Czas na czytanie: „Świt, który nie nadejdzie” Remigiusz Mróz

A oto moje pierwsze spotkanie z twórczością Pana Mroza. Już myślałam, że się nie ugnę i tym razem uda mi się nie podążyć za mainstreamem ale jednak ciekawość robi swoje i kiedy trafiłam na Book Tour z książką tak popularnego ostatnio autora nie zastanawiałam się długo. W końcu trzeba sprawdzić o co tyle hałasu ;)

Poświęciłam zatem kilka deszczowych ostatnio wieczorów na historię upartej jak diabli i niezwykle przejętej swoją rolą policjantki i zbira spod ciemnej gwiazdy, który co prawda marudzi co jakiś czas o chęci całkowitej zmiany swojego życia i podejmuje przez to głupawe decyzje na miarę filantropa, ale suma summarum wszystko wychodzi jak zwykle i zbir jednak pozostaje zbirem.

Tym, co wysuwa się na pierwszy plan wśród moich „wrażeń z lektury” jest wielki plus za konstrukcję świata przedstawionego. Co prawda nie jestem szczególnie obeznana w realiach dwudziestolecia międzywojennego, ale naprawdę udało mi się poczuć ten klimat. Słownictwo, muzyka, ubiór, zwyczaje, topografia i infrastruktura miasta, smaki i zapachy oraz przewijające się tu i ówdzie znane osobistości pozostawiają wyobraźni spore pole do popisu i tworzą naprawdę wyjątkową atmosferę kraju zrujnowanego przez rozbiory i powoli podnoszącego się z gruzów. Kraju, który nie radzi sobie z samym sobą, uczy się na popełnianych co rusz błędach i zmuszony jest budować od zera wszystkie struktury państwowości. Kraju, w którego stolicy króluje nierząd, przestępczość i korupcja.

IMG_20170829_131226_677

I wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że przez pierwsze 400 stron… książka jest po prostu nijaka.

Niby mamy porachunki gangów, pierwsze kroki stawiane przez nowoutworzoną kobiecą formację policyjną, strzelaniny, działalność pod przykrywką, chytre plany, podwójną (a momentami nawet poczwórną!) grę, masę fałszywej lojalności i sporą dawkę mordobicia, to jednak coś jest nie tak. Mimo naprawdę dobrej konstrukcji, ta książka po prostu nie wzbudziła we mnie emocji – nawet w momentach dramatycznych zwrotów akcji przyglądałam się wszystkiemu raczej beznamiętnie – nie byłam zszokowana, nie byłam wzruszona. I mimo naprawdę atrakcyjnej szansy przyglądania się ówczesnej rzeczywistości z punktu widzenia elementu przestępczego półświatka oraz z karkołomnej pozycji stróża prawa w mieście opanowanym przez bezprawie, bohaterowie i ich życiowe sytuacje nie wzbudzili we mnie ani sympatii ani współczucia. Ani ekscytacji podczas ich wzajemnej gry w uwodzenie.

Być może na moje dość znudzone odczucia miało wpływ stosowanie „zaskakujących zwrotów akcji”, które pewnie by mnie zszokowały, gdybym nie widziała siedmiu sezonów Gry o Tron – czyli skoro czytelnik zdążył się już jako tako przyzwyczaić do jakiegoś bohatera, to znak, że najwyższy czas go ukatrupić. Albo przynajmniej poudawać. I może pierwszy z nich był nawet całkiem zaskakujący, ale autor próbował skorzystać kilkukrotnie z tego samego fortelu. Za drugim razem nikt już się chyba nie dał nabrać, a trzecie próba to już naprawdę przesada…

Tak naprawdę cała opowieść wciągnęła mnie mniej więcej na ostatnie 100 stron. I gdyby cała książka tak samo trzymała w napięciu jak jej zakończenie, to byłabym naprawdę pod wrażeniem.

Bo na tle całej powieści, jej zakończenie jest trochę jak upadek z urwiska – i całe szczęście, bo czwartego dowodu na nieśmiertelność moja cierpliwość mogłaby już nie zdzierżyć. A brak sielskiego happy endu odbieram raczej pozytywnie, bardzo pasuje do klimatu.

Podsumowując jest to raczej ponura historia o szukaniu swojego miejsca na świecie, o bijatykach, walce o wpływy, mafii, zemście, specyficznej miłości, poczuciu beznadziei i braku perspektyw na lepsze jutro. W gruncie rzeczy jest to powieść feministyczna, co doceniam jako kobiet i co mnie męczyło jako czytelniczkę nieumiejącą identyfikować się z postaciami kobiecymi (ach ta dusza szowinisty!). Nie jest ani nudna, ani porywająca, ani zaskakująca, ani przewidywalna. Warto przeczytać choćby dla samego klimatu, ale moim zdaniem nie ma co nastawiać się na fajerwerki, bo to jednak chyba bardziej powieść fantastyczno-historyczna, niż sensacyjna.

Z pewnością jeszcze kiedyś dam Mrozowi szansę, jednak nie sięgam po kolejną jego książkę z poczuciem niedosytu po poprzedniej.

Remigiusz Mróz, Świt, który nie nadejdzie, Poznań: Wydawnictwo Czwarta Strona, 2016, 528 s.

Za możliwość lektury dziękuję Joannie Hilińskiej, autorce bloga Subiektywnik Literacki i organizatorce Book Touru, w którym miałam przyjemność wziąć udział.

Reklamy

Czas na czytanie: „444” Maciej Siembieda

Burzliwe losy dzieł sztuki, zarówno tych szczęśliwie zachowanych w zbiorach polskich, jak i utraconych podczas niejednej wojennej zawieruchy, bywają gotowymi scenariuszami filmów akcji, lub tylko czekają na spisanie w powieści sensacyjnej (osobiście nie mogę się doczekać, aż ktoś w końcu sfabularyzuje losy „Sądu Ostatecznego” Memlinga, który wreszcie doczekał się porządnej popularyzacji. Bo historia jest genialna, ale i piekielnie trudna do przedstawienia.). Inspirują tajemnicze okoliczności powstania obrazów, niejasne pobudki fundatorów, rozbudowana symbolika, grabieże, oferty kupna, nanoszone poprawki i przemalowania, aż w końcu całkiem częste przypadki zniknięcia z kart historii, urwane tropy, domysły, trwające latami poszukiwania i cudowne odzyskiwanie skradzionych dóbr kultury, które co jakiś czas wypływają na aukcjach albo odnajdują się na strychu wiekowego esesmana.

„Portret młodzieńca” Rafaela, Bursztynowa Komnata, działalność słynnych „The Monuments Men” i w końcu „Chrzest Warneńczyka” Matejki pociągają nie tylko ze względu na kunszt artystyczny dzieł sztuki i nostalgię po ich utracie, ale również swoją historią, tajemniczością i obietnicą przygody.

Siembieda urzekł mnie ironicznym poczuciem humoru i zgrabnym połączeniem faktów historycznych z własnymi domysłami i czystą literacką fikcją. I genialnymi porównaniami!

„Po namyśle i przeliczeniu kalorii zdecydował się na kawałek francuskiego sera, którego nazwa w wolnym tłumaczeniu brzmiała: „nogi listonosza w sierpniu”, ale smakował wyśmienicie.”

Głównego bohatera naprawdę da się lubić. Ja polubiłam go momentalnie, gdy wykazał się  perfekcyjną znajomością moich ukochanych lektur z dzieciństwa. Bądźmy szczerzy – ludzi zaczytanych w „Tajemniczej Wyspie” nie można nie lubić.

„Tom – wyblakłej żółtej oprawie był tak zaczytany, że przypominał solidną porcję lasagne.”

– i choć miłośnicy książek „bez śladów użytkowania” i czciciele wszelkiego-słowa-jakie-kiedykolwiek-zostało-wydrukowane zapewne złapią się za głowy, to moje wydanie trylogii Verne’a wygląda bardzo podobnie.

Wracając do bohatera – Jakub Kania jest błyskotliwym prokuratorem IPNu specjalizującym się w ściganiu zbrodniarzy i odzieraniu z fałszu względnej prawdy historycznej, który zupełnym przypadkiem i całkiem prywatnie zaczyna interesować się sprawą zaginionego przed laty „Chrztu Warneńczyka” Matejki. Rozpoczyna więc poszukiwania w stylu Pana Samochodzika – zawędruje nawet na mazurskie wyspy! (A seria Nienackiego była, tuż obok Verne’a, drugą moją zaczytaną na śmierć, najulubieńszą lekturą beztroskich lat. Pewnie podobnie jak u większości historyków sztuki.).

I przy tym jest to powieść sensacyjna z prawdziwego zdarzenia – jest pilnie strzeżona przepowiednia, przedwieczne bractwo, tajemnicze zabójstwa, wojny religijne, wyścig z czasem i agenci potrafiący pokonać przeciwnika przy użyciu jednego palca. Tym, co szczególnie mi się podobało, jest brak „oszołomstwa”, często charakteryzującego książki tego gatunku – bohater nie jest mitycznym herosem (choć jak na mój gust jest nieco zbyt przystojny), popełnia błędy, bywa niepewny i nie zawsze rozwiązuje postawione przed nim zagadki. Dzięki bogatemu czerpaniu z historii (której wyobraźnia autora dodaje drugie dno) i zachowaniu umiaru podczas korzystania z efektów specjalnych jest to opowieść, w która naprawdę łatwo uwierzyć. Mimo pewnych bardzo sprzyjających bohaterowi zbiegów okoliczności – no bo kto z nas ma w rodzinie dwóch tajnych agentów zupełnie różnych wywiadów? Z drugiej strony ostatnie pięćdziesięciolecie to były naprawdę ciekawe czasy.

Wplatając w fabułę wiele pobocznych, pozornie nieistotnych wątków, Siembieda buduje historie kreowanych przez siebie postaci robiąc z nich osoby z krwi i kości – stworzone ze swych marzeń, doświadczeń, przeżyć, sukcesów i rozczarowań.

Duży plus również za nienachalny wątek romantyczny, który, choć bardzo istotny, w żadnym wypadku nie wysuwa się na pierwszy plan (chociaż Kasia również jest nieco zbyt urodziwa jak na mój gust. Ja chyba po prostu preferuję brzydali).

Podążając za słowami przedwiecznego proroctwa autor przenosi nas z miejsca na miejsce – od współczesnej Warszawy, gdzie dzieje osadzony został trzon fabularny historii, przez średniowieczne tereny dzisiejszej Portugalii, wojny Władysława Warneńczyka, dwór cara Aleksandra I, krakowską pracownię Matejki i powstanie styczniowe aż do odległej przyszłości. To prawdziwa żonglerka czasów, miejsc i kultur, gdzie wspólnym mianownikiem jest konflikt religijny między światami chrześcijaństwa i islamu. Niezwykle wciągająca podróż, którą pochłania się jednym tchem.

Jeśli coś mi się w tej książce nie podobało, to przeskok w przyszłość. Rozumiem konieczność tego zabiegu dla zamknięcia fabuły, podoba mi się również koncepcja, zgodnie z którą w ostatecznym rozrachunku bogaci będą biednymi, a pierwsi ostatnimi. Jednak tunele czasoprzestrzenne, awatary i skanowanie fal mózgowych to zupełnie nie moje klimaty. A i wizja potęgi, jaką w przyszłości (wreszcie) osiągnąć ma nasz kraj zdaje się być nieco zbyt utopijna. Chociaż moralizatorskiemu Matejce z pewności by się spodobała. Osobiście wolę jednak, żeby niektóre nierozwiązywalne tajemnice zostały tajemnicami.

Bardzo się cieszę z „odczarowania” Matejki, który dotychczas wrzucany był do jednego worka z malarstwem historycznym i „malarzami końskich zadów”, przez co odbierany jest jako artysta po prostu nudny i nieciekawy. Ba, pamiętam nawet, że niektórymi jego dziełami narracyjnymi ilustrowane były moje podręczniki do historii (sic! a przecież nie jestem jeszcze bardzo stara!), choć trudno o malarza bardziej ahistorycznego niż właśnie Matejko. Fantastycznie, że ktoś w końcu sięgnął po mistycyzm i historiozofię „malarza straconych szans”.

Polecam fanom historycznych zagadek i niewyjaśnionych tajemnic. Sama z wielką chęcią sięgnę po kolejny tom przygód prokuratora Kani.

Maciej Siembieda, 444, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2017, 560 s.

Za przyjemność lektury dziękuję wydawnictwu Wielka Litera.

Czas na czytanie: „Przeczucie” Tetsuya Honda

„Japoński kryminał” – to brzmi dziwnie. Skandynawskie, brytyjskie, francuskie czy amerykańskie obiły mi się o uszy (i oczy), ale japońskie? Może to kwestia zatrważających braków w edukacji, ale Japończycy kojarzą mi się raczej z minimalizmem, literaturą filozoficzną (egzystencjonalną?) i lapidarną poezją, z historiami wojennymi i opowieściami miłosnymi z dworskim życiem w tle, a także z nieco dziwacznym science-fiction. Jednocześnie dobrze wiem, że ten kraj potrafi szokować, tym chętniej sięgnęłam po książkę Hondy. W końcu z im bardziej odległą kulturą mamy do czynienia, tym bywa ciekawiej. I nie zawiodłam się ani odrobinę.

Wydało mi się niezwykle egzotyczne, że policjanci częściej poruszają się pociągami, niż radiowozem, wszyscy się wszystkim kłaniają i stale ktoś kogoś przeprasza. A jednocześnie motyw zbrodni, jak i sama jej realizacja są naprawdę chore – nikt nie podejrzewałby o takie pomysły grzecznych, ułożonych i honorowych mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni. Nie ma co, Japonia jest ewidentnie krajem pełnym sprzeczności.

Historia „Przeczucia” jest przedstawiona z trzech punktów widzenia – młodziutkiej komisarz-prymuski prędko pnącej się po szczeblach kariery, starego policyjnego wygi o podwójnej moralności i nie do końca określonej sprawczyni. Dzięki temu nie tylko jesteśmy na bieżąco z rozwojem sytuacji i tokiem śledztwa, ale poznajemy również samych bohaterów, ich odczucia, emocje, charaktery oraz wspomnienia i doświadczenia, które ukształtowały ich osobowości.

Reiko Himekawa jest obdarzoną wyjątkową intuicją śledczą, która szybko wywalczyła sobie miejsce w zdominowanej przez mężczyzn policyjnej hierarchii.  Twarda, zdeterminowana i niezależna, całe serce oddaje pracy. Z drugiej strony prowadzi prywatną walkę z zaniżonym poczuciem własnej wartości po traumatycznym zdarzeniu sprzed lat, podsycanym natrętnymi nagabywaniami rodziny i przyjaciół o zamążpójście. Bardzo przejmuje się zdaniem innych, niemal obsesyjnie myśli o własnej prezencji. W życiu prywatnym trochę chce, a trochę nie chce wahając się między adoratorami i własnymi chęciami-niechęciami.

Kensaku Katsumata to na pierwszy rzut oka (na drugi i trzeci również) cham i burak. Komisarz, zdegradowany członek służb specjalnych. Szowinistyczna świnia, gruboskórny drań zamknięty w klatce własnych uprzedzeń. Zapatrzony w siebie skrajny egoista i narcyz. Nie szanuje chyba nikogo, dla rozwiązania sprawy nie cofnie się przed niczym… poza oddaniem tropu kogoś innemu. Pełen pogardy dla świata i każdego napotkanego człowieka. W ramach rozrywki znęca się nad słabszymi, co choć na chwilę poprawia mu humor. Kompletnie pozbawiony taktu i wrażliwości gbur – oto szybka charakterystyka rywala i zaciekłego wroga Himekawy. Które z nich wygra wyścig o chwałę i jako pierwsze rozwikła zagadkę tajemniczego mordercy?

A im dalej posuwa się śledztwo, tym zbrodnia staje się brutalniejsza, dziwniejsza i bardziej niepokojąca angażując więcej i więcej pozornie zwykłych szarych obywateli.

Moim zdaniem to naprawdę dobry kryminał – spójny i przemyślany, usiany drobnymi wskazówkami i czasem nawet zbyt narzuconymi fałszywymi tropami, praktycznie przez cały czas trzyma w niepewności. Dopracowany pod względem ciekawostek z zakresu kryminologii i patologii sądowej oraz zaburzeń psychicznych (największe wrażenie zrobił na mnie pozornie łagodny i mało morderczy mutyzm). Do samego końca nie domyśliłam się kto był wspólnikiem w zbrodni, a i w tożsamość samej morderczyni zdążało mi się powątpiewać.

Super, że Pani Detektyw, mimo niewątpliwego instynktu, nie jest ani pozbawiona słabości, ani nadnaturalnie błyskotliwa ani wszechwiedząca. A zakończenie jest zaskoczeniem nie tylko pod względem tożsamości sprawcy, ale również i samego jej rozwiązania.

Tetsuya Honda, Przeczucie, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2017, 350 s.
(premiera książki 16 sierpnia 2017)

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Literanova.

Czas na czytanie: „Dziewczyna z pociągu” Paula Hawkins

„Dziewczynę z pociągu” zabrałam ze sobą w drogę do Warszawy – trzy godziny w jedną stronę, wciągający kryminał powinien sprawić, że kompletnie stracę poczucie czasu. A że pociągiem podróżuję raz na kilka lat, jest to spore wyróżnienie. „Będzie klimatycznie!” – pomyślałam. Ale niestety. Z ręką na sercu przyznaję, że ta książka zmieniła moje trzy godziny jazdy w najdłuższą podróż świata – jest po prostu przeraźliwie nudna! Po 120 stronach liczyłam pola rzepaku za oknem, żeby tylko nie wracać do Rachel i jej żałosnego, samotnego i szaro-burego jak flaki z olejem życia. W drodze powrotnej (jako że było już ciemno za oknem i rzepak był już niewidoczny) zasnęłam w trakcie lektury. Dwa razy.

I nie mówię, że pomysł jest zły – sama fabuła jest całkiem ciekawie skonstruowana, intryga, motyw, rodzinne problemy i sama zagadka naprawdę miały potencjał. Ale moim zdaniem wszystko zostało zaprzepaszczone przez zdecydowanie za długi wstęp, kiedy to niby coś się dzieje, ale tak naprawdę słychać cykającego w tle świerszcza (spokojnie można czytać tą książkę mniej więcej od 200 strony bez większych strat w fabule) i płytkich, nieciekawych bohaterów. Sam morderca pod koniec robi się całkiem ciekawy, ale cała akcja trwa może ze 3 strony. I to jest jedyny przykład jakiejkolwiek próby pogłębienia psychologicznego postaci.

IMG_20170520_051922_899

Rozczarowana swoim nieudanym życiem Rachel uprzyjemnia sobie egzystencję obserwując jeden z mijanych domów, widoczny przez okno pociągu. Fantazje na temat życia pewnej, oglądanej dwa razy dziennie pary są jej sposobem na radzenie sobie z rutyną, a ucieczka w świat wyobraźni pomaga jej nieco rozwiać mroki samotnej codzienności. Pewnego dnia dostrzega jednak coś, czego widzieć nie powinna i okazuje się, że jej wyidealizowana historia nie ma za wiele wspólnego z rzeczywistością. Pogrążona w depresji i chorobie alkoholowej bohaterka znajduje cel, a pomoc w odkryciu prawdy staje się jej motorem do działania. Niestety, Rachel – detektyw jest równie nudna, pozbawiona refleksji i głębi, co bierna Rachel – skopofilka.

To smutna historia o uzależnianiach – od alkoholu, od mężczyzny i od kłamstwa. Po tak zachwalanej i rozdmuchanej medialnie pozycji spodziewałam się jednak znacznie więcej – dreszczu niepokoju, demonicznego czarnego charakteru, narodzin geniusza zła. Tymczasem, mimo coraz większej ilości informacji, które czytelnik ma szanse poznać, same postacie stoją w miejscu. Mimo kolejnych życiowych doświadczeń, ich charaktery nie ulegają zmianom, nie rozwijają się, nie ewoluują – jedna wielka stagnacja. I choć pod koniec okazuje się, że psychika zbrodniarza jest całkiem ciekawa i naprawdę przerażająca, w jego przypadku nie zostaje nam dane dowiedzieć się przyczyn tych odchyłów. Szkoda.

Zakończenie również wydaje mi się nieco naiwne, szczególnie jeśli chodzi o działanie wymiaru sprawiedliwości, kiedy to osoba winna zabójstwu wieczorem jest już na wolności i w dodatku opuszcza miasto. Nie wydaje mi się, żeby w rzeczywistości wszystko poszło równie gładko.

Dobry pomysł, świetny marketing, duże litery, zmarnowany potencjał i sporo nudy. Nawet nie chcę sobie wyobrażać filmu na podstawie tej pozycji.

Paula Hawkins, Dziewczyna z pociągu, Warszawa: Świat Książki, 2016, 328 s.

Czas na czytanie: „Pachnidło” Patricka Süskinda

W natłoku rzeczy, które już naprawdę powinnam zrobić i w wyniku chronicznego-braku-czasu współistniejącego z ciągłym-nic-nie-robieniem nareszcie nadszedł czas na pozycję, która zdecydowanie zbyt długo kurzyła się na stosiku „do przeczytania”.

Patrick Süskind zabiera czytelnika w upiorną podróż do kuchni eksperymentatora – szalonego naukowca, który nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć wymarzony cel. Jest cierpliwy, spokojny i zdystansowany. Metodą prób i błędów dąży do wykreowania ideału. By zostać twórcą, musi być również niszczycielem. Co w najmniejszym stopniu nie wywołuje w bohaterze moralnych dylematów, czy wątpliwości natury etycznej.

Z drugiej strony autor daje nam wgląd (i jest to w istocie potworna wiwisekcja) głęboko w psychikę geniusza. Jak to zwykle bywa – osoba szczególnie uzdolniona w pewnej dziedzinie jest jednocześnie ułomna w innych aspektach życia. Jan Baptysta obdarzony został niezwykle wyczulonym zmysłem powonienia. W zamian za ten dar poskąpiono mu miłości, emocji, sprawności ciała, społecznej akceptacji i – co dla niego najboleśniejsze – własnego zapachu. Okrutna cena za nadzwyczajność, prosta droga do stworzenia potwora. Siłą napędową jego egzystencji jest upór i swoiste poszukiwanie sensu istnienia – posiadanie swojego zapachu. Jednak kiedy osiąga już ten cel, gdy udaje mu się sztucznie stworzyć perfumy o zapachu człowieka, pragnie więcej. Znacznie więcej – chce zapachu, który zniewala, któremu nie można się oprzeć. Niewątpliwie istota pachnąca tak upajająco, iż samym swoim zapachem wzbudzałaby w ludzkich sercach miłość, opanowałaby najpotężniejszą siłę na świecie.

Wciągająca wyprawa w świat jednego z najpotężniejszych zmysłów. Oto jak pisarz dokonał interaktywnej synestezji – podczas lektury najzupełniej realnie czułam opisywane przez niego zapachy. Raz aromat otaczał mnie wonną chmurką, innym razem było to niemal nieuchwytne wrażanie zapachu na samym czubeczku języka. Sztuczka w istocie magiczna. Książka zdecydowanie warta polecenia.

DSC_1183~2 DSC_1186~2

Wystarczy, że człowiek na chwilę podniesie się z kanapy – od razu podsiądą.

Czas na czytanie: „W cieniu” A.S.A Harrison

Świetny dowód na to, że książka, której docelowym odbiorcą ma być kobieta, nie musi być egzaltowanym romansidłem.

ONA: Jest żyjącym potwierdzeniem przysłowia mówiącego, że szewc bez butów chodzi. Praktykująca psycholożka siebie samą uważa za jeden z niewielu przykładów człowieka całkowicie normalnego i stabilnego psychicznie. Oczywiście się myli. Jej sposobem na życie jest uciekanie od problemów za wszelką cenę, swego rodzaju „pójście na łatwiznę” – zarówno pod względem doboru mało problematycznych pacjentów w życiu zawodowym jak i w życiu osobistym poddanym swojej całkowitej kontroli– od decyzji o niezakładaniu rodziny aż po poprzez milczące ignorowanie potrzeb i zdrad partnera. Jednocześnie spokojna, uporządkowana i niesamowicie emocjonalna. Odcina się od rzeczywistości w sposób tak skrajny, że każdy jej dzień musi być dokładnie wypełniony planami, by nie miała czasu na zbędne myślenie. Aż do momentu, gdy ON wywróci ich poukładany świat do góry nogami.

ON: Niedojrzały i bezkompromisowy mimo swoich 46 lat. Nie radzący sobie z konsekwencjami swoich czynów, mający zwyczaj ignorowania problemu i czekania aż ten sam się rozwiąże. Za wszelką cenę dąży do zaspokojenia własnych pragnień nie biorąc przy tym pod uwagę uczuć i potrzeb innych ludzi. Traci kontrolę nad swoim życiem.

Książka o oszukiwaniu samego siebie, wypieraniu prawdy i braku komunikacji między najbliższymi sobie osobami. Niepokojąco fascynująca wiwisekcja rozpadającego się związku. Mozolny proces poznawania najciemniejszych zakamarków własnej psychiki. Przerażający obraz współczesności dającej milczące przyzwolenie na zdradę tak długo, dopóki nie wynikają z niej konsekwencje, których nie da się zignorować. I nie jest wcale tak łatwo rozstrzygnąć, kto jest tutaj ofiarą, a kto katem.

Największym atutem „W cieniu” są rozbudowane portrety psychologiczne bohaterów. I mimo, że wszystko wydaje się być jasne, trzyma w napięciu i zaskakuje zakończeniem. Chociaż się tego nie spodziewałam „po okładce”, naprawdę bardzo polecam.

Wciągającą lekturę zawdzięczam uprzejmości Wydawnictwa Znak.

Czas na czytanie: „Rozbite okno” Deaver’a

To mój pierwszy kontakt z Deaverem i jestem pozytywnie zaskoczona, naprawdę rzadko nie udaje mi się odgadnąć tożsamości sprawcy. Autor wybrał bardzo aktualny problem i utkawszy w nim kryminalną intrygę w mistrzowski sposób wzbudza w czytelniku realne poczucie zagrożenia. Które niestety nie przemija wraz z zakończeniem lektury.
Wyraziści bohaterowie, socjopatyczny morderca, którym może być każdy i dla mnie osobista przestroga przed nadmiernym zbieraniem niepotrzebnych rzeczy.

„Rhyme przeszukiwał kiedyś miejsce zdarzenia, gdzie zmarł człowiek uprawiający kompulsywne zbieractwo, przygnieciony stertą książek – został unieruchomiony i dwa dni umierał z powodu obrażeń wewnętrznych. Rhyme nazwał przyczynę śmierci ‚nieprzyjemną’.” – obawiam się, że za jakieś 20 lat tak właśnie może wyglądać mój los…