Okołoksiążkowy miszmasz: Co znalazłam we wrześniowym artboxie od niezlasztuka.net

Pudełka-niespodzianki to moja mała słabość, co na pewno da się zauważyć po ilości moich boxowych recenzji. Ale ArtBox jest jak dotąd jedynym, na zakup którego skusiłam się ponownie. Całe szczęście, że to pudełko wychodzi tak rzadko – naprawdę trudno okiełznać ciekawość i powstrzymać się przed kupnem, ale dwa razy do roku można pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa, prawda? Szczególnie, że kupno paczki to cegiełka wspierająca pewien fantastyczny projekt.

Tym razem wybrany przeze mnie box był nieco droższy – kosztował 159 zł w wersji podstawowej (koszt poprzedniej edycji to 99 zł), natomiast wersja deluxe okazała się odrobinę tańsza – 339 zł, zamiast 399 zł jak poprzednio. Okazało się jednak, że pudełko jest nie tylko droższe, ale i znacznie bardziej wypełnione (i sporo cięższe!), niż przy moim pierwszym zakupie.

Na co trafiłam tym razem?

Coś do poczytania:
­­„Dlaczego sztuka pełna jest golasów?” Susie Hodge – to pierwszy zgrzyt – książka jest rewelacyjna, ale po prostu już ją mam (to się chyba nazywa nadmiar szczęścia :D). Wyczuwam chyba nadchodzący konkurs… Albo zrobię komuś fajny prezent. Książkę w każdym razie polecam bardzo, musze się wreszcie zabrać za recenzję!
„Dzieci bohaterów” Lyonell Trouillot – zapowiada się strasznie, ale intrygująco.
„Lente. Kwartalnik śródziemnomorski” – z tym czasopismem jeszcze się nie spotkałam i chętnie zapoznam się z archiwalnym numerem. Będzie idealny na deszczowe popołudnie pod kocem.

Coś do posłuchania:
Audiobook „Tango z książkami” Janusza Rudnickiego – nie znam, ale zapowiada się ciekawie. Szkoda tylko, że trafiłam na drugą część.
Kod na calutki miesiąc słuchania audiobooków na storytel.pl – super sprawa. Generalnie nie słucham audiobooków, bo trwają strasznie długo nie mam do nich cierpliwości. Ostatnie odsłuchane przeze mnie książki to lektury szkolne podczas przedmaturalnych powtórek i zwykle miałam z nimi taki problem, że w połowie porzucałam słuchawki i sama kończyłam czytanie znacznie szybciej. Może ta szansa pomoże mi zmienić moje nastawienie, a książki, których nie mam w wersji papierowej będą znacznie lepszą opcją do słuchania. Szczególnie, że można jednocześnie gotować obiad :D

Coś na ząb:
Wiśnie suszone i sok wiśniowy od Cherry Tree – wiśnie uwielbiam w każdej ilości i pod każdą postacią, połowa już pożarta (połowa tylko dlatego, że przyzwoitość nakazuje podzielić się z mężem :D).

Coś do pielęgnacji ciała:
Odbudowujący szampon pszeniczno-owsiany od Sylveco – jeśli chodzi o szampony jestem bardzo wybredna, bo mało jaki kosmetyk nie powoduje u mnie reakcji alergicznej. Chętnie wypróbuję propozycję opartą na naturalnych składnikach, ale do nowości w tym temacie podchodzę raczej nieufnie.
Naturalne mydło z glinką od Hagi Cosmetics – mydeł w kostce nie używam – babrzą się, brudzą zlew i zostawiają wysuszoną skórę. To wygląda specyficznie, więc chyba jednak zostanie wypróbowane zamiast zniknąć w odmętach szafy, ale jest to raczej nietrafiona niespodzianka.
Nawilżający balsam do ciała od Senelle Cosmetics – balsamów nigdy zbyt wiele, na pewno się zużyje (to jeden z niewielu kosmetyków, które naprawdę używam), po niespodziance, jaką zrobiła mi Miodowa Mydlarnia w poprzednim boxie do testów podochodzę z entuzjazmem.

Coś do domu:
Klocki „On My Mind. Happy” od Wooden Story – trzy niewielkie drewniane bloczki, a przeurocze. Słodko i minimalistycznie. Tak mi się podobają, że jeszcze nie pokazałam ich Bobasie – najpierw musze się sama nacieszyć :D

Metalowa zakładka do książki od Hundred Bookmarks – to moja pierwsza zakładka z tego tworzywa, dotychczas byłam raczej wierna papiero (i papierkom :D). Estetyczna, zimna i grawerowana artystycznym cytatem. Jeszcze nie wiem, czy wygodna w użyciu, ale na pewno się dowiem i podzielę wrażeniami. Ponadto to niespodzianka w naprawdę zaskakującym opakowaniu – nieproporcjonalnie dużym kartoniku wypełnionym kukurydzianymi eko chrupkami czaiło się niewielkie, eleganckie pudełeczko. Gdyby nazwa firmy nie była tak sugestywna to zawartość opakowania byłaby chyba największym zaskoczeniem tego boxa.

Świecznik od Artlantyda – malutkie cudeńko w pięknych turkusowo-błękitnych odcieniach. To właśnie w takich drobiazgach tkwi twórcza dusza ArtBoxa i tego chciałabym dostać więcej. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia, to mój faworyt 3 edycji ArtBoxa!

Doniczka (kubeczek?) – ten gadżet to całkowite przeciwieństwo frywolnej formy powyższego świecznika – w pełni kontrolowana forma prosto z koła garncarskiego i stonowane kolory ułożone w schludne paseczki. Elegancko i pod kontrolą. A jednak wciąż artystycznie.

Poszewka na poduszkę od Hayka – na słomianą pościel natrafiliśmy jakiś czas temu w jednym ze sklepów i ta koncepcja nas zachwyciła, choć udało nam się powstrzymać od zakupu. Idealnie trafiony prezent – teraz już na pewno dokompletuję resztę pościeli. I zapewne na słomie się nie skończy ;)

Skarpetki od Many Mornings – a tu dla kontrastu kompletne pudło. Nie dlatego, że skarpetki z San Escobar mi się nie podobają, ale… już je mam! Z całej oferty sklepu skusiłam się swego czasu na dwa wzory i jeden z nich mi się zdublował! Szczęście w nieszczęściu, że poprzednio kupowałam dla męża, a te są trochę mniejsze (choć wciąż nieco na mnie za duże) – będziemy nosić takie same ;)

Skórzany brelok od Black Fog – surowy i w intensywnym kolorze, idealny do przytwierdzenia przy pasku. Raczej nie używam takich gadżetów, więc nie koniecznie trafia w moje gusta, ale kto wie, może kiedyś się przyda?

I na koniec drobiazg, który zaskoczył mnie najbardziej – spodziewałam się, że szeleszcząca zawartość niewielkiej papierowej paczuszki jest niebanalną herbatą i odłożyłam ją na bok. A kiedy nabrałam ochoty na chwilę relaksu z gorącym naparem okazało się, że w środku kryje się… naszyjnik w stylu boho od Lennoniady, moja mina w tamtym momencie musiała być bezbłędna! A sam wisiorek jest zaskakująco lekki i będzie się idealnie prezentował na grubym swetrze.

Podsumowując – po raz kolejny zaskoczyła mnie szybkość wysyłki i ilość drobiazgów ukrytych w paczce. Kto by pomyślał, że taki zgrabny kartonik aż tyle pomieści! Tym razem miałam po prostu pecha – no bo jakie jest prawdopodobieństwo trafienia dwóch rzeczy, które już się ma? I to głównie te powtórki zawyżają procent nietrafionych niespodzianek. Po raz kolejny mam wrażenie, że w pudełku jest trochę za dużo kosmetyków – nie jest to w końcu box urodowy. Czuję również pewien niedosyt jeśli chodzi o samą sztukę – świetnie, że kładzie się nacisk na wybieranie przedmiotów użytkowych, estetyzacja życia codziennego to super sprawa, a pudełko pomaga kupującemu otaczać się przedmiotami artystycznymi, niebanalnymi i w dodatku funkcjonalnymi. Szczególnie, że same przedmioty są wyjątkowe i pełne uroku. Co jednak ze sztuką dla samej sztuki? Wydaje mi się, że taki zakup to idealny pretekst do odrobiny hedonizmu ;)
Przyznam szczerze, że liczyłam też na małą powtórkę drobiazgu, który w poprzednim boxie skradł mi serce, czyli wydruku artystycznego (na ścianie mam jeszcze sporo miejsca, a z takich reprodukcji można by uzbierać piękną kolekcję).
Zawartość tego pudełka oceniam na 5 z małym minusem (i to za kolejne mydło zamiast mojego wymarzonego wydruku, bo przecież na pechowe powtórki organizatorki nie mają wypływu ;P).

Coś czuję, że zostanę stałym klientem, bo od ArtBoxa trudno się uwolnić, a ja już wypatruję czwartej edycji. Mniej mydła, więcej sztuki!

Reklamy

Okołoksiążkowy miszmasz: Nostalgiczny post z okazji ćwierćwiecza, czyli dlaczego starą bułą będąc wciąż sięgam po książki młodzieżowe + szalone urodzinowe konkursy

Jest taki dzień w roku, który uporczywie przypomina nam o nieuchronnym upływie czasu i nadchodzącej nieubłaganie starości. URODZINY – dzień radości i grozy, hucznego świętowania i melancholijnych przemyśleń. Tak się składa, że moje wypadają akurat dzisiaj i chyba dopadł mnie z tej okazji mały urodzinowy kryzys – kryzys ćwierćwiecza. To w sumie dziwne, bo przecież wciąż jestem piękna i młoda i cały czas mi się wydaje, że dorosłość jeszcze nadejdzie.

W tym wieku powinnam zapewne sięgać już po smętną, ambitną i bardzo poważną literaturę i czasem faktycznie mi się to udaje, ale nie ukrywajmy, że ostatnimi czasy wśród moich wyborów czytelniczych prym wiodą książki młodzieżowe. I świetnie, bo moim skromnym zdaniem młodzieżówki są super. Nie tylko dlatego, że dzięki nim czuję się znowu jak nastolatka, bo w sumie to praktycznie non stop czuje się jak nastolatka  ( i znając mnie będę się tak czuła do późnej starości aż w końcu zaawansowany artretyzm nie pozwoli mi dłużej upierać się przy swoim :D). Żeby nie być gołosłowną, przygotowałam pięć żelaznych argumentów na potwierdzenie tej tezy.

Dlaczego starą bułą będąc, wciąż sięgam po książki młodzieżowe:

  1. Są lekkie i przyjemne – pozwalają się zrelaksować, nie kończą się kacem, nie trzeba ich odchorowywać tygodniami. Co więcej, bywają świetnym lekiem na owego na książkowego kaca. Moja akcja „Nadrabiam młodzieżówki” zaczęła się właśnie od prób pozbycia się tej mało przyjemnej przypadłości, która dopadła mnie po „Małym życiu” i strasznie długo nie chciała mnie opuścić.
  2. Nie wymagają bezwzględnego skupienia – w każdym momencie można je szybko odłożyć, zdjąć dziecko z kaloryfera i wrócić do przerwanej lektury bez konieczności cofania się o kilka stron by na nowo odnaleźć się w akcji. Bardzo trudno zgubić w nich wątek.
  3. Zapewniają nostalgiczny powrót do przeszłości – jestem z rocznika, który miał szczęście dorastać wraz z Harrym Potterem i to właśnie ta książka zaszczepiła we mnie miłość do czytania. Na pierwszym tomie nauczyłam się płynnie składać litery w słowa i słowa w zadania, a każdy kolejny pochłaniałam już następnego dnia po premierze, nie mówiąc już o fanfikach, których przeczytałam chyba pół internetu. Po dziś dzień sięgam po ten cykl od czasu do czasu, szczególnie kiedy mi smutno i żle. I prawdę mówiąc wciąż czekam na swój list z Hogwartu :D
    Dzięki pani Rowling moje dzieciństwo było magiczne, a każda książka, która przenosi mnie do świata pełnego czarów, zdumiewających przygód i prawdziwej przyjaźni wprowadza mnie w klimat „beztroskich lat”, kiedy to największym moim zmartwieniem był szlaban na czytanie (podobno inne dzieci miały szlabany na komputer i wychodzenie na podwórko) i skonfiskowana książka schowana na podwieszanych szafkach w kuchni. Doskonale pamiętam, że pod nieobecność rodziców wchodziłam po nią po konstrukcji ze stołu i krzesła i w tej pozycji czytałam, żeby zdążyć ją szybko odłożyć na miejsce na pierwszy odgłos klucza w zamku. To były czasy!
  4. Zazwyczaj są nieskomplikowane – nie wymagają dostępu do słownika, czy encyklopedii ani specjalistycznej wiedzy, dzięki czemu można czytać je w wannie, w półśnie, pchając wózek, czy drugą ręką klepiąc babki w piaskownicy.
  5. Opowiadają świetne historie – książki młodzieżowe to przecież genialne przygody (pamiętacie „Tajemniczą Wyspę” Juliusza Verne’a?), płomienne romanse, fantastyczne stworzenia i spora dawka sprytnie wplecionej w nie wiedzy i życiowych doświadczeń. Porywają, uczą, wzruszają i przekazują uniwersalne prawdy.

Zatem już wiecie dlaczego moja miłość do tego gatunku jest „jak stąd do księżyca”. A że urodziny to dzień radosny, chciałabym się z wami moją miłością podzielić. Pamiętacie jak za starych dobrych czasów solenizant przynosił do szkoły cukierki (a tym, których wyjątkowo lubił pozwalał wziąć dwa)? Ja dla odmiany chciałabym rozdać książki, dlatego przygotowałam aż trzy konkursy – jeden na blogu, jeden na Instagramie i jeden na facebooku, jest zatem w czym wybierać. Szczególnie, że do zdobycia sią właśnie moje ukochane książki młodzieżowe, a każda z nich jest kompletnie z innej bajki.

Zatem jeśli macie ochotę na delikatnie romantyczne „Jak powietrze”, zapraszam na facebooka (świstoklik), magiczne „Zakazane życzenie” czeka na Instagramie (świstoklik), a emocjonujące „The call. Wezwanie” można upolować poniżej. Konkursy będą trwały aż do końca wakacji, więc czasu do namysłu jest więcej niż dość.

Lwi KONKURS URODZINOWY na blogu (04.08-31.08) – „The call. Wezwanie”

_20170802_134513

Zasady są super proste, wystarczy:
1. Udzielić w komentarzu krótkiej odpowiedzi na pytanie „Dlaczego książki są prostokątne?”
2. Podać swój adres email (niezbędny do kontaktu ze zwycięzcą)
3. Podpisać się lub po prostu podać nick, pod którym obserwuje się mojego bloga.

I tyle. Wyniki podam w przeciągu tygodnia od zakończenia konkursu. Nagrody wysyłam wyłącznie na terytorium Polski.

Miłej zabawy!

Okołoksiążkowy miszmasz: See Bloggers 22-23.07.2017

To było moje najpierwsiejsze See Bloggers i dopiero drugie spotkanie z ludźmi z internetów, więc były emocje, ekscytacja i morze entuzjazmu. Nastraszona wizjami niebotycznej kolejki do rejestracji, spodziewając się scen iście dantejskich niczym w poniedziałek rano przed wejściem do Lidla, stawiłam się w Gdyni jeszcze przed 9.

_20170722_090833

Z merytorycznego punktu widzenia spodziewałam się jednak czegoś więcej – brak panelu związanego z szeroko pojętą kulturą był dla mnie sporym zaskoczeniem. Niestety nie udało mi się zapisać na jedyny warsztat, na którym naprawdę mi zależało (ten chyba najbardziej rozchwytywany – o pisaniu historii z Januszem Leonem Wiśniewskim) i po dziś dzień pluję sobie w brodę, że nie poszłam wybłagać pod drzwiami, żeby mnie jednak wpuścili. Wobec tego postanowiłam podążyć za mainstreamem i spróbować tego, co proponują organizatorzy – zapisałam się więc na wszystkie te warsztaty, które choć trochę wpasowały się w moje zainteresowania, brzmiały całkiem ciekawie i były na nie miejsca. I w ten oto sposób blogerka książkowa dekorowała stół na garden party, malowała paznokcie i robiła zdjęcia :D

Z tego zestawienia najlepiej bawiłam się na warsztatach prowadzonych przez dziewczyny z Make Home Easier wraz z firmą DUKA. Przyznaję uczciwie, że mam niesamowitą słabość do wszystkich tych cudnych filiżanek, miseczek, garnuszków i kubeczków (a że do tego jestem strasznych chomikiem, to w moim mieszkaniu praktycznie nie można się ruszyć). Aranżowanie stołowej kompozycji to zawsze fajne ćwiczenie, szczególnie, że moje zdjęcia książek, to zazwyczaj właśnie martwe natury stołowe ;)

Dekorowanie paznokci pyłkami świecącymi w ciemności zorganizowane przez firmę CHIODO nieco mnie rozczarowało – najpierw pod względem organizacyjnym, bo samo spotkanie opóźniło się o ponad pół godziny i zabrakło kamery, żeby móc naśladować ruchy instruktorki „na żywo”. Również same wzory nie do końca wpisały się w moje gusta. Przyznaję, że liczyłam na jakieś ckliwe kwiatuszki i bardziej zaawansowane cieniowanie kolorów, a wzory (choć z pewnością w letnim i plażowym klimacie) były dla mnie trochę zbyt przaśne. Jedyną nowością, do której nie doszłam jako samouk metodą prób i błędów, było dla mnie faktycznie dekorowanie fluorescencyjnymi pyłkami, z którymi się wcześniej nie zetknęłam.
Całkiem przyjemna zabawa, mimo, że nie wyniosłam z warsztatów prawie żadnych nowych umiejętności. Ale jako osoba, która nie zajmuje się tym zawodowo, a jedyne paznokciowe szaleństwa popełnia na własnych dłoniach, nie miałam większych oczekiwań.

Zupełnie czegoś innego spodziewałam się za to po warsztatach fotografii mobilnej z firmą ASUS prowadzonych przez Mariusza Stachowiaka. Przyznaję, że nastawiałam się na faktycznie praktyczny warsztat, podczas którego poznam lepiej funkcje i możliwości aparatu ukrytego sprytnie w smartfonie i poćwiczę pod okiem profesjonalisty. Warsztat okazał się jednak bardziej prelekcją opartą na porównywaniu dobrych ujęć z tymi gorszymi. A przynajmniej podczas pierwszej godziny, bo po tym czasie wymknęłam się chyłkiem. Jestem za to niezwykle wdzięczna za kilka słów na temat kompozycji zdjęcia i slajd z obrazem, który uratował moje przekonanie, że sztuka jest wszędzie! <3

IMG_20170723_144410_932

Ponadto wybrałam się na kilka innych wykładów – otwartych lub z akurat wolnymi miejscami poświęconych samemu blogowaniu. Na prelekcji Jacka Kłosińskiego o organizacji pracy blogera dowiedziałam się, że w pisaniu magisterki przeszkadzał mi mój „mózg misia pandy” i że „wszystko jest projektem”, poznałam też kilka naprawdę fajnych aplikacji, które pomogą w ogarnięciu życia, koniecznie musze je wypróbować. Podczas wywiadu z Mają Sablewską posłuchałam nieco o autentyczności blogera. Całe szczęście, że z tym akurat chyba nie mam problemu (w końcu prywata wylewa się u mnie z co drugiego zdania), bo kompletnie nie mogłam się skupić przez obserwację zdumiewających możliwości plastycznych ludzkiego ciała wymaganych do wygięcia kobiecej kostki pod naprawdę zdumiewającym kątem w butach na obcasach. Prelekcja „Infliencerze! Tak widzą Cie agencje!” uświadomiła mi za to dość przerażającą prawdę o tym, jak bardzo obserwowany jest każdy mój ruch w internecie.

Trochę żałuję, że nie trafiłam na wykład Alabasterfox poświęcony instagramowi, bo podobno był naprawdę świetny, a w ramach podnoszenie kwalifikacji fotograficznych nie zdecydowałam się na prelekcję Jest Rudo, bo z niej chyba wyniosłabym więcej praktycznej wiedzy. Zdobyłam za to niezwykle cenne doświadczenia i przyszłoroczne wybory z pewnością będą jeszcze bardziej trafione.

Mam wrażenie, że tegoroczna edycja odbyła się pod hasłem dbania o urodę. Nie ukrywam, że blogerka książkowa też baba i oczy świeciły mi się do tych wszystkich mazidełek, które chętnie obejrzałam, obwąchałam i wypróbowałam, ale moim zdaniem przydałaby się do tego godna reprezentacja sektora kultury.

Wykłady wykładami, marki markami, wiedza wiedzą, ale na See Bloggers wybrałam się przede wszystkim w celu uspołecznienia i poznania nowych ludzi. I te cel udało mi się spełnić w stu procentach. Świetnie spędziłam czas z Dominiką z Book jeden wie, Zuzą Szufladopółką, Ulą z Pełen Zlew, Izą z Nie tylko różowo i Eweliną z Blair Czyta (przepraszam, że przez cały dzień zwracałam się do Ciebie imieniem twojego kota!) – przemiło było was poznać/poznać lepiej/wreszcie się spotkać, nie mogłam wymarzyć sobie lepszego towarzystwa! Wielkie dzięki za spotkanie również tym, z którymi zdążyłam wymienić tylko kilka zdań i przelotne uściski – Marcie z Rudym spojrzeniem, Dianie z Bardziej lubię książki, Pauli z Rude recenzuje, Oli z bloga Parapet literackiParapet literacki, Karolinie z The carolina’s book i Agnieszce z Alicja ma kota (Bardzo przepraszam, że na Ciebie nakrzyczałam! Ale wyobrażacie sobie, że nie dość, że nazywa się Agnieszka, to jeszcze wcale nie ma kota?! Ktoś tu chyba nie był na prelekcji Sablewskiej o autentyczności w internetach! :D) – strasznie miło było Was poznać, wierzę, że jeszcze nie raz spotkamy się w realu. A w przyszłym roku weźmiemy See Bloggers szturmem i doczekamy się panelu pełnego kultury!

Nie miałam chwili na nudę (ani na obiad swoją drogą), spotkałam świetnych  i inspirujących ludzi, wyszłam cała obładowana prezentami (od kosmetyków i lakierów do paznokci aż po tyle owsianki, że ledwo mogłam ją unieść :D) i byłam na pierwszej imprezie od ładnych kilku lat. A podobno chcąc wyjść z internetu do ludzi nie powinnam wybierać się na See Bloggers ;)

A oto moje #seeculture z przymrużeniem oka, czyli co robi blogerka książkowa na See Bloggers:

  1. degustuje wykwintne jadło
  • pierwszy raz próbuje jarmużu (ble)
    DSC_0152
  • hasztaguje – nie tak łatwo wyciągnąć blogera z internetu
    DSC_0830
  • omdlewa oszołomiony darami losuDSC_0044
  • oblega fotobudki
  • przegania nudę wraz z Szufladopółką i #głosksiążki
    DSC_0125 (1)
  • ploteczkuje
  • dyktuje Mikołajowi na uszko długaśną listę prezentów
    IMG_20170722_113344_823
  • oszałamia wdziękiem
    DSC_0222
  • spotyka cudownie inspirujących ludzi

Do zobaczenia za rok!

 

Okołoksiążkowy miszmasz: A może nad morze? Z książką – 08.07.2016

To naprawdę wstyd, żeby osoba mieszkająca w Gdańsku wybierała się na spacer po Sopocie raz na dwa lata. A jednak był mi potrzebny kopniak w postaci spotkania autorów, blogerów i innych uzależnionych od książek indywiduów, żeby wyciągnąć mnie z domu – nad morze i do ludzi.

Każdy na pewno dobrze zna to uczucie, kiedy wchodzi po raz pierwszy do zgranego, świetnie ze sobą zżytego towarzystwa, gdzie każdy każdego świetnie zna i lubi. Zapewne wyglądałam trochę jak wystraszony żuczek, kiedy weszłam cichaczem na piątą już edycję kameralnego spotkania „A może nad morze? Z książką” w sopockiej Zatoce Sztuki. Wszyscy wokół witali się serdecznymi uściskami, a ja onieśmielona twarzami znanymi z internetów, stałam na środku z butami w garści jak ostatnia sierotka. Szybko wyczaiłam kogoś równie zagubionego jak ja i czym prędzej się przykolegowałam. Wobec czego imprezę zaczęłyśmy we dwie z nowo poznaną Martą podgryzając ciasteczka, obczajając ukradkiem telefony i próbując rozkręcić kulejącą, jak to na początku, rozmowę.

I wiecie co? Ten stan rzeczy trwał jakieś pół godziny. Ani się obejrzałam, a znajdowałam się w centrum rozmów i śmiechów, a z osoby, która robiła zdjęcia wszystkim grupkom znajomych zmieniłam się w osobę przed obiektywem. W dodatku wraz ze świeżo upieczonymi znajomymi! Naprawdę nigdy nie spotkałam się z tak otwartą, ciepłą i sympatyczną grupą pozytywnych wariatów, którzy „nowego na pokładzie” witają z szeroko rozpostartymi ramionami. Po kilku godzinach czułam się jak u siebie. Nie wiem co to za magia, ale uzależniłam się od niej momentalnie.

Jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem spotkania przyłączyłam się do wspólnego czytania na lekko wilgotnym piasku sopockiej plaży w ramach akcji „Woluminy. Głos książki” organizowanej przez Szufladopółkę. To świetna inicjatywa mająca na celu promowanie czytelnictwa jako sposobu na codzienną nudę dopadającą nas w wielu zupełnie prozaicznych sytuacjach  – w kolejce do lekarza, w stojącym w korku autobusie, czy podczas niecierpliwego oczekiwania na rozpoczęcie spotkania. Cały myk polega na tym, by czytać na głos – i sobie i innym znudzonym towarzyszom niedoli. Właśnie w ten sposób po raz pierwszy zetknęłam się z twórczością Agnieszki Pruskiej, która również przeczytała nam kilka stron swojej książki. W „Żeglażu” zakochałam się od dziesiątej strony, czyli od pierwszego trupa, koniecznie muszę dokończyć go na własną rękę. Pierwsze lody zostały przełamane, bo powiem wam w sekrecie, że Zuzanna Szufladopółka jest ekstra!

Kolejnym sposobem na poznanie nowych ludzi, był quiz integracyjny przygotowany przez pomysłodawczynie sopockich spotkań – Beatę Bookfę (blog Lost.In.The.Library) oraz Beatę z bloga Co warto czytać?, który z daleka przypominał maturę, a okazał się być znacznie trudniejszy. Moja grupa nadała mu godny tytuł „Najbardziej znani autorzy i ich najmniej znane dzieła” a wystarczyło zaledwie dopasować nazwiska pisarzy do tytułów dzieł… Cóż, mój wynik to 1/30. Ale nic nie integruje równie skutecznie, co wspólna niewiedza i porządna burza mózgów!

19884334_1793119650715272_8309946104659628460_n

Wielka książkowa wymiana, zbiórka książek dla Szpitala Morskiego im. PCK w Gdyni w ramach akcji „Wędrujące książki”, niejedno losowanie książkowych gadżetów i czas na gadanie, gadanie, gadanie… W końcu miałam z kim się nagadać. O książkach i nie tylko. Poznałam masę fantastycznych osób, między innymi Dorotę z bloga Przeczytanki, Martę z bloga Marta wśród książek, Monikę z bloga Halmanowa, a także Ewę Formella, autorkę mojej książkowej niespodzianki z wymiany, i Agnieszkę Pruską, z którą głowiłam się nad supertrudnym quizem. Udało mi się nawet zamienić kilka słów z Agnieszką z bloga Czytam, bo lubię, którego podglądam cichaczem od samego początku mojej blogerskiej przygody.

Jestem pod wrażeniem profesjonalizmu całego wydarzenia – na każdego z uczestników czekał imienny identyfikator z pamiątkową smyczą z potwornym hasłem od Potwornie Prawdziwe „Zbieram książki, żeby kiedyś wreszcie zbudować z nich fort, odgrodzić się od świata i założyć własne państwo.” (nic dodać, nic ująć, to właśnie moje życiowe motto!) i torba z logo spotkania wypełniona po brzegi dedykowanymi niespodziankami od sponsorów. A fotobudka skutecznie uporała się z resztką mojego początkowego zagubienia. O słodkim poczęstunku i jubileuszowym torcie z kolorową posypką nawet nie wspominam, bo wszystko poszło w boczki. Ale niczego nie żałuję. Organizatorom spotkania, czyli Oli z bloga Aleksanda czyta oraz Zuzi i Alanowi z bloga Recenzjum należą się naprawdę wielka brawa. Serdeczne dzięki również wszystkim sponsorom za genialne prezenty – wyszłam obładowana jak wielbłąd, a co pozycja, to ciekawsza. Potrzebuję dodatkowych kilku godzin na dobę, żeby to wszystko przeczytać i poukładać.

19598790_1087476058084401_7855904240075623422_n

Do zobaczenia za rok, bo już na pewno się mnie nie pozbędziecie!

Okołoksiążkowy miszmasz: Podsumowanie BookAThonu 3-10.07.2017

Ostatni tydzień minął niczym oka mgnienie, strasznie szkoda, że to już koniec. Czas poskładać sobie wszytko do kupy i ocenić co poszło zgodnie z planem, a co zupełnie okrężną drogą. No i spróbować określić gdzie umknął cały ten czas?

Zaliczonych wyzwań: 7/8

3.07 – książka, w której ważną rolę odgrywają zwierzęta -> J. K. Rowling „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Oryginalny scenariusz”
4.07 – książka o przyszłości -> „Architektki”
5.07 – zła książka -> Sylwia Kubryńska „Kobieta dość doskonała”
6.07 – książka, która jest biografią -> „Architektki”
7.07 – książka, która porusza temat tabu -> Sylwia Kubryńska „Kobieta dość doskonała”
8.07 – książka zekranizowana w 2016 lub 2017 roku -> J. K. Rowling „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Oryginalny scenariusz”
9.07 – co najmniej 1500 stron -> ten wynik pomińmy milczeniem.

Co prawda każdą z przeczytanych książek wybrałam tak, by pasowała do dwóch kategorii i trochę zaszalałam z nadinterpretacją tematów (szczególnie przy książce o przyszłości, która u mnie de facto jest książką o przeszłości), ale prawie wszystko się udało. Nie przeczytałam 1500 stron, ale mierząc siły na zamiary nawet tego nie planowałam. Za to spełniłam swoje prywatne dodatkowe wyzwanie – w czasie maratonu nie kupiłam żadnej nowej książki i nie wypożyczyłam nic z biblioteki. Co prawda ze spotkania blogerów w Sopocie wróciłam z pełną siatą książkowych prezentów i nowych pozycji z wymiany, ale to się nie liczy!

Przeczytanych stron: 312+286+164= 762

Czyli zgodnie z mniej optymistycznym planem.

Przeczytanych książek: 3/4

Nie spodziewałam się, że utknę aż na trzy dni przy mojej „złej książce”. Cóż, okazała się naprawdę zła. W związku z tym nie zdążyłam sięgnąć po książkę Rodana, którą planowałam jako „gratis na koniec”.

Swoją drogą zupełnie przypadkowo wybrałam sobie książki bardzo różnorodne i idealnie zrównoważone, podobnie jak moje odczucia po lekturze:
Scenariusz „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” naprawdę bardzo mi się podobał, co przyjęłam z niemałym zaskoczeniem.
Czytając „Architektki” dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam.
Natomiast „Kobieta dość doskonała” kompletnie mi się nie podobała i chociaż się tego spodziewałam, i tak byłam rozczarowana.

Napisanych recenzji: 2/3

Staram się nie sięgać po nową książkę, dopóki na dobre nie rozprawię się z poprzednią. Gdybym nie to postanowienie nigdy nie udałoby mi się nic napisać, tylko rzucałabym się od książki do książki, do świata do świata aż wszystkie refleksje o poprzednich kompletnie uciekłyby mi z głowy. Na czas bookAThonu zrobiłam sobie wyjątek od tej reguły, ale recenzja środkowych „Architektek” już się grzecznie pisze.

Miejsca, w których czytałam: na kanapie (a jak!), na fotelu, w małżeńskim wyrku, przy stole w trakcie konsumpcji, na spacerze z Bobasą, w sklepowej kolejce, na ławce na placu zabaw, na plaży, po kostki w morzu.

Ponadto: podczas czytania pożarłam strasznie dużo owoców i zielonego groszku oraz wypiłam zastraszające ilości herbaty; dwa razy odkładałam książkę Kubryńskiej w kąt i oddawałam się refleksjom na temat „co ja czytam i czemu to sobie robię”; zrobiłam kilka całkiem ładnych zdjęć z książką w tle i wreszcie nauczyłam się je rozjaśniać; oddając się lekturze przypaliłam jeden obiad; oddając się lekturze nie zauważyłam, że Dzieć topi plastikowe gofry w nocniku; oddając się lekturze zachlapałam jedną z książek pomidorówką (ale że to była pozycja o pewnej bardzo niedoskonałej kobiecie, to ani trochę nie było mi szkoda); w tak zwanym międzyczasie zaliczyłam fantastyczne spotkanie A może nad morze? Z książką i wyszłam odrobinę do ludzi.

Podsumowując: Było trochę zachwytów i trochę rozczarowań, przypałętało się też sporo bólu pleców i karku od przyjmowania dziwnych pozycji przy czytaniu. Nie jest idealnie, ale jak na obecne klimaty chyba poszło mi całkiem nieźle. Najważniejsza jest w końcu zabawa i przyjemność z lektury. A w przyszłym roku na pewno będzie jeszcze lepiej!

Za to niekwestionowaną Mistrzynią BookAThonu 2017 została Maj – swój książeczkowy stosik czytała przynajmniej raz (!) każdego dnia maratonu (!!!). Czytała za pomocą mamy, taty i cioci, a także sama zabierała się za przeglądanie wybranych lektur. I powiem szczerze, że sięgając po swoje zaplanowane lektury oraz wiele niezaplanowanych znowu i znowu (naprawdę bez chwili wytchnienia, chyba wszystko znam już na pamięć!), nie jestem pewna, czy nie zawstydziła mnie z ilością przeczytanych stron.

Podsumowując część 2: To był szalenie intensywny i bardzo zaczytany tydzień. Obie jak zwykle bawiłyśmy się świetnie w wybornym towarzystwie książek. Trochę odpoczniemy i pewnie znowu rzucimy się w wir trochę bardziej spontanicznego czytania, bo tak naprawdę nasze życie to jeden wielki książkowy maraton (O, to mi się udało. Oficjalnie ogłaszam to zdanie złotą myślą naszego bookAThonu!). A tak z mniejszą ilością patosu: było super! Prosimy o więcej takich imprez!

Okołoksiążkowy miszmasz: BookAThon 03-10.07.2017

Choć za oknem ani trochę tego nie widać, wreszcie przyszło lato. W zeszłym roku nie udało mi się zaangażować w tą akcję, ale zapamiętałam sobie „na przyszłość”, że kiedy kończą się truskawki, zaczyna się BookAThon, czyli fantastyczne książkowe wydarzenie organizowane przez Ewelinę Mierzwińską, Anitę Boharewicz oraz Karolinę Żebrowską. No i w końcu się doczekałam! Już jutro startuje kolejna edycja tygodniowego maratonu czytelniczego, będącego imprezą otwarcia wakacji dla moli książkowych. Siedem dni i siedem tematycznych wyzwań, a w gratisie dyskusje, konkursy i duża dawka wzajemnej motywacji na facebookowym fanpage’u.

Tegoroczne tematy to wyzwania z prawdziwego zdarzenia i przyznaję, że musiałam się nieźle nagimnastykować, żeby wyszukać na moim przepastnym regale wstydu pasujące do nich lektury. Bo to właśnie moje prywatne, ósme wyzwanie – sięgać po pozycje tylko i wyłącznie z mojej prywatnej kolekcji „czekających na wyczytanie” – ogłaszam szlaban na bibliotekę i jeszcze większy szlaban na książkowe zakupy. Mam nadzieję, że uda mi się wytrwać w tym postanowieniu nieco dłużej niż przez ten jeden wczesnowakacyjny tydzień.

Ponadto starałam się wybierać książki tak, żeby pasowały do więcej niż jednego tematu na raz. Dobrze wiem, że jeśli zaplanuję sobie tydzień książkowego maratonu z ambitnym założeniem czytania jednej książki dziennie, to moja mała Maj zaplanuje nam w odwecie tydzień maratonu bez godziny snu. Wolę więc mierzyć siły na zamiary, szczególnie, że zawsze wolałam czytać trochę wolniej, a za to z większą przyjemnością. Kiedy już wczuję się na dobre w fikcyjny świat, nie tak łatwo mi go opuścić.

K. Rowling „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Oryginalny scenariusz” – książka, której naprawdę miałam nie kupować. Uwielbiam wszystko, co związane z magicznym światem Harrego Pottera i sam film naprawdę bardzo mi się podobał ale posiadanie oprawionego scenariusza uważałam za zbędną fanaberię. Aż do momentu, w którym zobaczyłam tą przepiękną okładkę i wszystkie moje postanowienia poszły na pizzę, a ja dołączyłam pierwszą przygodę Newta Skamandera do swojej Kolekcji Książek Nieprzeczytanych. Podczas maratonu zaliczam tą pozycję do dwóch kategorii – „Książka, w której ważną rolę odgrywają zwierzęta” i „Książka zekranizowana w 2016 roku”.

Sylwia Kubryńska „Kobieta dość doskonała” – oto i ona, pozycja, która swego czasu miała bardzo dobrą reklamę i o której słyszałam same pełne zachwytów opinie. A ja jak na złość, mimo kilku podejść, kompletnie nie mogę przez nią przebrnąć. Tym razem musi się udać. W moim bookAThonowym zestawieniu występuje w roli „Złej książki”, bo tak już zaczęłam o niej myśleć. Sądząc po stężeniu feminizmu już na pierwszej stronie, myślę że bez problemu mogę ją zaliczyć również do kategorii „Książka, która porusza tematy tabu.” Poczytamy, zobaczymy.

„Architektura jest najważniejsza. Architektki” – przyznaję bez bicia, że naprawdę nie lubię czytać biografii, dlatego jako wyzwanie na czwarty dzień maratonu wybrałam zbiór esejów poświęconych sylwetkom sześciu wybitnych architektek. Mam nadzieję, że znajdę w tej książce trochę opowieści o kobietach, trochę o życiu i trochę o sztuce, dzięki czemu nie umrę z nudów (co jest w moim przypadku nieodłącznym elementem zagłębiania się w biografie).
Kolejnym tematem w literaturze, za którym naprawdę nie przepadam, są wizje przyszłości (za co gdzieś głęboko w sercu po dziś dzień obwiniam pewnego pana Lema i katusze, które mi zgotował), nie mam za to nic przeciwko osobom, które myślą przyszłościowo i biorą czynny udział w kształtowaniu owej przyszłości. Architektki opowiadające się po stronie modernizmu, kreatorki polskiej nowoczesności idealnie wpasują się w wyzwanie na drugi dzień maratonu. Chyba tylko historyk potrafi odnaleźć przyszłość w przeszłości, ale z drugiej strony kto historykowi zabroni?

Andrzej Rodan „Życie seksualne papagejów” – i na sam koniec, jeśli tylko starczy mi czasu (a Bobasa pozwoli sobie pofolgować) zostawiłam sobie tą oto książkę-zagadkę. Wyszperałam ją kiedyś na targu staroci i prawdę mówiąc kupiłam po okładce. Wygląda na taką, która z prawdziwą rozkoszą poruszy wszystkie tematy tabu na jakie tylko się natknie i coś czuję w kościach, że to może być bardzo zła książką – aż nie mogę się doczekać lektury!

Jak widać już na samym zdjęciu mojego stosika, nie podejmuję się ostatniego z wyzwań – mój najbardziej optymistyczny scenariusz (wraz z książką Rodana) zakłada przeczytanie 955 stron, a to do 1500 daleka droga. Nie można mieć jednak wszystkiego, a lepiej nie kusić licha. Kto wie, może w przyszłym roku bardziej zaszaleję?

Tak wyglądają moje ambitne plany, teraz czas na przedstawienie majowego stosiku na maraton! Razem z Bobasą wybrałyśmy następujące pozycje do wspólnego czytania:

_20170702_104433

03.07 „Zwierzęta i ich dzieci” – zwierzątka są super, a małe zwierzątka to już w ogóle szaleństwo i słodycz w czystej postaci. Im więcej, tym lepiej!
04.07 „Magda i jej buldożer” to wręcz wymarzona pozycja o przyszłości. Kobiety na buldożery!
05.07 Cudowna „Myszka” Doroty Gellner wystąpi jako „Zła książka”. Nie dlatego, że nie jest fantastyczna, ale dlatego, że porusza temat złości i radzenia sobie z tą emocją.
06.07 Anthony Browne „Moja mama” będzie naszą biografią. Uniwersalna i ponadczasowa opowieść o najważniejszej osobie na świecie.
07.07 Hector Dexet „Kto zjadł biedronkę?” – szczera rozmowa o upodobaniach kulinarnych, szczególnie tych nie fit i nie wege to temat coraz bardziej tabu. No bo czy ktoś się przyznaje do zjedzenia biedronki?
08.07 „Mały Lewis Caroll. Alicja w Krainie czarów” – co prawda w 2016 roku na ekrany kin wszedł film pod tytułem „Alicja po drugiej stronie lustra”, ale jako pierwszy kontakt z bohaterami, obrazkowa wersja historii o Alicji i Króliku jak najbardziej wystarczy.
09.07 – oczywiście i w tym przypadku nie podejmujemy się wyzwania dotyczącego 1500 przeczytanych stron. Chociaż książeczki są czytane tyle razy wciąż na nowo, że może nie powinnam tak od razu skreślać naszych możliwości…? :D

Zapowiada się naprawdę zaczytany tydzień, wszystkim współuczestnikom życzę dobrej zabawy samych świetnych książek! Powodzenia!

BKTN_Promka_Poster

 

Okołoksiążkowy miszmasz: Warszawskie Targi Książki 2017

Sporo czasu już minęło, emocje nieco opadły, nacieszyłam się zdobyczami – w końcu mogę w miarę spokojnie podejść do podsumowania mojego pierwszego kontaktu z Targami Książki.

Już od kilku lat marzyła mi się wycieczka na warszawskie targi, ale zawsze znalazło się coś, co stawało na przeszkodzie. Dlatego w tym roku się zawzięłam, kupiłam bilety na pociąg z miesięcznym wyprzedzeniem i postawiłam rodzinę przed faktem dokonanym – wyrywam się z domu chociaż na jeden dzień. Wybór padł na sobotę, bo tego dnia najłatwiej wrobić mojego Ślubnego w opiekę nad Bobasą, a i w niedzielę zawsze znajdzie się chwila na odespanie gorączki sobotniej nocy.

Wsiadłam zagtem w pociąg o nieludzkiej 4 rano i wyruszyłam na podbój stolicy. W dodatku z uśmiechem na twarzy i radością w sercu, bo oto nadszedł dzień tylko i wyłącznie dla mnie w Książkowej Krainie Czarów. Poza lekturą do pociągu i pozycjami na wymianę nie wzięłam ze sobą żadnych książek do podpisu. Wyszłam z założenia, że taka impreza jest świetną okazją do spróbowania czegoś nowego, zaplanowałam zatem polowanie na książki i autografy kilku powszechnie lubianych autorów, z którymi nie miałam dotychczas do czynienia, wyszukanie jakiś cudnych nowości dla Maj i intensywne wchłanianie atmosfery wydarzenia.

DSC_0944.JPG

Pierwsze wrażenie niestety nie było najlepsze. Kiedy (po większych lub mniejszych pomyłkach) znalazłam w Warszawie Stadion Narodowy i już obeszłam go praktycznie wokoło, by idąc za nielicznymi drogowskazami odnaleźć główne wejście na imprezę przywitał mnie aromat grilla i jarmarczna atmosfera biedronkowej wyprzedaży na mało estetycznych straganach przed stadionem. A za drzwiami… gigantyczna kolejka do wejścia. Tłok, ścisk, gorąc i niesamowita duchota ludzkiej ciżby wachlującej się niemrawo biletami w nadziei na złapanie choćby łyka świeżego powietrza. A podobno Polacy nie czytają! Kiedy już myślałam, że przyjdzie mi spędzić najbliższe kilka godzin w iście piekielnej kolejce, jedna z niepozornych pań z ochrony sprzedała mi cynk (chciała poinformować całą kolejkę, ale efekt bez nagłośnienia był taki, że poinformowała kilka stojących najbliżej osób), iż przy wejściu z drugiej strony stadionu nie ma zupełnie nikogo i tam będzie o wiele szybciej. Wierząc na słowo obiegłam stadion ponownie i znalazłam praktycznie nieoznakowane wejście (notabene tuż obok bramy, przez którą dostałam się na stadion) gdzie panowała cisza, spokój i przyjemny chłód. I nagle okazało się,  że dostanie się na targi trwa 30 sekund. A potem już na nic nie zwracałam uwagi, bo znalazłam się w książkowym raju. Przez pierwszą godzinę cieszyłam się podziwianiem zawartości stoisk w komforcie niemalże samotności – najwyraźniej dzielnej Pani Ochroniarce nie udało się przekonać wielu zainteresowanych do porannej przebieżki wokół stadionu w upale. A było warto.

 

Kiedy już nacieszyłam oczy i skusiłam się na pierwsze zakupy dla Bobasy ustawiłam się w pierwszej kolejce po autograf – wybór padł na Kim Holden, bo na zachwalanego powszechnie „Promyczka” już od dawna miałam chęć. Kolejka była obłędna – choć według planu rozdawanie autografów miało potrwać godzinę, przed Kim stanęłam po upływie niemalże dwóch. Podczas kolejkowania zdążyłam kupić książkę do podpisu, zawrzeć pierwsze znajomości, odstać swoje w drugiej, równie imponującej kolejce do Książkowej Wymiany (ta szła znacznie szybciej i była w klimatyzowanym pomieszczeniu), gdzie upolowałam naprawdę smakowite kąski, zawarłam jeszcze milsze znajomości i odetchnęłam w chłodzie; przebuszować przez pobliskie stoiska, uciąć sobie dłuższą pogawędkę z Januszem Leonem Wiśniewskim i Anią Jamróz, którzy podpisali mi cudowną „Marcelinkę” (Swoją drogą to bardzo ciekawe zjawisko – kiedy popularny autor siedzi na stoisku wydawnictwa dziecięcego, przez godzinę niemal nikt do niego nie podejdzie. A kiedy chwilę później przesiądzie się kilka stoisk dalej pod plakat z wielkim zdjęciem jednej ze swoich bardziej znanych książek, tłoczą się wokół niego rzesze fanów.) i jeszcze zacząć „Promyczka” cały czas czekając w tej samej kolejce. Ale kiedy już dostałam się do autorki, wiedziałam, że było warto. Bo Kim okazała się być przemiła – z każdym zamieniła parę słów, każdego uścisnęła, pozowała do setek zdjęć i nie patrząc na upływ czasu podpisywała książki aż do ostatniego fana, by nikt nie odszedł rozczarowany. Miała w sobie tyle pozytywnej energii, że chyba obdzieliła nią każdego w okolicy. Nie wiem, czy istnieje lepsza reklama książki, niż tak sympatyczna autorka.

 

Z całkowicie kontrastową atmosferą spotkałam się jakiś czas później, kiedy skusiłam się na autograf od Charlotte Link – tam wszystko szło tak szybko, że autorka nie miała chwili by podnieść głowę znad podpisywanych książek, nie mówiąc już o przywitaniu się z kimkolwiek. Ale kolejka zniknęła znacznie szybciej.

 

Już po kilku godzinach uginałam się od ciężaru zakupów (a miałam tylko oglądać!) i wszechobecny tłok szybko mnie wyczerpał. W końcu znacznie trudniej przeciskać się w tłumie będąc objuczonym jak wielbłąd – ach, jak zazdrościłam zaradnym i pomysłowym ich walizeczek z kółeczkami! Odsapnęłam nieco słuchając wystąpienia na temat Marii Skłodowskiej Curie (swoją drogą bardzo ciekawego, aż nabrałam ochoty na książkę) podczas czekania na autograf Adama Święckiego. A kiedy już wiedziałam, że nie uniosę już ani strony więcej, pożegnałam się z targami.

 

Może i nie była to Książkowa Kraina Czarów, ale na pewno Książkowy Róg Obfitości i mimo niewielkich niedociągnięć organizacyjnych naprawdę warto było przyjechać znad morza. Łowy uważam za zdecydowanie udane. Bardzo miło wspominam też pogawędki z autorami i ilustratorami książeczek dziecięcych, do których zupełnie nie było kolejek i można sobie było pozwolić na chwilę rozmowy. Bardzo podobała mi się również propozycja programu dla dzieci – jak tylko Maj podrośnie, na pewno wybierzemy się razem!

Trochę tylko żałuję kiepskiego wyboru lektury na podróż – „Dziewczyna z pociągu” niemal zanudziła mnie na śmierć, mogłam zamiast niej wziąć „Żarna Niebios” Kossakowskiej i upolować autograf. W przyszłym roku na pewno wybiorę się ponownie, może nawet na dwa dni. Będę już wiedziała, że stadion ma dwa wejścia (a może i w przyszłym roku oba będą wyraźnie oznaczone). I tym razem na pewno wezmę ze sobą wygodną walizkę z dużą ilością kółeczek.

 

 

 

Okołoksiążkowy miszmasz: Co znalazłam w majowym „Pięknym Boxie” od My Book Box + KONKURS

Oj tak, w Maju zdecydowanie sobie pofolgowałam jeśli chodzi o książkowe przyjemności. Do zakupu akurat tego pudełka-niespodzianki zachęciła mnie obietnica, że wszystko, co znajdę w środku będzie prześliczne. A że jestem straszną sroką i do pięknych dupereli mam niezaprzeczalną słabość, wcale nie zastanawiałam się długo.

Piękny Box to teoretycznie mój prezent z okazji Dnia Mamy, chociaż (jako że został dostarczony już w poprzedni piątek) nie wytrzymałam napięcia i otworzyłam go troszkę wcześniej. Po prostu uwielbiam celebrować rozpakowywanie tych cudnych niespodziankowych paczuszek.

Oto co znalazłam w moim Pretty Boxie:

Książka „The Call. Wezwanie” Peadar Ó Guilín – w tym przypadku twórcy boxa uchylili odrobinę wcześniej rąbka tajemnicy i zdradzili jakiej książki można się spodziewać. Co więcej dali kupującemu możliwość wyboru, gdzie drugą opcją był „Sekret Sonji” Asa Helberg.

Poszewka na poduszkę książkomaniaka od Cymelium Store – ckliwe, kwieciste, romantyczne ubranko na poduchę z napisem „Kto czyta książki żyje podwójnie”. Miła w dotyku poszewka z porządnym zamkiem ma moc zmiany każdego miejsca w kącik do czytania.

Naklejka – tabliczka informacyjna z wymownym napisem „Nie przeszkadzać, czytam” – wspominałam coś o kąciku do czytania? Naklejka na pewno się przyda jeśli do waszego ciągle ktoś włazi ;) Sama swoją nakleję chyba na czole, bo czytam wszędzie i ciągle ktoś próbuje mnie rozpraszać stale dopominając się o uwagę (szczególnie pewien mały majkowy ktoś). Szkoda tylko, że mój Dzieć jeszcze nie potrafi czytać :D

Zakładki do książek – dwie cudne tekturowe „Books are all you need” i „To read or not to read” oraz nieco mniejsza laminowana z bohaterami Trylogii Klątwy (której jeszcze nie czytałam, ale mam w planie).

Książkowa przypinka „Czytam, bo lubię” – będzie do torby na letnie wojaże.

*kot ze zdjęcia, mimo całego swego piękna, nie wchodzi w skład pudełka!

Obietnicę uważam za spełnioną – każdy gadżet jest naprawdę bardzo ładny i starannie wykonany. Zawartość pudełka jest satysfakcjonująca i jak najbardziej adekwatna do ceny. Sama pewnie dorzuciłabym jeszcze niewielką paczuszkę jakiejś owocowej, aromatycznej herbaty, która dopełniłaby wiosennego klimatu pięknym zapachem, ale jako herbatomaniaczka po prostu dorzucałabym herbatę do wszystkiego. Z przyjemnością oceniam ten zakup na okrągłą tłuściutką 5, na pewno jeszcze nie raz ulegnę pokusie i sprawię sobie taki prezent.

Pięknego Boxa, a także wiele innych fantastycznych pudełek znaleźć można na http://www.mybookbox.pl/

i na sam koniec jeszcze obiecany KONKURS!

Dzisiaj wielki dzień i uważam, że każda Mama, Książkowa Mama, Kocia Mama i Zupełnie Nie Mama zasługuje w życiu na odrobinę piękna.
Dlatego razem z My Book Box zapraszam na konkurs, w którym nagrodą jest takie właśnie Piękne Pudełko. Żeby wziąć w nim udział wystarczy udzielić w komentarzu krótkiej odpowiedzi na pytanie „Czym jest piękno?” (oczywiście im bardziej zakręcony pomysł, tym lepiej!) wraz ze swoim adresem e-mail i podpisem. Konkurs trwa od 26.05 do 09.06, wyniki zostaną ogłoszone w przeciągu kolejnego tygodnia. Wysyłka nagrody wyłącznie na terytorium Polski. Powodzenia!

 

Okołoksiążkowy miszmasz: Co znalazłam w majowym Bookowym Pudle

W maju pozwoliłam sobie na sporo książkowego szaleństwa – jednym z nich jest Bookowe Pudło, na które skusiłam się ze względu na jego hasło przewodnie „Książka z mrożoną herbatą”. Kocham książki, kocham herbatę i kocham lato – po prostu musiałam je mieć!

Paczucha dotarła już w piątek 19.05. Niestety Pan Kurier musiał się nieźle naświecić oczami, bo przesyłka była dosłownie w strzępach – usztywniana kartonowa koperta (o ironio, z czerwoną naklejką „ostrożnie!”) została rozdarta po całej długości. Któryś z nieszczęsnych pracowników poczty próbował ratować sytuację za pomocą szarego papieru i opasek do łączenia kabli, z miernym skutkiem. Na szczęście niczego nie brakowało.

A oto co kryło się wewnątrz mojej biednej, sponiewieranej paczki:

Książka „Oto jestem” Jonathan Safran Foer – na jej widok dosłownie aż podskoczyłam z radości – czaiłam się na tą pozycję, ale sama raczej bym jej sobie nie kupiła (niezła cegiełka, a w dodatku nowa okładka nie pasuje do mojego „Strasznie głośno, niesamowicie blisko”, chociaż jest przepiękna!).

Słoik – kubeczek ze słomką i zakrętką – to prawdziwy cud, że szklany kubek przetrwał wszystkie nieprzyjemności, które spotkały moją paczkę po drodze, musi być iście pancerny! Super, że zakrętka jest plastikowa – może to odrobinę mniej eleganckie, ale wszystkie metalowe zakrętki z mojej kolekcji butelek do picia zardzewiały wokół słomki.

Porcja zielonej herbaty z pigwą – pachnie bosko, aż szkoda ją wypić! W dodatku samo opakowanie jest bardzo ciekawe.

Foremka do lodu w kształcie jabłuszek – nie załapała się na zdjęcie, bo spełnia swoją funkcję w odmętach zamrażarki.

Z zawartości, jestem ogólnie zadowolona – książka to dla mnie strzał w dziesiątkę, a gadżety bardzo dobrze oddają tematykę boxa. Zabrakło mi trochę stricte książkowego akcentu – na przykład niepowtarzalnej zakładki do książki, czy pocztówki z inspirującym cytatem. Mały minus też za brak pudełka samego w sobie – dla ochrony w trakcie podróży no i dla klimatu, tego specyficznego dreszczyku emocji jaki powoduje podnoszenie pokrywy pudełka ;)

Z czystym sumieniem wystawiam ocenę 4+. Bardzo fajna paczka, niewiele brakuje do ideału.

Bookowe pudło znalazłam na http://www.bookowepudlo.com.pl/