porusza temat tabu -> Sylwia Kubryńska „Kobieta dość doskonała”
8.07 – książka zekranizowana w 2016 lub 2017 roku -> J. K. Rowling „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Oryginalny scenariusz”
9.07 – co najmniej 1500 stron -> ten wynik pomińmy milczeniem.

Co prawda każdą z przeczytanych książek wybrałam tak, by pasowała do dwóch kategorii i trochę zaszalałam z nadinterpretacją tematów (szczególnie przy książce o przyszłości, która u mnie de facto jest książką o przeszłości), ale prawie wszystko się udało. Nie przeczytałam 1500 stron, ale mierząc siły na zamiary nawet tego nie planowałam. Za to spełniłam swoje prywatne dodatkowe wyzwanie – w czasie maratonu nie kupiłam żadnej nowej książki i nie wypożyczyłam nic z biblioteki. Co prawda ze spotkania blogerów w Sopocie wróciłam z pełną siatą książkowych prezentów i nowych pozycji z wymiany, ale to się nie liczy!

Przeczytanych stron: 312+286+164= 762

Czyli zgodnie z mniej optymistycznym planem.

Przeczytanych książek: 3/4

Nie spodziewałam się, że utknę aż na trzy dni przy mojej „złej książce”. Cóż, okazała się naprawdę zła. W związku z tym nie zdążyłam sięgnąć po książkę Rodana, którą planowałam jako „gratis na koniec”.

Swoją drogą zupełnie przypadkowo wybrałam sobie książki bardzo różnorodne i idealnie zrównoważone, podobnie jak moje odczucia po lekturze:
Scenariusz „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” naprawdę bardzo mi się podobał, co przyjęłam z niemałym zaskoczeniem.
Czytając „Architektki” dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam.
Natomiast „Kobieta dość doskonała” kompletnie mi się nie podobała i chociaż się tego spodziewałam, i tak byłam rozczarowana.

Napisanych recenzji: 2/3

Staram się nie sięgać po nową książkę, dopóki na dobre nie rozprawię się z poprzednią. Gdybym nie to postanowienie nigdy nie udałoby mi się nic napisać, tylko rzucałabym się od książki do książki, do świata do świata aż wszystkie refleksje o poprzednich kompletnie uciekłyby mi z głowy. Na czas bookAThonu zrobiłam sobie wyjątek od tej reguły, ale recenzja środkowych „Architektek” już się grzecznie pisze.

Miejsca, w których czytałam: na kanapie (a jak!), na fotelu, w małżeńskim wyrku, przy stole w trakcie konsumpcji, na spacerze z Bobasą, w sklepowej kolejce, na ławce na placu zabaw, na plaży, po kostki w morzu.

Ponadto: podczas czytania pożarłam strasznie dużo owoców i zielonego groszku oraz wypiłam zastraszające ilości herbaty; dwa razy odkładałam książkę Kubryńskiej w kąt i oddawałam się refleksjom na temat „co ja czytam i czemu to sobie robię”; zrobiłam kilka całkiem ładnych zdjęć z książką w tle i wreszcie nauczyłam się je rozjaśniać; oddając się lekturze przypaliłam jeden obiad; oddając się lekturze nie zauważyłam, że Dzieć topi plastikowe gofry w nocniku; oddając się lekturze zachlapałam jedną z książek pomidorówką (ale że to była pozycja o pewnej bardzo niedoskonałej kobiecie, to ani trochę nie było mi szkoda); w tak zwanym międzyczasie zaliczyłam fantastyczne spotkanie A może nad morze? Z książką i wyszłam odrobinę do ludzi.

Podsumowując: Było trochę zachwytów i trochę rozczarowań, przypałętało się też sporo bólu pleców i karku od przyjmowania dziwnych pozycji przy czytaniu. Nie jest idealnie, ale jak na obecne klimaty chyba poszło mi całkiem nieźle. Najważniejsza jest w końcu zabawa i przyjemność z lektury. A w przyszłym roku na pewno będzie jeszcze lepiej!

Za to niekwestionowaną Mistrzynią BookAThonu 2017 została Maj – swój książeczkowy stosik czytała przynajmniej raz (!) każdego dnia maratonu (!!!). Czytała za pomocą mamy, taty i cioci, a także sama zabierała się za przeglądanie wybranych lektur. I powiem szczerze, że sięgając po swoje zaplanowane lektury oraz wiele niezaplanowanych znowu i znowu (naprawdę bez chwili wytchnienia, chyba wszystko znam już na pamięć!), nie jestem pewna, czy nie zawstydziła mnie z ilością przeczytanych stron.

Podsumowując część 2: To był szalenie intensywny i bardzo zaczytany tydzień. Obie jak zwykle bawiłyśmy się świetnie w wybornym towarzystwie książek. Trochę odpoczniemy i pewnie znowu rzucimy się w wir trochę bardziej spontanicznego czytania, bo tak naprawdę nasze życie to jeden wielki książkowy maraton (O, to mi się udało. Oficjalnie ogłaszam to zdanie złotą myślą naszego bookAThonu!). A tak z mniejszą ilością patosu: było super! Prosimy o więcej takich imprez!

Okołoksiążkowy miszmasz: BookAThon 03-10.07.2017

Choć za oknem ani trochę tego nie widać, wreszcie przyszło lato. W zeszłym roku nie udało mi się zaangażować w tą akcję, ale zapamiętałam sobie „na przyszłość”, że kiedy kończą się truskawki, zaczyna się BookAThon, czyli fantastyczne książkowe wydarzenie organizowane przez Ewelinę Mierzwińską, Anitę Boharewicz oraz Karolinę Żebrowską. No i w końcu się doczekałam! Już jutro startuje kolejna edycja tygodniowego maratonu czytelniczego, będącego imprezą otwarcia wakacji dla moli książkowych. Siedem dni i siedem tematycznych wyzwań, a w gratisie dyskusje, konkursy i duża dawka wzajemnej motywacji na facebookowym fanpage’u.

Tegoroczne tematy to wyzwania z prawdziwego zdarzenia i przyznaję, że musiałam się nieźle nagimnastykować, żeby wyszukać na moim przepastnym regale wstydu pasujące do nich lektury. Bo to właśnie moje prywatne, ósme wyzwanie – sięgać po pozycje tylko i wyłącznie z mojej prywatnej kolekcji „czekających na wyczytanie” – ogłaszam szlaban na bibliotekę i jeszcze większy szlaban na książkowe zakupy. Mam nadzieję, że uda mi się wytrwać w tym postanowieniu nieco dłużej niż przez ten jeden wczesnowakacyjny tydzień.

Ponadto starałam się wybierać książki tak, żeby pasowały do więcej niż jednego tematu na raz. Dobrze wiem, że jeśli zaplanuję sobie tydzień książkowego maratonu z ambitnym założeniem czytania jednej książki dziennie, to moja mała Maj zaplanuje nam w odwecie tydzień maratonu bez godziny snu. Wolę więc mierzyć siły na zamiary, szczególnie, że zawsze wolałam czytać trochę wolniej, a za to z większą przyjemnością. Kiedy już wczuję się na dobre w fikcyjny świat, nie tak łatwo mi go opuścić.

K. Rowling „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Oryginalny scenariusz” – książka, której naprawdę miałam nie kupować. Uwielbiam wszystko, co związane z magicznym światem Harrego Pottera i sam film naprawdę bardzo mi się podobał ale posiadanie oprawionego scenariusza uważałam za zbędną fanaberię. Aż do momentu, w którym zobaczyłam tą przepiękną okładkę i wszystkie moje postanowienia poszły na pizzę, a ja dołączyłam pierwszą przygodę Newta Skamandera do swojej Kolekcji Książek Nieprzeczytanych. Podczas maratonu zaliczam tą pozycję do dwóch kategorii – „Książka, w której ważną rolę odgrywają zwierzęta” i „Książka zekranizowana w 2016 roku”.

Sylwia Kubryńska „Kobieta dość doskonała” – oto i ona, pozycja, która swego czasu miała bardzo dobrą reklamę i o której słyszałam same pełne zachwytów opinie. A ja jak na złość, mimo kilku podejść, kompletnie nie mogę przez nią przebrnąć. Tym razem musi się udać. W moim bookAThonowym zestawieniu występuje w roli „Złej książki”, bo tak już zaczęłam o niej myśleć. Sądząc po stężeniu feminizmu już na pierwszej stronie, myślę że bez problemu mogę ją zaliczyć również do kategorii „Książka, która porusza tematy tabu.” Poczytamy, zobaczymy.

„Architektura jest najważniejsza. Architektki” – przyznaję bez bicia, że naprawdę nie lubię czytać biografii, dlatego jako wyzwanie na czwarty dzień maratonu wybrałam zbiór esejów poświęconych sylwetkom sześciu wybitnych architektek. Mam nadzieję, że znajdę w tej książce trochę opowieści o kobietach, trochę o życiu i trochę o sztuce, dzięki czemu nie umrę z nudów (co jest w moim przypadku nieodłącznym elementem zagłębiania się w biografie).
Kolejnym tematem w literaturze, za którym naprawdę nie przepadam, są wizje przyszłości (za co gdzieś głęboko w sercu po dziś dzień obwiniam pewnego pana Lema i katusze, które mi zgotował), nie mam za to nic przeciwko osobom, które myślą przyszłościowo i biorą czynny udział w kształtowaniu owej przyszłości. Architektki opowiadające się po stronie modernizmu, kreatorki polskiej nowoczesności idealnie wpasują się w wyzwanie na drugi dzień maratonu. Chyba tylko historyk potrafi odnaleźć przyszłość w przeszłości, ale z drugiej strony kto historykowi zabroni?

Andrzej Rodan „Życie seksualne papagejów” – i na sam koniec, jeśli tylko starczy mi czasu (a Bobasa pozwoli sobie pofolgować) zostawiłam sobie tą oto książkę-zagadkę. Wyszperałam ją kiedyś na targu staroci i prawdę mówiąc kupiłam po okładce. Wygląda na taką, która z prawdziwą rozkoszą poruszy wszystkie tematy tabu na jakie tylko się natknie i coś czuję w kościach, że to może być bardzo zła książką – aż nie mogę się doczekać lektury!

Jak widać już na samym zdjęciu mojego stosika, nie podejmuję się ostatniego z wyzwań – mój najbardziej optymistyczny scenariusz (wraz z książką Rodana) zakłada przeczytanie 955 stron, a to do 1500 daleka droga. Nie można mieć jednak wszystkiego, a lepiej nie kusić licha. Kto wie, może w przyszłym roku bardziej zaszaleję?

Tak wyglądają moje ambitne plany, teraz czas na przedstawienie majowego stosiku na maraton! Razem z Bobasą wybrałyśmy następujące pozycje do wspólnego czytania:

_20170702_104433

03.07 „Zwierzęta i ich dzieci” – zwierzątka są super, a małe zwierzątka to już w ogóle szaleństwo i słodycz w czystej postaci. Im więcej, tym lepiej!
04.07 „Magda i jej buldożer” to wręcz wymarzona pozycja o przyszłości. Kobiety na buldożery!
05.07 Cudowna „Myszka” Doroty Gellner wystąpi jako „Zła książka”. Nie dlatego, że nie jest fantastyczna, ale dlatego, że porusza temat złości i radzenia sobie z tą emocją.
06.07 Anthony Browne „Moja mama” będzie naszą biografią. Uniwersalna i ponadczasowa opowieść o najważniejszej osobie na świecie.
07.07 Hector Dexet „Kto zjadł biedronkę?” – szczera rozmowa o upodobaniach kulinarnych, szczególnie tych nie fit i nie wege to temat coraz bardziej tabu. No bo czy ktoś się przyznaje do zjedzenia biedronki?
08.07 „Mały Lewis Caroll. Alicja w Krainie czarów” – co prawda w 2016 roku na ekrany kin wszedł film pod tytułem „Alicja po drugiej stronie lustra”, ale jako pierwszy kontakt z bohaterami, obrazkowa wersja historii o Alicji i Króliku jak najbardziej wystarczy.
09.07 – oczywiście i w tym przypadku nie podejmujemy się wyzwania dotyczącego 1500 przeczytanych stron. Chociaż książeczki są czytane tyle razy wciąż na nowo, że może nie powinnam tak od razu skreślać naszych możliwości…? :D

Zapowiada się naprawdę zaczytany tydzień, wszystkim współuczestnikom życzę dobrej zabawy samych świetnych książek! Powodzenia!

BKTN_Promka_Poster

 

Okołoksiążkowy miszmasz: Warszawskie Targi Książki 2017

Sporo czasu już minęło, emocje nieco opadły, nacieszyłam się zdobyczami – w końcu mogę w miarę spokojnie podejść do podsumowania mojego pierwszego kontaktu z Targami Książki.

Już od kilku lat marzyła mi się wycieczka na warszawskie targi, ale zawsze znalazło się coś, co stawało na przeszkodzie. Dlatego w tym roku się zawzięłam, kupiłam bilety na pociąg z miesięcznym wyprzedzeniem i postawiłam rodzinę przed faktem dokonanym – wyrywam się z domu chociaż na jeden dzień. Wybór padł na sobotę, bo tego dnia najłatwiej wrobić mojego Ślubnego w opiekę nad Bobasą, a i w niedzielę zawsze znajdzie się chwila na odespanie gorączki sobotniej nocy.

Wsiadłam zagtem w pociąg o nieludzkiej 4 rano i wyruszyłam na podbój stolicy. W dodatku z uśmiechem na twarzy i radością w sercu, bo oto nadszedł dzień tylko i wyłącznie dla mnie w Książkowej Krainie Czarów. Poza lekturą do pociągu i pozycjami na wymianę nie wzięłam ze sobą żadnych książek do podpisu. Wyszłam z założenia, że taka impreza jest świetną okazją do spróbowania czegoś nowego, zaplanowałam zatem polowanie na książki i autografy kilku powszechnie lubianych autorów, z którymi nie miałam dotychczas do czynienia, wyszukanie jakiś cudnych nowości dla Maj i intensywne wchłanianie atmosfery wydarzenia.

DSC_0944.JPG

Pierwsze wrażenie niestety nie było najlepsze. Kiedy (po większych lub mniejszych pomyłkach) znalazłam w Warszawie Stadion Narodowy i już obeszłam go praktycznie wokoło, by idąc za nielicznymi drogowskazami odnaleźć główne wejście na imprezę przywitał mnie aromat grilla i jarmarczna atmosfera biedronkowej wyprzedaży na mało estetycznych straganach przed stadionem. A za drzwiami… gigantyczna kolejka do wejścia. Tłok, ścisk, gorąc i niesamowita duchota ludzkiej ciżby wachlującej się niemrawo biletami w nadziei na złapanie choćby łyka świeżego powietrza. A podobno Polacy nie czytają! Kiedy już myślałam, że przyjdzie mi spędzić najbliższe kilka godzin w iście piekielnej kolejce, jedna z niepozornych pań z ochrony sprzedała mi cynk (chciała poinformować całą kolejkę, ale efekt bez nagłośnienia był taki, że poinformowała kilka stojących najbliżej osób), iż przy wejściu z drugiej strony stadionu nie ma zupełnie nikogo i tam będzie o wiele szybciej. Wierząc na słowo obiegłam stadion ponownie i znalazłam praktycznie nieoznakowane wejście (notabene tuż obok bramy, przez którą dostałam się na stadion) gdzie panowała cisza, spokój i przyjemny chłód. I nagle okazało się,  że dostanie się na targi trwa 30 sekund. A potem już na nic nie zwracałam uwagi, bo znalazłam się w książkowym raju. Przez pierwszą godzinę cieszyłam się podziwianiem zawartości stoisk w komforcie niemalże samotności – najwyraźniej dzielnej Pani Ochroniarce nie udało się przekonać wielu zainteresowanych do porannej przebieżki wokół stadionu w upale. A było warto.

 

Kiedy już nacieszyłam oczy i skusiłam się na pierwsze zakupy dla Bobasy ustawiłam się w pierwszej kolejce po autograf – wybór padł na Kim Holden, bo na zachwalanego powszechnie „Promyczka” już od dawna miałam chęć. Kolejka była obłędna – choć według planu rozdawanie autografów miało potrwać godzinę, przed Kim stanęłam po upływie niemalże dwóch. Podczas kolejkowania zdążyłam kupić książkę do podpisu, zawrzeć pierwsze znajomości, odstać swoje w drugiej, równie imponującej kolejce do Książkowej Wymiany (ta szła znacznie szybciej i była w klimatyzowanym pomieszczeniu), gdzie upolowałam naprawdę smakowite kąski, zawarłam jeszcze milsze znajomości i odetchnęłam w chłodzie; przebuszować przez pobliskie stoiska, uciąć sobie dłuższą pogawędkę z Januszem Leonem Wiśniewskim i Anią Jamróz, którzy podpisali mi cudowną „Marcelinkę” (Swoją drogą to bardzo ciekawe zjawisko – kiedy popularny autor siedzi na stoisku wydawnictwa dziecięcego, przez godzinę niemal nikt do niego nie podejdzie. A kiedy chwilę później przesiądzie się kilka stoisk dalej pod plakat z wielkim zdjęciem jednej ze swoich bardziej znanych książek, tłoczą się wokół niego rzesze fanów.) i jeszcze zacząć „Promyczka” cały czas czekając w tej samej kolejce. Ale kiedy już dostałam się do autorki, wiedziałam, że było warto. Bo Kim okazała się być przemiła – z każdym zamieniła parę słów, każdego uścisnęła, pozowała do setek zdjęć i nie patrząc na upływ czasu podpisywała książki aż do ostatniego fana, by nikt nie odszedł rozczarowany. Miała w sobie tyle pozytywnej energii, że chyba obdzieliła nią każdego w okolicy. Nie wiem, czy istnieje lepsza reklama książki, niż tak sympatyczna autorka.

 

Z całkowicie kontrastową atmosferą spotkałam się jakiś czas później, kiedy skusiłam się na autograf od Charlotte Link – tam wszystko szło tak szybko, że autorka nie miała chwili by podnieść głowę znad podpisywanych książek, nie mówiąc już o przywitaniu się z kimkolwiek. Ale kolejka zniknęła znacznie szybciej.

 

Już po kilku godzinach uginałam się od ciężaru zakupów (a miałam tylko oglądać!) i wszechobecny tłok szybko mnie wyczerpał. W końcu znacznie trudniej przeciskać się w tłumie będąc objuczonym jak wielbłąd – ach, jak zazdrościłam zaradnym i pomysłowym ich walizeczek z kółeczkami! Odsapnęłam nieco słuchając wystąpienia na temat Marii Skłodowskiej Curie (swoją drogą bardzo ciekawego, aż nabrałam ochoty na książkę) podczas czekania na autograf Adama Święckiego. A kiedy już wiedziałam, że nie uniosę już ani strony więcej, pożegnałam się z targami.

 

Może i nie była to Książkowa Kraina Czarów, ale na pewno Książkowy Róg Obfitości i mimo niewielkich niedociągnięć organizacyjnych naprawdę warto było przyjechać znad morza. Łowy uważam za zdecydowanie udane. Bardzo miło wspominam też pogawędki z autorami i ilustratorami książeczek dziecięcych, do których zupełnie nie było kolejek i można sobie było pozwolić na chwilę rozmowy. Bardzo podobała mi się również propozycja programu dla dzieci – jak tylko Maj podrośnie, na pewno wybierzemy się razem!

Trochę tylko żałuję kiepskiego wyboru lektury na podróż – „Dziewczyna z pociągu” niemal zanudziła mnie na śmierć, mogłam zamiast niej wziąć „Żarna Niebios” Kossakowskiej i upolować autograf. W przyszłym roku na pewno wybiorę się ponownie, może nawet na dwa dni. Będę już wiedziała, że stadion ma dwa wejścia (a może i w przyszłym roku oba będą wyraźnie oznaczone). I tym razem na pewno wezmę ze sobą wygodną walizkę z dużą ilością kółeczek.

 

 

 

Okołoksiążkowy miszmasz: Co znalazłam w majowym „Pięknym Boxie” od My Book Box + KONKURS

Oj tak, w Maju zdecydowanie sobie pofolgowałam jeśli chodzi o książkowe przyjemności. Do zakupu akurat tego pudełka-niespodzianki zachęciła mnie obietnica, że wszystko, co znajdę w środku będzie prześliczne. A że jestem straszną sroką i do pięknych dupereli mam niezaprzeczalną słabość, wcale nie zastanawiałam się długo.

Piękny Box to teoretycznie mój prezent z okazji Dnia Mamy, chociaż (jako że został dostarczony już w poprzedni piątek) nie wytrzymałam napięcia i otworzyłam go troszkę wcześniej. Po prostu uwielbiam celebrować rozpakowywanie tych cudnych niespodziankowych paczuszek.

Oto co znalazłam w moim Pretty Boxie:

Książka „The Call. Wezwanie” Peadar Ó Guilín – w tym przypadku twórcy boxa uchylili odrobinę wcześniej rąbka tajemnicy i zdradzili jakiej książki można się spodziewać. Co więcej dali kupującemu możliwość wyboru, gdzie drugą opcją był „Sekret Sonji” Asa Helberg.

Poszewka na poduszkę książkomaniaka od Cymelium Store – ckliwe, kwieciste, romantyczne ubranko na poduchę z napisem „Kto czyta książki żyje podwójnie”. Miła w dotyku poszewka z porządnym zamkiem ma moc zmiany każdego miejsca w kącik do czytania.

Naklejka – tabliczka informacyjna z wymownym napisem „Nie przeszkadzać, czytam” – wspominałam coś o kąciku do czytania? Naklejka na pewno się przyda jeśli do waszego ciągle ktoś włazi ;) Sama swoją nakleję chyba na czole, bo czytam wszędzie i ciągle ktoś próbuje mnie rozpraszać stale dopominając się o uwagę (szczególnie pewien mały majkowy ktoś). Szkoda tylko, że mój Dzieć jeszcze nie potrafi czytać :D

Zakładki do książek – dwie cudne tekturowe „Books are all you need” i „To read or not to read” oraz nieco mniejsza laminowana z bohaterami Trylogii Klątwy (której jeszcze nie czytałam, ale mam w planie).

Książkowa przypinka „Czytam, bo lubię” – będzie do torby na letnie wojaże.

*kot ze zdjęcia, mimo całego swego piękna, nie wchodzi w skład pudełka!

Obietnicę uważam za spełnioną – każdy gadżet jest naprawdę bardzo ładny i starannie wykonany. Zawartość pudełka jest satysfakcjonująca i jak najbardziej adekwatna do ceny. Sama pewnie dorzuciłabym jeszcze niewielką paczuszkę jakiejś owocowej, aromatycznej herbaty, która dopełniłaby wiosennego klimatu pięknym zapachem, ale jako herbatomaniaczka po prostu dorzucałabym herbatę do wszystkiego. Z przyjemnością oceniam ten zakup na okrągłą tłuściutką 5, na pewno jeszcze nie raz ulegnę pokusie i sprawię sobie taki prezent.

Pięknego Boxa, a także wiele innych fantastycznych pudełek znaleźć można na http://www.mybookbox.pl/

i na sam koniec jeszcze obiecany KONKURS!

Dzisiaj wielki dzień i uważam, że każda Mama, Książkowa Mama, Kocia Mama i Zupełnie Nie Mama zasługuje w życiu na odrobinę piękna.
Dlatego razem z My Book Box zapraszam na konkurs, w którym nagrodą jest takie właśnie Piękne Pudełko. Żeby wziąć w nim udział wystarczy udzielić w komentarzu krótkiej odpowiedzi na pytanie „Czym jest piękno?” (oczywiście im bardziej zakręcony pomysł, tym lepiej!) wraz ze swoim adresem e-mail i podpisem. Konkurs trwa od 26.05 do 09.06, wyniki zostaną ogłoszone w przeciągu kolejnego tygodnia. Wysyłka nagrody wyłącznie na terytorium Polski. Powodzenia!

 

Okołoksiążkowy miszmasz: Co znalazłam w majowym Bookowym Pudle

W maju pozwoliłam sobie na sporo książkowego szaleństwa – jednym z nich jest Bookowe Pudło, na które skusiłam się ze względu na jego hasło przewodnie „Książka z mrożoną herbatą”. Kocham książki, kocham herbatę i kocham lato – po prostu musiałam je mieć!

Paczucha dotarła już w piątek 19.05. Niestety Pan Kurier musiał się nieźle naświecić oczami, bo przesyłka była dosłownie w strzępach – usztywniana kartonowa koperta (o ironio, z czerwoną naklejką „ostrożnie!”) została rozdarta po całej długości. Któryś z nieszczęsnych pracowników poczty próbował ratować sytuację za pomocą szarego papieru i opasek do łączenia kabli, z miernym skutkiem. Na szczęście niczego nie brakowało.

A oto co kryło się wewnątrz mojej biednej, sponiewieranej paczki:

Książka „Oto jestem” Jonathan Safran Foer – na jej widok dosłownie aż podskoczyłam z radości – czaiłam się na tą pozycję, ale sama raczej bym jej sobie nie kupiła (niezła cegiełka, a w dodatku nowa okładka nie pasuje do mojego „Strasznie głośno, niesamowicie blisko”, chociaż jest przepiękna!).

Słoik – kubeczek ze słomką i zakrętką – to prawdziwy cud, że szklany kubek przetrwał wszystkie nieprzyjemności, które spotkały moją paczkę po drodze, musi być iście pancerny! Super, że zakrętka jest plastikowa – może to odrobinę mniej eleganckie, ale wszystkie metalowe zakrętki z mojej kolekcji butelek do picia zardzewiały wokół słomki.

Porcja zielonej herbaty z pigwą – pachnie bosko, aż szkoda ją wypić! W dodatku samo opakowanie jest bardzo ciekawe.

Foremka do lodu w kształcie jabłuszek – nie załapała się na zdjęcie, bo spełnia swoją funkcję w odmętach zamrażarki.

Z zawartości, jestem ogólnie zadowolona – książka to dla mnie strzał w dziesiątkę, a gadżety bardzo dobrze oddają tematykę boxa. Zabrakło mi trochę stricte książkowego akcentu – na przykład niepowtarzalnej zakładki do książki, czy pocztówki z inspirującym cytatem. Mały minus też za brak pudełka samego w sobie – dla ochrony w trakcie podróży no i dla klimatu, tego specyficznego dreszczyku emocji jaki powoduje podnoszenie pokrywy pudełka ;)

Z czystym sumieniem wystawiam ocenę 4+. Bardzo fajna paczka, niewiele brakuje do ideału.

Bookowe pudło znalazłam na http://www.bookowepudlo.com.pl/

Okołoksiążkowy miszmasz: Share Week 2017, czyli trzy blogi, które mnie inspirują

To już czwarta edycja Share Week, wydarzenia organizowanego przez Andrzeja Tucholskiego, polegającego na dzieleniu się swoimi ulubionymi miejscami w internecie, polecaniu blogerów przez innych blogerów i wzajemnym czerpaniu od siebie inspiracji.

Sama po raz pierwszy biorę udział w tej akcji z bardzo prostego powodu – jeszcze rok temu nie byłam stałą bywalczynią blogów. Owszem, raz na jakiś czas trafiałam (najczęściej przez facebooka) na artykuł, który mnie zainteresował, ale po lekturze zamykałam okienko i wracałam do swoich spraw (czyt. w inne czeluście internetu). A dzisiaj okazało się, że są blogi, które znam dosłownie od deski do deski, na które wchodzę całkiem często, zarówno szukając nowości, jak i wracając do znanych już wpisów i pomysłów. I nie było wcale tak łatwo wybrać tylko trzy najulubieńsze!

Więcej o samej akcji przeczytać można TUTAJ, a poniżej przedstawiam moich kandydatów:

1.png

Tutaj akurat bez większych rozterek – to zdecydowanie mój numer jeden w blogosferze. Na tego bloga trafiłam jeszcze jako zupełnie nieopierzona, bardzo początkująca mama poszukująca książeczkowych inspiracji dla ledwo co urodzonej Bobasy. I zostałam na zawsze. Przez cykl wpisów „Nowości w biblioteczce Malucha” przepuściłam miliony monet na literaturę dla najmłodszych. To stąd czerpałam pomysły na zabawy z malutką Maj na każdym etapie jej wczesnego rozwoju. Razem z Matką Wariatką wybierałam najlepszą kaszkę, najciekawsze zabawki i dzięki jej radom nauczyłam córkę pić przez słomkę. To blog, który łagodzi niepokoje i nieustannie pobudza do nowych aktywności. I (zupełnie wbrew swojej nazwie), dzięki któremu jeszcze nie zwariowałam. Dzięki, że jesteś! <3

2.png

Magda Mirkowicz, to dziewczyna, którą naprawdę podziwiam. Za gust, za pomysły, za inspiracje i za piękne projekty, którymi tak chętnie się ze wszystkimi dzieli (Najbardziej na świecie uwielbiam jej plakaty. I zakładki i etykietki też!). Tego bloga przegląda się z najprawdziwszą przyjemnością, bo jest po prostu prześliczny – jednocześnie kolorowy i stonowany, romantyczny i pełen energii. I niesamowicie inspirujący – Magda zachęca swoich czytelników do stawiania pierwszych kroków w Photoshopie, do planowania, do „Ogarniania kilogramów” i do upiększania swojego otoczenia. A to wszystko w cudownej oprawie graficznej. No i jej koty wygrywają internety. Kiedy trafiam na taką osobę, to łapię i już nie puszczam – zmieniam się w prawdziwego stalkera, bo podglądam i bloga i facebookowy fanpage i instagrama i ciągle mi mało i mało.logo-001.jpgZ trzecim miejscem miałam największy problem, bo liczba blogów, które z przyjemnością odwiedzam – książkowych i mamowych, kulinarnych i kulturalnych – zaskoczyła nawet mnie samą. Ale to właśnie na Mamy Gadżety wchodzę, kiedy szukam inspiracji do uczynienia mojej rzeczywistości sprytniejszą, wygodniejszą i bardziej pomysłową. Nie ma co ukrywać – jestem gadżeciarą i w dodatku chomikiem, dlatego to idealne miejsce dla mnie. A odkąd pojawiła się Majka, całe moje uporządkowane życie zostało wywrócone o 180 stopni i każdy dobry pomysł na jego ogarnięcie jest na wagę złota. To tutaj spędziłam naprawdę dużo czasu poszukując krzesełka do karmienia, fotelika samochodowego, czy chociażby najlepszych nawilżanych chusteczek (a obecnie przymierzam się do nocnika). Uwielbiam i chyba jestem uzależniona.

Z pewnością zaoszczędziłabym sporo czasu i pieniędzy (roztrwonionych na podejrzane tu i tam cudowności), gdybym jednak nie trafiła na wymienione powyżej blogerki. Ale co z tego, skoro życie byłoby znacznie bardziej szare, bure i ponure? Niczego nie żałuję i uroczyście przysięgam, że będę kontynuować buszowanie po blogosferze!

Okołoksiążkowy miszmasz: Co znalazłam w lutowym pudełku-niespodziance „1001 nocy” od epikbox.pl

W poniedziałek, 17-go marca dotarł do mnie w końcu zamówiony 3-go stycznia, lutowy EpikBox. Od dłuższego czasu ostrzyłam sobie zęby na to książkowe pudło-niespodziankę, ale dopiero ta edycja naprawdę mnie zaciekawiła. „1001 nocy” przyciągnęła mnie przede wszystkim przedpremierowa książka inspirowana klasycznymi bajkami Disneya i zapowiadaną figurką od FUNKO. Sama dotychczas nie miałam za bardzo do czynienia z figurkami POP, jednak ich popularność wzbudziła we mnie sporo ciekawości – a czy jest lepszy sposób na próbowanie nowych rzeczy niż niespodziankowy box? No i Disneya kocham, zatem byłam pewna, że tematyka mnie nie rozczaruje.

A jednak rozczarowanie pojawiło się dość szybko – 19 lutego, kiedy już z pewnym zniecierpliwieniem rozglądałam się za przesyłką (w założeniu chciałam sobie nią zrobić walentynkowy prezent), przyszła informacja:

„Jeśli śledzisz nas w social mediach, to pewnie już słyszałeś, że w nowym EpikBoxe nie znajdzie się figurka Mystery Minis od Funko. Dystrybutor nie wywiązał się z terminu dostarczenia do nas figurek, dlatego byliśmy zmuszeni zrezygnować z mini Funko. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło! Zamiast figurki w pudełku znajdziesz więcej wyjątkowych książkowych gadżetów!W związku z tym, termin wysyłki boxów został przesunięty o dwa tygodnie (wysyłka ruszy od 7.03). Książka, która znajdzie się w boxe ma premierę 1 marca, dlatego jeśli podążasz za trendami wydawniczymi, prosimy byś powstrzymał się od zakupów książek YA, które mają premierę w pierwszym tygodniu marca.Bardzo Cię przepraszamy, że będziesz musiał dłużej czekać na swoje upragnione pudełko. Mamy nadzieję, że jego zawartość wynagrodzi Ci trud oczekiwania!”.

No i klops – dwie rzeczy, które miały decydujący wpływ na moją decyzję o kupnie, czyli figurka i przedpremierowa książka, spaliły na panewce. Moim zdaniem w tym momencie firma powinna zaproponować możliwość odstąpienia od umowy i zwrot pieniędzy (w końcu sama się ze swojej strony nie wywiązała). Zapewne, mimo sporego rozczarowania, nie skorzystałabym z takiej opcji dając im jednak szansę, ale taka propozycja byłaby elegancka i po prostu fair. Swoją drogą zawsze myślałam, że boxy są najpierw kompletowane, a potem dopiero sprzedawane i stąd też ich ograniczona ilość.

Kolejna informacja, która przyszła od EpikBox 7 marca już mnie nawet nie zaskoczyła:

„Niestety nie uda nam się wysłać Twojego boxa w tym tygodniu :(
Bardzo Cię przepraszamy, że będziesz musiał jeszcze poczekać na swoje upragnione pudełko. Przewidujemy, że wysyłka boxów odbędzie się dopiero 13-17 marca. O dokładnej dacie wysyłki poinformujemy w piątek 10.03.2017. W kolejnym mailu otrzymasz też dalsze instrukcję, które pozwolą bezpiecznie dotrzeć pudełku do twoich drzwi.”

Ale nie wdając się w dalsze rozważania na temat organizacyjnej porażki spójrzmy co znalazłam w otrzymanym (w końcu!) pudełku:

Loweana – plakat z „Szóstki wron” oraz Taratjah – plakaty z „Diabelskich maszyn” i „Dworu cierni i róż” – naprawdę, napradę bardzo ładne. A że dotychczas miałam przyjemność jedynie z książką pani Maas, to skutecznie zachęciły mnie do dalszego zgłębiania literatury młodzieżowej. Na pewno ich nigdzie nie powieszę, bo to już nie ten etap, ale może pewnego dnia oprawię nimi jakąś zniszczoną, biedną książkę ;)

Książkowe gadżety od EpikPage:

  1. Sowia zakładka, czyli pierwsze rozczarowanie – jest śliczna, ale po prostu mam już taką. Jedyne, co różni ją od tej zakupionej jest jej format – ta z boxa jest większa. Powiem szczerze, że spodziewałam się jakiejś zakładki związanej z tematem pudełka – lampy, wschodniego złodzieja w spodniach-aladynkach, czy dżinna. Albo chociaż jakiejś zakładkowej nowości, niekoniecznie wzoru, który sprawiłam sobie na święta ;/
  2. Akwarelowa, barwna teczka – tak naprawdę myślałam, że to tylko opakowanie do „ochrony” plakatów, a nie osobny gadżet. Szczególnie, że została zgięta w pół i jest przez to dość wymiętolona (nieco ochroniła przed tym plakaty, ale te również nie wyszły z boxa bez szwanku). Ładna, motto fajne, ale z miękkiej tekturki, przez co raczej już za wielu dokumentów nie ochroni. Jakoś jednak jestem za wysyłaniem plakatów w tubie, trzeba je potem prostować, ale suma summarum chyba docierają w lepszym stanie.
  3. Lusterko – kolejne rozczarowanie – bardzo przeciętne, chociaż hasło do mnie przemawia. Maleńkie, więc makijażu się w nim za bardzo nie poprawi i dodatkowo nijakie wizualnie. Duperel, jakich mam już pół szuflady. I wszystkie, które już mam są jednak bardziej użyteczne.
  4. Bawełniana torba – wielorazowych siatek również mam już 1500 100 900 i nie jest to rzecz, którą kupiłabym sobie z własnej wioli. Jednak grafika jest oryginalna i pomysłowa, a samo wykonanie naprawdę porządne (co nie zdarza sie wcale tak często). Wygląda dobrze i posłuży długo – ten gadżet jak najbardziej się broni.

Kołozeszyt od MissPhi – zeszytów mam (jak chyba każdy) od groma i wcale ich nie ubywa. Chyba muszę wybrać się jeszcze na jakieś studia żeby je wykorzystać. Zeszytów na sprężynce nigdy nie lubiłam, bo nie za wygodnie się w nich pisze, a i grafika nie powala mnie na kolana.

Książka „Zakazane życzenie” Jessici Khoury z dedykacją od autorki – i byłoby super, gdyby „dedykacja” nie była po prostu tekstem wydrukowanym na świstku papieru (na odwrociu blogerskiej minirecenzji). Coś takiego jednak znacznie odbiega od mojej definicji dedykacji. W takim odniesieniu opis „(…)książka Zakazane życzenie z dedykacją od @Jessici Khoudry…” to jednak trochę żenada.

_20170322_092604

Tematyczna podkładka pod gorący kubek od Wydawnictwa SQN – użyteczny gadżet bezpośrednio związany z książką. Wykonanie mogłoby być lepsze, bo wygląda trochę jak darmowe podkładki pod piwo, jakie w młodości wynosiło się z barów, ale na pewno się przyda.

Podsumowując: W wyniku problemów organizacyjnych wysyłka EpikBoxa została opóźniona o półtora miesiąca (wobec czego książka, reklamowana jako przedpremierowa dodarła prawie trzy tygodnie po premierze), a jeden większy gadżet zamieniony został na cztery duperele. Myślę, że gdyby pudełko przyszło na czas i z zawartością, jaką reklamowane było w momencie zakupu, czyli z figurką POP, na którą się pokusiłam i książką przed premierą, byłabym zachwycona. Gdyby zawartość uległa zmianie – trudno, rozumiem, że nie zawsze wszystko wychodzi, grunt, że będę miała w swoich łapkach fajną książkę jeszcze przed oficjalną premierą. Ale obie te niedogodności razem sprawiają, że niespodziankowe pudełko znacznie traci na atrakcyjności. Premiera książki była i przeminęła, pojawiło się mnóstwo reklam, ocen i recenzji, wobec czego chyba każdy domyślił się co na niego czeka w opóźnionej przesyłce skutecznie pozbawiając elementu niespodzianki. Może i czekanie zaostrza apetyt, u mnie jednak wzmogło jedynie zniechęcenie. Osobiście wolę również jeden „konkretny” gadżet niż garść drobnicy średniej jakości, którą tylko upycha się po szufladach. Moim zdaniem to była dość spektakularna organizacyjna wtopa. I mogłabym ją wybaczyć, gdyby to był debiut tej firmy (wiadomo, każdy się uczy), ale to podobno już szósta edycja. Choć część gadżetów jest naprawdę bardzo fajna, a lektury już nie mogę się doczekać, to jednak zawartość nie zrekompensowała niekorzystnych zmian zawartości i drastycznego opóźnienia.

Zakup zatem oceniam na 3. Z małym minusem. Raczej na pewno nie skusze się na kolejne pudełko i niestety nie polecam.

Okołoksiążkowy miszmasz: Co znalazłam w ArtBoxie od niezlasztuka.net

Pudełka-niespodzianki to ostatnio internetowy hicior. Poza kilkoma różnymi niespodziewajkami książkowymi widziałam ofertę boxów z kosmetykami, zdrową żywnością, dla brodaczy (!) czy dla świeżo upieczonych mam i ich niemowlaczków. Swoją przygodę z tą formą wydawania pieniędzy na swoistego „kota w worku” zaczęłam swego czasu od… no właśnie „Kota w worku”, czyli pudełka dla kotów i Kocich Mam (uwielbiam i polecam <3). Skusiłam się również na lutowego Epik Boxa, który miał być prezentem na walentynki, ale tu spotkało mnie rozczarowanie, gdyż z powodu opóźnienia w drugim tygodniu marca wciąż go nie ma.

Bardzo entuzjastycznie podeszłam do informacji o drugiej edycji ArtBoxa, czyli „Paczki – niespodzianki ze sztuką w środku”, cytując reklamę z portalu niezłasztuka.net. Na pierwszą edycję zaspałam i się nie załapałam, tym razem posadziłam męża na czatach i, przy wsparciu budzika, udało mu się upolować pudełko dla mnie. A to już samo w sobie niezła sztuka, bo artystyczne boxy zniknęły w przeciągu 10 minut. W taki oto sposób dostałam od męża artystyczna nagrodę-niespodziankę za obronienie mojego artystycznego licencjatu.

A oto, co znalazłam po rozpakowaniu:

Pozytywnie zaskoczyła mnie ilość zawartych w paczce przedmiotów. Do wyboru były dwie opcje pudełek – klasyczny za 99zł i deluxe za 399zł. Zdecydowałam się na mniej szaloną opcję i jak na taką kwotę, zawartość paczki jest bardzo adekwatna.

Książka Meika Wikinga „Hygge. Klucz do szczęścia” – czyli moment, w którym podskoczyłam z radości, bo już od dawna polowałam na książkę o hygge i jakiś czas temu przegapiłam ją w Lidlu, za co robiłam sobie wyrzuty przez miesiąc.

Audiobook „Małe Życie” – tym razem dla mnie kiepski prezent, bo „Małe życie” już czytałam, a i za książkami do słuchania nie przepadam, wolałabym płytę z muzyką.

„Niemapa. Łódź” – chociaż w Łodzi nie byłam i raczej się nie wybieram w najbliższym czasie, to to znalezisko mnie ucieszyło. Mapa niemapa jest bardzo ładna wizualnie i pełna ciekawostek dla małego podróżnika. Za kilka lat, jak Bobasa podrośnie, to wybierzemy się przy jakiejś okazji na wycieczkę, żeby ją wykorzystać – dobra promocja regionu ;)

Duperelki od Pan tu nie stał – mi trafiła się naszywka dla fana Disco Polo i zapałki zołzy. Zapałki się kiedyś zużyje, ale osobiście uważam je za zbędne. Nie w moim guście i mało przydatne.

Piernik od Będzie słodko – śliczny i apetyczny. Nie wiem, czy nie będzie szkoda mi go zjeść, ale na pewno będę na niego długo patrzeć. Zdecydowanie w jedzeniu widzę sztukę :P

Notatnik Spod Lady – notatników nigdy dość i zawsze się przydają. Chociaż jestem typem, który dla siebie wybrałby raczej delikatną i romantyczną okładkę (ewentualnie ze słodkim kotkiem), to ten robotniczy design też do mnie przemawia. Spod Lady znam i lubię.

Olejek do demakijażu i próbki kosmetyków od Resibo – nie korzystałam wcześniej z naturalnych kosmetyków, chętnie wypróbuję.

Masło do ciała z Miodowej mydlarni – nie przepadam za tego typu smarowidłami, mam swój ulubiony, wypróbowany balsam i jestem mu wierna. Wypróbuję, ale raczej nie zużyję.
Edit 13-03-2016 – To mazidło, to dla mnie odkrycie stulecia, nigdy jeszcze nie byłam tak pozytywnie zaskoczona kosmetykiem. Jest po prostu cudowne – twarda konsystencja rozpływa się w kontakcie z ciałem, genialnie się wchłania i nawilża, przyjemnie pachnie, a delikatny zapach utrzymuje się przez kilka dni (!). Jedyny minusik, to wysoki słoiczek, z którego trudno smarowidło wydobyć – trzeba zainwestować w nóż do masła ;) To zdecydowanie będzie mój hit, jeszcze nie trafiłam na masło/balsam, który tak bardzo by mi podpasował – właśnie za takie zaskoczenia uwielbiam boxy z niespodziankami <3

Mydło z Ministerstwa Dobrego Mydła – kiepski traf, mydeł w kostce nie lubię i nie używam, są nieporęczne i zostawiają wysuszoną skórę. Ładnie pachnie, to włożę do szafy z ubraniami, ale na pewno nie wykorzystam.

Filiżanka do espresso od IMKAdesign – kolejny nietrafiony gadżet. Za kawą nie przepadam, a już espresso na pewno nie przełknę. Znacznie bardziej wolałabym pełnowymiarowy kubek, w którym zmieści się i kawa i herbata, albo na przykład miseczkę. Filiżanka jest śliczna i urocza, więc zanim Maj podrośnie i podbierze mi go dla lalek, zostanie świecznikiem.

Broszura Justyny Dybala „Mama 1980” – obrazkowa historia o macierzyństwie w latach 80. I chwila artystycznej refleksji nad zmianami jakie dokonały się w przeciągu ostatniego półwiecza. Choć nie jest to rodzaj sztuki, którego zwykle szukam, to jestem pozytywnie zaskoczona. W końcu jednym z celów tego rodzaju pudełek-niespodzianek jest poznawanie nowych rzeczy.

Drewniane klocki magnetyczne od B-toms – elegancka prosta forma, ale moim zdaniem mało artystyczne, nie różnią się za wiele od drewnianych łamigłówek popularnych kilka lat temu. Bobasa chętnie się nimi bawi, ale gdybym nie miała dziecka, to zupełnie nie wiedziałabym co z nimi zrobić.

Mucha w koniki od Muchmore – ani ja, ani Małż much nigdy nie praktykowaliśmy, może najwyższy czas zacząć? Dla mnie nowość i fajna inspiracja.

Wydruk artystyczny pracy Katarzyny Skośkiewicz – mój absolutny faworyt, przepiękny górski widok. Tego właśnie oczekiwałam po artystycznym pudełku i tego chciałabym więcej.

Zakładka magnetyczna z fragmentem obrazu Rafała Olbińskiego od DESA Modern – fajny, użyteczny gadżet związany ze sztuką. W dodatku z artystą, którego wcześniej nie znałam.

Podsumowując – jestem bardzo pozytywnie zaskoczona ilością rzeczy w pudełku. Nie mam też najmniejszych zastrzeżeń co to wysyłki – paczkę kupioną w sobotę otrzymałam już we wtorek (duży kontrast do kupionego w styczniu Epikboxa, na którego wciąż czekam). Zawartość trafiła w mój gust w 50%, są rzeczy, które mnie zachwyciły i które mnie rozczarowały, ale to chyba typowe dla niespodzianek. Głównymi zastrzeżeniami jest zaskakująco mała ilość sztuki w ArtBoxie. Za dużo za to kosmetyków, jeden wystarczył by w zupełności, w końcu są specjalne pudełka dla fanów naturalnej pielęgnacji. Zaskoczył mnie też pewnien brak jedności – z jednej strony gadżety związane z szarą rzeczywistością prl-u, z drugiej hipsterskie kosmetyki, z trzeciej książka o hygge, z czwartej dowcipny pierniczek i zabawna muszka – trochę miszmasz. Moja ocena to mocna 4, może kiedyś skusze się jeszcze na jakiegoś „kota w worku” od niezlasztuka.net.