Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO ”Czas burzy” Adrian Grzegorzewski

Nigdy nie byłam wielbicielką powieści wojennych. Tak naprawdę jedyną książką w tym klimacie, którą w życiu czytałam, jest „Złodziejka książek”. Moja przerośnięta wrażliwość sprawia, że smutno mi na widok gołębia z jedną nogą, wyobraźcie sobie zatem do jakiego stanu doprowadzają mnie okropieństwa wojny. Dlatego też nigdy nie sięgnęłam po „Czas tęsknoty” – pierwszą część historii Grzegorzewskiego. Do zapoznania się z tą lekturą przekonała mnie jednak obietnica poczucia choć przez chwilę klimatu okupowanej Warszawy. No i, nie ukrywajmy, chęć spróbowania czegoś nowego.

_20170424_144905

I nie rozczarowałam się, bo Warszawa w tej książce jest cudowna. Czarowne i śmiertelnie niebezpieczne miejsce, w którym w jednym momencie gruchasz z ukochaną nad brzegiem Wisły, a w drugim ukrywasz się po podwórkach przed śledzącym Cię uzbrojonym nieznajomym. A pragnienie zjedzenia pączka w eleganckim i kultowym lokalu Bliklego, może się skończyć tragicznie. To też miasto, w którym można zorganizować prywatny seans kinowy w środku nocy dla swojej świeżo upieczonej narzeczonej. Miasto wielu twarzy, nieprzewidywalne i magiczne, z wyjątkowo rozbudowanym aparatem konspiracji. Tym bardziej bolał akt bezwzględnego zniszczenia, jaki dokonywał się na tym pięknym mieście podczas opisywanego powstania. Ludzie, miejsca, urok i historia zmiecione z powierzchni ziemi – to coś, czego, podobnie jak mieszkańcy z kart powieści, nie mogłam powstańcom wybaczyć.

Choć nie znałam wcześniejszych losów bohaterów, nie czułam się z tego powodu zdezorientowana. Najważniejsze wydarzenia z ich przeszłości zostały nienachalnie wspomniane wprowadzając nowego czytelnika w temat, a wzajemne relacje i portrety psychologiczne głównych postaci szybko dały się poznać podczas okrutnej i zaskakującej gry losu, którą wojenna zawierucha zgotowała bohaterom Grabowskiego. I mimo, że nie udało mi się polubić żadnej z pierwszoplanowych postaci – ani zmiennego uczuciowo Piotra, niby wiernego, a jednak kochliwego bawidamka, ani egzaltowanej i nadmiernie bohaterskiej Swiety, ani narwanej i nieco dwulicowej Marty – nie byłam w stanie nie przejąć się ich losem i im nie współczuć, choć ten romansowy trójkąt (a momentami czworo-, a nawet pięciokąt) budził we mnie niesmak. Uwielbiam za to drugoplanowe sylwetki starego, doświadczonego przez życie Witalija i znającego granice Kuby „Hucuła”.

Tak uwielbiana przeze mnie malowniczość opisów, w przypadku tej powieści okazała się być mieczem obusiecznym – bo autor jest w tym świetny. Ale równie obrazowo opisuje piękno krajobrazu, klimat miasta i bestialstwo mordów. Przy lekturze wyobraźnia działa na pełnych obrotach. Nie ukrywam, że moja wrażliwość na krew i tragedię została wystawiona na ciężką próbę. Ale wiedziałam, na co się piszę i ani trochę nie żałuję.

Bo odmalowany przez Grabowskiego świat, choć przecież fikcyjny, wydaje się być przerażająco bliski i prawdziwy. Pomaga w tym niewątpliwie częste nawiązywanie do historycznych postaci i wydarzeń oraz wyszperane w odmętach historii i wspomnień „smaczki” jak żółwie w roli chodzących konserw, czy paczki od Bliklego wysyłane na Pawiak. Podobnie jak szczęśliwe zakończenie bez szczęśliwego zakończenia. Życie i bajki to w końcu dwie zupełnie inne rzeczy, ale nie tylko hollywoodzki happy end może dać spokój i szczęście. A szczęście, o dziwo, może istnieć mimo bólu, straty i tęsknoty.

Co mi się nie podobało? Prorocze sny i rozmowy z duchami to już zupełnie nie moje klimaty. Nawet jeśli tego rodzaju paranormalne zdarzenia dzieją się jedynie w głowach bohaterów i są sposobem na radzenie sobie z traumą, swoistym katalizatorem pozwalającym uporać się z ogromem straty i samotności. Moim zdaniem takie zbiegi bardziej szkodzą fabule niż pomagają.

Ta opowieść to nie tylko historia trójki zakochanych szukających swojego szczęścia mimo przeciwności losu, ale przede wszystkim obraz miłości samej w sobie. To historia miłości w starciu z hekatombą wojny. Miłości romantycznej, przyjacielskiej i rodzicielskiej. To historia o nadziei i jej utracie. O niestrudzonych poszukiwaniach, o wolności i o wierności, o marzeniach i o pragnieniu zemsty. O niewyobrażalnym okrucieństwie, do jakiego potrafi posunąć sie człowiek. O strachu i niepewności jutra. O próbach ocalenia siebie podczas gdy wszystko wokół sypie się w gruzy. I jednocześnie o pomocy innym nawet za cenę utraty samego siebie.

Barwo panie Grzegorzewski, na pewno szybko nie zapomnę pańskiej książki! I choć na pewno nie polubię tego gatunku, to warto było przeczytać każdą stronę i każde zdanie „Czasu burzy”.

Adrian Grzegorzewski, Czas burzy, Kraków: Wydawnictwo Znak Między Słowami, 2017, 411s.
(premiera 26 kwietnia 2017)

Za możliwość lektury dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

Czas na czytanie: „Primabalerina” Doroty Gąsiorowskiej

_20160317_123354.JPG

Pierwszym, co powinno zostać wyraźnie podkreślone i co mnie nieco zaskoczyło, jest fakt, iż to nie jest zła książka. Naprawdę. Mimo, że męczyłam ją i męczyłam i przemęczyć nie mogłam. Ale od początku: Pamiętając „Obietnicę Łucji” pani Gąsiorowskiej, którą miałam przyjemność czytać jakiś czas temu, po „Primabalerinie” nie spodziewałam się fajerwerków, a raczej trochę przesłodzonej, sielskiej historii. Tym razem również zachwyciłam się przeromantyczną okładką i śliczną czcionką – już po niewykończonym egzemplarzu recenzenckim miałam pewność, że to będzie naprawdę ładnie wydana książka. Spodziewałam się lekkiego, babskiego, troszkę naiwnego romansidła i w dużej mierze to dostałam.

Na dzień dobry znielubiłam główną bohaterkę, co nie jest u mnie rzeczą bardzo zaskakującą, jako że bardzo rzadko identyfikuję się z głównym bohaterem, a jeśli jest on kobietą, to już praktycznie nigdy (być może drzemie we mnie mały szowinista). Ale Nina wyjątkowo działa mi na nerwy – śliczna, skromna, zahukana, nieświadoma siebie panna, co chce, a boi się, nijaka, niepewna, ogólnie flaki z olejem. Przez większą część książki miałam nadzieję, że jest to jednak ukryty kryminał i jej przyjaciel – Pozytywny Igor (którego nie sposób było nie polubić) w końcu ją zamorduje. Albo chociaż odbije jej chłopaka (swoją drogą również zupełnie nijakiego z charakteru, choć oczywiście boskiego, bo przecież to babska lektura, więc obiekt westchnień musi być boski). Ale niestety. Zupełnie nie rozumiem, po co mu była ta mimoza.

Ale mimo niechęci do Niny książkę się bardzo dobrze czyta – wciąga, nie jest nudna, pełna plastycznych opisów, z nieco niesamowitą rodzinną historią. Wielki plus za Lwów w tle. Uwielbiam, kiedy akcja książki dzieje się w jakimś magicznym mieście, a autorce doskonale udało się tą magię przekazać. Nigdy nie byłam na Ukrainie, a po tej lekturze naprawdę nabrałam ochoty na wycieczkę.

Dlaczego zatem nie mogłam tej książki domęczyć do końca przez miesiąc? I równie długo nie mogłam nic o niej napisać? Jest jeden duży minus w stylu pisania Doroty Gąsiorowskiej, który niestety mnie odrzuca – autorka czasami odlatuje. Czytam chętnie, całkiem dobrze wciągnięta w fabułę, dialogi, sytuację, opisy aż tu nagle: „Mała wrażenie, że mogłaby się w tym szczęściu zatracić bez reszty, wykąpać bezwstydnie naga jak w środku nieokiełznanego wodospadu”. Jedno kiczowate zdanie wyjęte rodem z babcinego harlequina albo innej Sagi o Ludziach Lodu kompletnie wybija mnie z rytmu. Jedno przesadzone zdanie ni stąd ni zowąd sprawiało, że odkładałam książkę z niesmakiem i przez tydzień nie mogłam się zmusić do kontynuacji lektury. Zwłaszcza, że tego rodzaju „wzniosłe wtrącenia” jakoś zupełnie nie wpisują się w język „Primabaleriny”, choć może trochę pasują do klimatu. Może jestem przewrażliwiona i przesadzam, to w końcu typowo babska lektura i powinnam się tego spodziewać, ale tego typu niespodzianka mniej więcej co sto stron nie pozwoliła uznać mi tej książki za naprawdę przyjemną. Ale to pewnie rzecz gustu.

Dorota Gąsiorowska, Primabalerina, Kraków: Znak Literanova, 2015, 437 stron.

Za możliwość lektury dziękuje wydawnictwu Znak.

Czas na czytanie: „Opowiadania Kotori II”

Zdecydowanie lepsza od pierwszej odsłony tej antologii. Nie jestem wielką fanką krótkich form literackich, zdecydowanie bardziej wolę wczuwać się w dłuższą, jednolitą historię, ale ten zbiór okazał się być bardzo fajny w czasie zabiegania, kiedy to chwile na lekturę musiałam po prostu na siłę życiu wyrywać. Jest w nim kilka bardzo dobrych opowiadań – Eo jak zawsze w formie, ale również i „Zielone” i „Jednym cięciem” bardzo dobrze mi się czytało; kilka dobrych, dwa przeciętne i jedna kompletna porażka. Niestety, moim zdaniem wybranie „Feniksa na mojej piżamie” było błędem. W zamyśle zapewne miała być to zabawna parodia tego typu opowiadań, jednak w moim odczuciu okazała się ona nie do przebrnięcia – kulawa językowo (od kompletnej egzaltacji do całkowitego prostactwa – często w jednym zdaniu), pełna idiotycznych zdrobnień, z głupawą fabułą – po prostu niesmaczna. Gdyby to opowiadanie zostało umieszczone na początku tomu, zapewne antologia straciłaby wielu czytelników. Jednak umieszczenie go na końcu popsuło całe dobre wrażenie po lekturze wcześniejszych historii. Szkoda.

DSC_1226

Opowiadania Kotori II, Gołuski: Wydawnictwo Kotori, 2013; 368 stron – 15 opowiadań.

Czas na czytanie: „Razem będzie lepiej” Jojo Moyes

Nigdy nie sądziłam, że aż tak bardzo spodoba mi się pozycja przyporządkowana do gatunku tzw. „literatury kobiecej”.

„Razem będzie lepiej”, to książka o zderzeniu dwóch światów, o niekonwencjonalnej rodzinie i pokonywaniu przeciwności losu. O traceniu i ponownym zyskiwaniu wiary w ludzi. O popełnianiu błędów. O inności. O miłości – i tej damsko-męskiej i tej rodzicielskiej. O nie poddawaniu się i walce o szczęście.

Jess jest kobietą, która żadnej pracy się nie boi. Żeby zapewnić swoim dzieciom – dziesięcioletniej Tanzie i szesnastoletniemu Nicky’emu – (który tak właściwie jest efektem młodzieńczego romansu jej byłego męża) – wszystko, co najlepsze pracuje niemal na okrągło. Kiedy okazuje się, że jej niezwykle utalentowana matematycznie córka ma szansę na stypendium w prywatnej szkole, poruszy niebo i ziemię by umożliwić jej w życiu lepszy start. Jej wieczny optymizm zostanie jednak wystawiony na ciężką próbę.

Ed jest właścicielem firmy komputerowej, który przez jedną nieprzemyślaną decyzję wplątał się w niemałe kłopoty. Splot wydarzeń styka go z rodziną Jess, której impulsywnie oferuje pomoc.

Tak oto dwoje obcych sobie dorosłych, nastolatek mający problem z odnalezieniem się w społeczeństwie, dziewczynka kochająca liczyć i wielki, woniejący pies przez klika dni skazani są na swoje towarzystwo w ciasnej przestrzeni luksusowego samochodu. A podczas tej podróży choroba lokomocyjna będzie ich najmniejszym zmartwieniem.

Autorka w niewymuszony sposób podejmuje problemy różnic klasowych, problemów materialnych i nękania, dzięki czemu książka zupełnie naturalnie jest jednocześnie poważna i przezabawna. Pełna humoru, matczynej miłości i nadziei na lepsze jutro. Czyta się ją lekko i przyjemnie, a odbiorca ani przez chwilę nie ma przeczucia „o, będzie mowa o trudnych tematach”. Każdy z głównych bohaterów jest rozbudowaną indywidualnością i do każdego od razu poczułam nić sympatii (a leniwy pies Norman dosłownie skradł mi serce od pierwszego chlapnięcia śliny na tapicerkę).

Niesamowicie wciągająca, 460 stron lektury minęło nie wiadomo kiedy.
Poza samą treścią, dużym atutem książki jest pozytywnie nastrajająca okładka, która idealnie wpasowała się w moje poczucie estetyki.

Za przyjemność lektury serdecznie dziękuję wydawnictwu Znak.

Czas na czytanie: „Obietnica Łucji” Doroty Gąsiorowskiej

Książka Gąsiorowskiej niewątpliwie ma w sobie coś z baśni. Główna bohaterka – tytułowa Łucja – jest współczesną wersją kopciuszka, który chcąc zmienić swoje życie zrzuca sztywniacki kostium bizneswoman, zmywa makijaż i odnajduje siebie w roli nauczycielki w wiejskiej podstawówce. Z pomocą przychodzi jej Ania – jedenastoletnia uczennica, która otwiera wypełnione pajęczynami serce Łucji na miłość. Tutaj najbardziej dojrzałą osoba jest właśnie ta mała dziewczynka, a nieco egzaltowani dorośli reagują na błyskawicznie następujące po sobie zdarzenia bardzo emocjonalnie. Każda grana muzyka jest „nieziemsko piękna”, a każdy dotyk ulotny i zmysłowy. Jak każda bajka, „Obietnica Łucji” jest ciepła, pozytywna i pełna dobrej energii, ale również bardzo naiwna i idealizowana. Bądźmy rozsądni – która matka (nawet będąca na łożu śmierci) oddaje swoją ukochaną córeczkę pod opiekę praktycznie nieznajomej kobiecie? W naszej bajce wiejska wariatka okazuje się wszechwiedzącą dobrą wróżką, a zła czarownica w pewnym momencie po prostu decyduje się na rachunek sumienia, przeprasza wszystkich za uskuteczniane przez całe życie złe uczynki i postanawia przejść na dobrą stronę mocy. Również miłość od pierwszego wejrzenia (zasłuchania?) znajduje swoje szczęśliwe spełnienie.

Książka jest pięknie wydana i przyjemnie napisana, czyta się ją płynnie, a czytelnik od samego początku czuje się częścią historii. Podczas lektury miło spędziłam dwa wieczory, ale nie jestem jakoś nadmiernie wzruszona ani zachwycona. Nie mam również wrażenia, by ta pozycja w jakiś sposób zmieniła moje życie czy wpłynęła na sposób, w jaki postrzegam świat. Być może jestem jeszcze zbyt blisko dzieciństwa, by wśród pośpiechu codzienności zdążyć na dobre zatęsknić za takim bajkowym światem. Serdecznie polecam każdej kobiecie zmęczonej miejskim zgiełkiem i marzącej w głębi serca, że książę z bajki jednak gdzieś jeszcze na nią czeka ;)