Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Arsen” Mia Asher

„Miłość może cię zniszczyć. Miłość może pogrzebać cię żywcem w trumnie pełnej bólu i rozpaczy, odebrać ci oddech, odebrać wolę życia.”

To była droga przez mękę.

Nie żartuję i nie stosuję w tym momencie taniego chwytu marketingowego. Naprawdę dawno nie czytałam tak dziwnej książki. Kompletne pomieszanie z poplątaniem. Gatunkowe, tematyczne i emocjonalne.

Niemalże od początku lektury zastanawiało mnie jedno. Do jakiego odbiorcy skierowana jest ta książka?

Wątki dotyczące poznawania się głównych bohaterów, rodem z młodzieżowego serialu Disneya sugerowałyby odbiorcę między 14, a 16 rokiem życia, ale szczegółowe opisy seksu zajmujące większą część książki obalają tą tezę. Natomiast dorosła czytelniczka raczej na pewno zostanie zniechęcona naiwnością tej historii.

„Wzdycham, przygotowując się mentalnie, by wyjść na deszcz, gdy dzwoni mój telefon. Już mam odebrać, kiedy mija mnie grupa wspaniałych i onieśmielających dziewczyn z żeńskiego stowarzyszenia. Rzucają we mnie kondomami i krzyczą: „Bez gumek nie ma ruchania!”.”

Mamy zatem zupełnie przeciętną, średnio ładną dziewczynę, dla którejś z jakiegoś powodu wszyscy tracą głowę. Główna bohaterka jest mało lubiana, odrabia prace domowe na studiach i trafia jej się miłość od pierwszego wejrzenia. Oczywiście z obłędnym przystojniakiem (w ogóle, gdzie się nie obróci, otaczają ją sami nieziemsko przystojni półbogowie – jeśli tak jest na co dzień w Stanach, to już wiem czemu ludzie chcą tam emigrować!) , gwiazdą sportu, przyszłym prawnikiem. Oczywiście poprzez zderzenie w deszczu z całą otoczką rozsypanych książek i lądowaniem w kałuży. Oczywiście całuje nieznajomego na ulicy. Oczywiście po latach zostają małżeństwem. A autorka nie szczędzi nam infantylnych pomysłów na końskie zaloty ich młodości i cukierkowej słodyczy zakochania.

DSC_0650

Sielanka kończy się z problemami z utrzymaniem ciąży. I tutaj spotkało mnie największe rozczarowanie – liczyłam na poważne podejście do poważnego problemu, na niesamowicie emocjonalną wspólną walkę o macierzyństwo. Niestety, mam wrażenie, że coś, co miało być głównym tematem książki zostało skandalicznie wręcz zmarginalizowane. Brakuje rozmów, starań, wzajemnego wsparcia, biegania po lekarzach, atmosfery oczekiwania. Zostaje nam przedstawiony pewien fakt i nic poza tym. Czytelnik nie dostaje szansy uczestnictwa w procesie walki z niepłodnością i tak naprawdę łatwo odnieść wrażenie, że sama zainteresowana również nie walczy. Powtarza tylko stale jak bardzo marzy o dziecku i jak jej źle, ale znacznie więcej energii i emocji wkłada w zadurzenie młodszym współpracownikiem niż w swoje sny o macierzyństwie. To prawda – scena poronienia jest dramatyczna i poruszająca, podobnie jak depresja, w której pogrąża się Catherine, ale mimo to nie mogłam pozbyć się wrażenia kiepskiego aktorstwa.

W ogóle cała jej postawa jest dla mnie oderwana od rzeczywistości – kobieta po trzech poronieniach, z zagrożonej ciąży nie rezygnuje z pracy, nie przestaje pić kawy, pozwala się szarpać gdzieś w klubowej toalecie i nie stroni od entuzjastycznego seksu. Prawdę mówiąc trudno mi to sobie wyobrazić. Nienaturalność wzmaga brak jakiejkolwiek wzmianki na temat leków podtrzymujących ciążę, hospitalizacji, jakiegokolwiek zwiększonego dbania o zdrowie (za to autorka nieustannie podaje nam nazwy firm produkujących torebki). Poza częstymi wizytami u ginekologa nasza bohaterka wyłącznie czeka i stara nie poddawać się panice.

To tak naprawdę smutna historia kobiety, która rozpaczliwie potrzebuje specjalistycznej pomocy, ale otrzymuje ją zdecydowanie za późno. Kobiety słabej i zdruzgotanej. Kobiety znajdującej się na życiowym zakręcie i podejmującej same najgorsze wybory. Nie do końca stabilnej psychicznie, szokująco niekonsekwentnej w swoich postanowieniach, budzącej współczucie i zażenowanie. Nie potrafiącej docenić tego co ma, nie przyjmującej wsparcia najbliższych. Kobiety o znacznie zaniżonym poczuciu własnej wartości, która podnosi sobie samoocenę romansem z atrakcyjnym młodszym mężczyzną o imieniu prosto z Tablicy Mendelejewa.

„(…) ma na sobie wyblakłe, sfatygowane dżinsy, które wiszą tak nisko, że jestem w stanie dostrzec jego bieliznę od Armaniego, a trzy rozpięte guziki koszuli w odcieniu różu odsłaniają opaloną i wyjątkowo umięśnioną klatkę piersiową. Ten facet emanuje pewnością siebie i seksem.” – cóż we mnie zazwyczaj faceci w różowych koszulach wzbudzają raczej rozbawienie, ale co kto lubi…

To prawda, Cathy jest przekładem niesamowicie irytującej bohaterki, ale to przede wszystkim naiwność, teatralność ze sporą dawką Hollywoodzkiego kiczu (Jest tu nawet bal maskowy! Nie wspominając o wyznaniach wplątanych w pijackie przyśpiewki) i niedopracowanie historii tak bardzo mnie odrzucało.

„Tym razem potwór, którym jestem, którym się stałam, pociągnie kogoś za sobą. To ten mrok we mnie wlecze się za mną, gdziekolwiek nie pójdę, rozprzestrzenia się jak atrament po papierze.” – ach stary dobry welshmerz…

„Kocham go, ale nie jestem pewna, czy nadal jestem w nim zakochana.” – serio? Zawsze myslałam, że faza zakochania trwa kilka… miesięcy?

Nie zrozumcie mnie źle – samo przesłanie książki jest bardzo dobre i zupełnie się z nim zgadzam, ale nie jestem pewna, czy gdybym nie zajmowała się pisaniem recenzji (co znacznie zwiększa moje samozaparcie w przypadku lektur, które nie za bardzo mi odpowiadają), to czy miałabym szansę dotrzeć do tego przesłania. Obawiam się, że nie, bo wymaga to przebrnięcia przez prawie całą pozycję. A ja odpadłabym już na samym początku.

„Małżeństwo to praca, Cathy. Musisz nad nim pracować każdego dnia. Nigdy nie możesz odpuścić. Bycie w małżeństwie jest trudne. Czasem jest świetnie, czasem okropnie, ale zawsze chodzi o to, co z tego wyciągniesz. To, jak sobie z tym poradzisz, odróżni cię od innych par, które się poddały. Trzeba zawsze szczerze rozmawiać z partnerem. Rozwód jest łatwy, to pójście na łatwiznę.”

Nie jestem koneserką tego gatunku i może to nic odkrywczego, ale autorka stworzyła przedziwną dla mnie hybrydępowieść erotyczną o przesłaniu dydaktyczno-moralizatorskim z elementami wattpadowego opowiadania.

Ta koncepcja niestety do mnie nie przemówiła. Spodziewałam się czegoś innego i zapewne stąd tyle rozczarowania – liczyłam na więcej fabuły i rozwinięcie wątku radzenia sobie z bezpłodnością. A mam wrażenie, że ta koncepcja stała się jedynie wymówką do napisania kontrowersyjnej powieści erotycznej, gdzie miłosny trójkąt i wyuzdany seks są główną osią tematu.

Mia Arher, Arsen, Warszawa: Wydawnictwo Szósty Zmysł, 2017, 520 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Szósty Zmysł.

Reklamy

Czas na czytanie: PREMIERA „Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie” Janusz Leon Wiśniewski

„Z każdą z nich był przez dłuższy lub krótszy czas szczęśliwy. I każda była dla niego ważna. Każdej darował swoją uwagę, czułość, każdą otaczał opieką. Chciał, aby i one były z nim szczęśliwe. Ale tylko wtedy, kiedy znajdowali się blisko siebie.”

Pewnie trudno w to uwierzyć, ale to moje pierwsze spotkanie z twórczością tego autora. A przynajmniej z jego książką skierowaną do dorosłego odbiorcy.

Janusz Leon Wiśniewski to jedna z tych osób, które mnie trochę przerażają – chemik, fizyk, informatyk, ekonom i grafoman w gratisie (naliczyłam ponad 30 książek, z czego co druga to bestseller!). Ponadto zna niemiecki, co samo w sobie budzi mimowolny respekt, a w dodatku da się z nim całkiem przyjemnie i zupełnie logicznie porozmawiać. Normalnie człowiek-orkiestra. Kosmita jakiś, albo cyborg.

„Dla mnie matematycy to jak szamani obdarzeni wizjami.”

Nigdy dotychczas nie zainteresowała mnie żadna z jego książek – tak już czasem jest z pozycjami i autorami, wokół których jest dużo szumu i zachwytów. Aż do „Marcelinki”, którą przywiozłam sobie z targów w Warszawie. To znaczy przywiozłam córce. W końcu każda roczna dziewczynka bardzo potrzebuje książki o fizyce i konstrukcji wszechświata. A i do niej przyciągnęły mnie ilustracje – tekst okazał się być miłym, choć zupełnie niespodziewanym zaskoczeniem.

I to właśnie książka dla dzieci skłoniła mnie do sięgnięcia po prozę dla dorosłych. I wiecie co? Już rozumiem fenomen tego autora – on po prostu świetnie pisze. W jednej powieści przywołuje fraktale, ciekawostki seksuologiczne (o tym zawsze się fajnie czyta, nie ma co się oszukiwać), klasyków literatury, mistrzów opery, programowanie i apoteozy (a to wciąż jednak romans!). Nigdy nie sądziłam, że obecność matematyki może wyjść książce na dobre, i że jestem w stanie poczuć do przemądrzałego lowelasa niechętną nić sympatii.

„Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie” to historia mężczyzny-utracjusza, który wybudziwszy się ze śpiączki dokonuje rozbudowanego rachunku sumienia, wewnętrznej autowiwisekcji. Podążając za przywoływanymi przez niego wspomnieniami poznajemy nie tylko koleje jego losu, ale również siłę wpływu jego kaprysów na przewijające się przez jego życie kobiet. Sporo kobiet. Które rozkochiwał w sobie i porzucał, wzbudzał zaufanie i go nadużywał, w których się zakochiwał, o których zapomniał i które porzucały jego. To również genialny pretekst do wykreowania szeregu postaci, których historie nadają się na filmowe scenariusze albo poczytne powieści.

W surrealistycznym szpitalu, pod opieką surrealistycznej pielęgniarki przeżywamy wraz z unieruchomionym bohaterem (jeśli podano gdzieś jego imię, to ja nie zadałam sobie trudu, by je zapamiętać) na nowo zdrady i pożądania, fascynacje i miłości, wyrzuty sumienia i usprawiedliwianie swego zachowania, egoizm i rozczarowania.

„Skoro miłość jest pana zdaniem naiwnością, to w takim razie co w życiu człowieka naiwnością nie jest?”

To opowieść o oddaniu i bezwarunkowej dobroci. O tragicznej konieczności wyboru między sukcesem zawodowym, a rodziną. O priorytetach. O szowinistycznych świniach i femme fatele. O małych i dużych pasjach. O miłości i zakochaniu. O samotności.

„Samotność wcale nie zaczyna się od tego, że nagle nikt nie czeka na ciebie w domu. Samotność zaczyna się wówczas, kiedy pierwszy raz odczujesz pragnienie, aby czekał tam na ciebie ktoś zupełnie inny.”

Co wydawało mi się nieco nienaturalne – było trochę zbyt wiele kobiecych monologów wspomnieniowo-uczuciowych. Nawet baby po kilku latach rozpamiętywania nie uzewnętrzniają się tak bardzo wyrzucając byłemu partnerowi swoje emocjonalne przeżycia bez najmniejszego zająknięcia.  No i wszystkie jego kobiety mają nadzwyczajnie duże (oczywiście naturalne, sztucznością gardzimy) biusty.

Co było super? Kot Schrödinger, niesamowicie pozytywny szpital, w którym aż chciałoby się poleżeć (z Laurencją i Nathanem w pakiecie), no stress i kreacja postaci poprzez ich sposób wypowiedzi i budowane przez nich zadania. I jeszcze nadzieja, która mimo wszystko tchnie z ostatnich stron napełniając czytelnika jednak pozytywnymi uczuciami. To trochę jak z domowym lizakiem z topionego na patelni cukru – na języku czuć przede wszystkim gorycz spalenizny, ale uparcie liże się dalej, bo przebijająca przez spaleniznę słodycz odbija się w ustach przyjemnym echem.

„Jak ludzie za bardzo się spieszą do bogactwa, to im wirusy na gardło, płuca i wątrobę wchodzą. Ale najbardziej włażą na mózgi i serca.”

Okładka jest boska, ale zgrzytnęło mi trochę, że „o autorze” na wewnętrznej stronie skrzydełka to niemal słowo w słowo tekst z Wikipedii, co troszkę zalatuje plagiatem i jeszcze bardziej lenistwem, szanowne wydawnictwo. Za to jestem bardzo mile zaskoczona blurbem – zazwyczaj wszystko, co wydrukowano na tylnej okładce raczej mnie odrzuca, niż zachęca do lektury, a w tym przypadku było dokładnie odwrotnie.

Janusz Leon Wiśniewski, Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2017, 576 s. (premiera 8.11.2017)

Za przyjemność lektury dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

Czas na czytanie: „Improwizator” Hans Christian Andersen

„- Piękna przyrodo! – zawołałem przepełniony rzewnym uczuciem – ty jesteś oblubienica moją, ty mnie tulisz do serca, otwierasz niebo. Każdy twój powiew całuje mnie w usta i czoło! Ciebie będę opiewać; twą piękność, twą wspaniałą wielkość. Powtórzę ludowi głębokie melodie, które śpiewasz w mojej duszy. Niech serce moje będzie sobie rozdarte! Wszakże motyl trzepoczący się na szpilce najpiękniej połyskuje. Rzeka, jeżeli kaskadę ze skał spada i w pianę się rozpryskuje, wydaje się tym piękniejsza. Takie jest przeznaczenie poety. Życie tylko krótkim marzeniem.”

Tak to już chyba jest, że kiedy coś narzuca się człowiekowi (zwłaszcza młodemu) przymusem, to odbiór jest znacznie bardziej negatywny, niż kiedy ów człowiek sięga po to samo z własnej woli. Pamiętam chyba każdą jedną godzinę spędzoną w mękach nad literaturą romantyczna w liceum, kiedy to znudzona przewracałam kartkę za kartką szukając fabuły wśród licznych symboli, z niesmakiem zgłębiałam się w kipiące egzaltacją emocje bohaterów i w dodatku musiałam ścierpieć konającego przez trzy dni Wertera. Jeśli coś w romantycznych utworach naprawdę mi się podobało, to malarskie opisy przyrody (i „Giaur”, ale która nastolatka nie kochała się w Giaurze? Zwłaszcza kiedy tuż obok konał jęczydusza Werter, który nawet nie potrafił się porządnie zastrzelić?).

I to właśnie tęsknota za romantycznym pejzażem skłoniła mnie do sięgnięcia po „Improwizatora”.  Nie ukrywam też, że przyciągnęło mnie nazwisko autora, którego dotąd znałam jedynie z baśni (uwielbiam go szczególnie za „Małą Syrenkę”, „Świniopasa” i „Dziewczynkę z zapałkami”). Pamiętając, jak zwykle kończyły się andersenowskie historie (i w ogóle romantyczne historie) otwierałam tą powieść z lekkim niepokojem w duszy.

_20171008_144037

Całe szczęście moje czarne myśli okazały się być chybione, bo autor zabrał mnie w przepiękną podróż – pełną cierpienia i zawirowań losu, ale dążącą do szczęśliwego zakończenia. W raz z Antoniem – małym chłopcem obdarzonym niezwykłym darem wymowy – miałam szansę dorastać w moim ukochanym Rzymie, tym bardziej malowniczym, gdyż widzianym oczami romantycznego poety.

„… cudownie piękne Włochy! Pyszniłem się z imienia Rzymianina – każdy zakątek mojego ojczystego miasta miał dla mnie coś miłego i powabnego – potłuczone nagłówki kolumn użyte za kamienie narożne w ciasnych uliczkach były u mnie świętymi szczątkami, filarami Memnona, dziwnie przemawiającymi do serca. Trzcina Tybru przemawiała o Remulusie i Remusie – bramy triumfalne, kolumny i posągi wdrażały mi jeszcze głębiej w pamięć historię mojej ojczyzny – żyłem prawie całkiem w klasycznych czasach starożytności, a teraźniejszość, to jest mój nauczyciel, dawały mi za to pochwały.”

Po tragicznej śmierci ukochanej matki Antonio otrzymuje szansę rozwoju wykraczającymi poza ciasne granice swojego niskiego urodzenia. Dostaje się pod skrzydła rodziny Borghese, która funduje mu stypendium w szkole jezuitów i zastępuje surową i wymagającą rodzinę.

Książka wypełniona jest pięknymi, plastycznymi opisami – zarówno ludzi i ich charakterów, jak i przyrody, sztuki, czy budowli – a jej lekturę porównać można do cieszenia oczu obrazami starych mistrzów. To prawdziwa uczta dla wyobraźni.

Podczas czytania odwiedzimy niewielką mieścinę pod Rzymem obsypaną kwiatami podczas ich święta, stary rodzinny grobowiec zaadoptowany na dom pasterskiej rodziny, ciemne i wilgotne weneckie uliczki i mediolańską La Scalę podczas przedstawienia. Wraz z bohaterem dostaniemy się na szczyt wybuchającego Wezuwiusza, przeżyjemy morską katastrofę i cudem odnajdziemy drogę w czeluściach rzymskich katakumb.

I choć Antonio jest przykładem postaci, którą aż chciałoby się nazwać „typowym bohaterem romantycznym”, nie sposób nie poczuć do niego sympatii. To prawda – jest osobą, która aż kipi emocjami, a jego wyjątkowa wrażliwość sprawia, że przeżywa wszystko znacznie głębiej, niż inni, co faktycznie bywa czasami męczące. Jak to zwykle w romantyzmie bywa, sztuka, muzyka i poezja doprowadzają naszego bohatera do omdleń, sennych majaków i halucynacji. Jest delikatny, tkliwy i dużo płacze, co bywa przedmiotem drwin jego przyjaciela, który zwykł mawiać, że „Antonio krew ma rozrzedzoną kozim mlekiem”. Szczególnie, że łagodne usposobienie młodego rzymianina idzie w parze z głęboką wiarą w boską opatrzność i siłę modlitwy do Madonny, co czyni z bohatera wyjątkowego świętoszka, który dzielnie opierając się kobiecym wdziękom i pokusom ciała zachowuje wstrzemięźliwość. Okazuje się jednak, że i tak spokojna dusza potrafi nieźle namącić, szczególnie, kiedy zamiast rozsądkiem kieruje się emocjami.

„A kiedy śpiewała wielką arię, zdawało się, że bałwany morskie biją w obłoki! Jakże tu opisać cały ten świat tonów, który się wyłonił przez jej usta! Szukając myślą cielesnych obrazów dla tych głosów, które nie z ludzkiej piersi płynąć się zdawały, mniemałem, że widzę łabędzia konającego pieśnią, jak skrzydłem rozcina górne sfery, raz po raz na głębiny morskie się spuszcza i piersią fale prze, aby znów na nowo wznieść się w obłoki.”

W ten oto sposób pojawiają się miłość, pasja i zazdrość i zbrodnia. Rozprawy na temat sztuki mieszają się z walką o względy kobiety, przyjaźń i braterstwo zmieniają się w rywalizację, a kochliwe serce bohatera dwukrotnie skaże go na wygnanie i tułaczkę, która przemieni się w edukacyjny Grand Tour z przymusu. A sama książka okazuje się być czymś znacznie więcej, niż tylko wspomnieniami egzaltowanego młodzieńca – na jej kartach znajdziemy spór na temat roli artysty i sztuki oraz starcie sił natury z kulturą, zmierzymy się z piętnem winy niezawinionej, poznamy wielkość dobroczynności i ciężar wdzięczności, natkniemy się na pułapki kapryśnej sławy i okryjemy, że talent to nie wszystko, a praca i wykształcenie bywa niezbędne w drodze na szczyt. Podobnie jak wysokie urodzenie, pieniądze i koneksje, których brak tak dotkliwie doskwiera naszemu bohaterowi, któremu nawet najbliżsi podcinają z tego powodu skrzydła.

„W późniejszych latach zastanawiałem się często nad poezją, tym cudownym natchnieniem boskim, i widziałem je podobne do czystej rudy złota w łonie gór zawartej. Wykształcenie i wychowanie są mądrymi górnikami, którzy umieją ją czyścić. Niekiedy trafia się wcale niemieszana, czysta – są to improwizacje liryczne poety opiewającego naturę.”

Mimo, że Antonio nie potrafi rozróżnić swych pragnień, uczuć i emocji, przez co usilnie ucieka przed szczęściem i na własne życzenie cierpi z miłości, to jego przeżycia układają się w linię rozwoju tego najsilniejszego uczucia – od bezkrytycznego zauroczenia aż po prawdziwą miłość. I nim weltschmertz stanie się dla czytelnika zbyt męczący, czeka to szczęśliwe zakończenie.

„Improwizator” to wspaniała, pełna przygód podróż po malowniczych, baśniowych Włoszech, gdzie fantastyczny świat duchów splata się z rzeczywistością, a opatrzność czuwa nad głównym bohaterem. Który okazuje się wcale nie być taką jęczybułą, jak mogłoby się zdawać.

Hans Christian Andersen, Improwizator, Kraków: Wydawnictwo MG, 2017, 336 s.

Za przyjemność lektury dziękuję portalowi sztukator.pl.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Consolation” Corinne Michaels

Dawno już nie czytałam porządnego romansidła, czas to nadrobić – z takim nastawieniem sięgnęłam po premierową powieść wydawnictwa Szósty Zmysł – szczególnie, że w „babskiej literaturze” mam prawie tak samo wielkie zaległości, co w książkach młodzieżowych.
I przy okazji to pierwsza pozycja od dawna, którą przeczytałam w wersji elektronicznej nie mogąc się doczekać przesyłki.

Autorka już na wstępie przypomniała mi, dlaczego staram się unikać czytania tzw. „wyciskaczy łez” – jestem po prostu straszną beksą. Już na 8 stronie ryczałam na całego…
W życiu prywatnym jestem tego rodzaju jędzą, która robi mężowi wyrzuty, kiedy ten wraca z pracy z godzinnym opóźnieniem. Nigdy nie nadawałam się na żonę marynarza, czy żołnierza, nie mówiąc już o komandosie marynarki wojennej, sama ta koncepcja budzi we mnie wewnętrzny protest – nie potrafię więc nie podziwiać głównej bohaterki.

„Wiem, że tak należy postąpić, że trzeba się z tym uporać i wszystko załatwić. Ruszyć naprzód. Jednak to wszystko sprawi, że moja nowa rzeczywistość stanie się prawdziwa i ostateczna. Tyle że śmierć jest czymś ostatecznym, więc dlaczego próbuję z tym walczyć?”

Dwudziestosiedmioletnią Natalie poznajemy w momencie, w którym zostaje wdową. Będąc w siódmym miesiącu ciąży. Ten cios jest końcem jej życia i początkiem wyprutej z emocji egzystencji, jedynie myśl o córce nakłania ją do codziennego podnoszenia się z łóżka. Rodzina i przyjaciele próbujący wyciągnąć ją z marazmu ponoszą klęskę z klęską. Skuteczne okazuje się dopiero niedelikatne zaangażowanie Liama – przyjaciela tragicznie zmarłego męża, który przyrzekł się nią opiekować. Uparty komandos nie daje się spławić i wreszcie pomaga uporać się z żałobą i na nowo otworzyć na świat. To dzięki niemu, po pół roku od tragedii, Lee zaczyna się znowu śmiać i pozwala sobie na chwile słabości. Jednak czas mija, a Lee i Liam zbliżają się do siebie coraz bardziej. Okazuje się również, że gloryfikowany po śmierci mąż bohaterki miał swoje brudne sekrety, a idealizowany we wspomnieniach związek pełen był gorszych momentów.

O dziwo, poczułam nić sympatii do głównej bohaterki (a to u mnie spore osiągnięcie, bo zazwyczaj odrzucam kobiecych bohaterów), która pod zbawiennym wpływem przyjaciela okazuje się być silna, dowcipna i sympatycznie złośliwa.

„Łatwo zatracić się w bólu i smutku. Z jakiegoś powodu łatwiej jest być nieszczęśliwym, ale ja nie chcę wieść życia pełnego cierpienia. Mam piękną córkę, fantastyczną grupę wsparcia i Liama.”

Podobała mi się również wojskowa otoczka opowieści – braterskie więzi pomiędzy walczącymi ramię w ramię żołnierzami, gotowość poświęcenia za kraj i chęć oddania życia za kolegów z oddziału. I choć trudno mi zrozumieć tak zaawansowany patriotyzm, jest on godny podziwu. Jednak jeszcze bardziej poruszające jest przyjrzenia się temu problemowi z drugiej strony – spojrzenie na wojnę oczami żony żołnierza, czekającej na jego powrót, tęskniącej, radzącej sobie z długimi nieobecnościami, każdego dnia żyjącej w strachu przed utratą ukochanego.

„Przyjemnie musi być, gdy jest się tą osobą, która nie musi siedzieć bezczynnie i zamartwiać się na śmierć. Oni po prostu robią co muszą. Walczą i żyją na adrenalinie, a ich rodziny siedzą i zastanawiają się. Nie wiemy czy mają się dobrze. Po prostu musimy przez to przejść.”

„Consolation” to poruszająca historia o strachu, bólu i samotności. O heroicznej walce z własnymi emocjami i układaniu sobie życia na nowo po stracie ukochanej osoby. O konieczności niesienia jednocześnie dwóch ciężarów – macierzyństwa i żałoby. O radzeniu sobie z dylematem moralnym wejścia w nowy związek, który po śmierci męża wciąż jawi się jako zdrada.

Fantastycznie, że mimo tak poważnej tematyki, książka potrafi zaskoczyć pozytywnym humorem. Choć zdarzają się patetyczne fragmenty i egzaltowane rozmyślania bohaterów, nie dominują jednak nad całością.

„- O mój Boże – szepczę, próbując się uspokoić. – Dlaczego ona ma na sobie dwie pieluchy? Czy to lina?!
Liam układa Aarę w ramionach tak, że trzyma ją jak piłkę.
– Kto wymyślił te kretyńskie pieluchy? Rzepy ciągle się odrywają. Kto, u diabła, jest w stanie określić, którą stroną je zakładać? Więc ją zawiązałem.
– Liną?
– Miałem kawałek w torbie – szepcze, całując ją w czubek głowy. – To działa.”

Choć nie przepadam za narracją prowadzoną w pierwszej osobie, tutaj szybko do niej przywykłam. Co jakiś czas jednak pojawiały się pewne logiczne nieścisłości, które mocno rzucały mi się w oczy, jako młodej mamie – mianowicie całkowity brak strachu przed obudzeniem dziecka. Ja wiem, że Amerykanie mają ogromne domy i na pewno nie muszą chodzić na paluszkach, ale matka, która bez stresu używa wiertarki podczas drzemki niemowlęcia jawi mi się niczym przybysz z kosmosu. O dziwo wiertarka bobasa nie budzi, podobnie jak wrzaski Natalie na jej nowego adoratora, napady szału, rzucanie i tłuczenie rzeczy ani odgłosy entuzjastycznego współżycia. Małą Arabelle budzi za to śmiech flirtujących kochanków. Z trzeciej strony to jednak dziecko, a dzieci potrafią robić dziwne rzeczy.

Jeśli chodzi o opisy scen erotycznych, zaskoczyła mnie ich nierówność – początkowo autorka bardzo fajnie budowała napięcie między bohaterami, ale kiedy już doszło co do czego niektóre określenia wzbudzały we mnie bardziej śmiech, niż ekscytację – do tego stopnia, że miałam wrażenie, jakby pewne fragmenty pisał ktoś inny. Prawdopodobnie jednak wina leży po stronie tłumaczenia i mam nadzieję, że te rażące synonimy zostaną wyłapane podczas ostatecznej korekty.

„– Jak cudownie – pojękuję, gdy masuje kciukiem moją perełkę.”

– jakoś „perełka” nie pozwala mi zachować powagi…

Ponadto odniosłam wrażenie, że wygląd zewnętrzny bohaterów jest trochę zbyt idealny – ona jest długowłosą blondynką, która pół roku po porodzie bez stresu zakłada bikini, on jest chodzącym bogiem seksu.

„Mężczyzna zbyt piękny, aby go opisać słowami.”

I z jakiegoś powodu stale nosi czapkę – nawet w domu, czy szpitalu.

Szkoda też, że nie pokuszono się o polską wersję tytułu. Wiem, że niektóre określenia lepiej zostawić takimi, jakie są, żeby nie skończyć z „Wirującym seksem”, ale jednak Polacy nie gęsi i wolałabym chyba zobaczyć tą pozycję na półce pod polskim tytułem – ot, taka fanaberia.

Tak naprawdę jest to typowa, choć piękna, przewidywalna historia przechodzenia od przyjaciół do kochanków. Mniej więcej od 12 strony wiedziałam w jakim kierunku potoczy się fabuła. A jednak – choć do pewnego momentu podejrzewałam jak to wszystko się skończy, to Pani Michaels sprytnie uśpiła moją czujność, dzięki czemu zakończenie wbiło mnie w kanapę. Ostatnie zdania tej książki to taki moment, w którym w odbiorcy budzą się naprawdę mordercze instynkty. I teraz tylko pragnę więcej i więcej. Urywanie historii w takim momencie powinno być zakazane i podlegać każe za znęcanie się nad czytelnikami!

Co chyba najwazniejsze, jest to ksiażka, którą świetnie się czyta – idealna na dwa jesienne wieczory pod ciepłym kocem. Polecam niepoprawnym romantyczkom i pragmatyczkom lubiącym odpocząć przy wciągającym romansie.

Corinne Michaels, Consolation, Warszawa: Wydawnictwo Szósty Zmysł, 2017, 302 s. (premiera 11.10.2017)

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Szósty Zmysł.

Czas na czytanie: „Cena naszych pragnień” Dominika Smoleń

Jak zapewne niejedna książkomaniaczka, na pewnym etapie bycia nastolatką marzyłam o wydaniu swojej własnej powieści. Nawet zaczynałam kilka razy skrobać co nieco „do szuflady”, ale mój słomiany zapał za każdym razem wygrywał z marzeniem.

I właśnie taką książkę trzymam właśnie w dłoni – „Cena naszych pragnień” to debiut szesnastoletniej wówczas Dominiki Smoleń, która budując typową szkolną historię porwała się na wcale niełatwy temat.

_20170909_201044

Niestety niedoświadczenie i spore braki warsztatowe widać już w pierwszych zdaniach powieści – zdarzają się powtórzenia, brakuje synonimów, wypowiedzi niektórych bohaterów są aż boleśnie nienaturalne (która dziewczyna pokazując koleżance jej nowy pokój używa słów: „To w tym pomieszczeniu będziesz spędzała noce”?), pojawiają się złe odmiany i nieco kulawe słowotwórstwo. Swoją drogą tego rodzaju błędy powinny zostać wyłapane podczas korekty, w tym przypadku redaktor wyraźnie się nie popisał.

Dręczyła mnie również pierwszoosobowa narracja, za którą nigdy nie przepadałam, i zbyt duża uwaga poświęcona prozaicznym, prostym (żeby nie powiedzieć „prostackim”) opisom wyglądu pomieszczenia, czy godzin posiłków.

Pod wieloma względami jest to mocno amerykanizująca opowieść z gatunku „high school” – młoda dziewczyna po przeprowadzce próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości „szkoły dla snobów”, gdzie jedyną znajomą twarzą jest jej brat bliźniak. Próbuje dopasować się do otoczenia, poznaje nowych ludzi, nadrabia braki w edukacji i… zakochuje się w zupełnie nieodpowiedniej osobie. I mimo męczących zgrzytów językowych wszystko zapowiadało się całkiem interesująco. Szkoda, że tylko przez chwilę, bo bohaterka szybko okazała się być postacią mdłą i niekonsekwentną w swoich postanowieniach, która jedno mówi, a drugie robi. Szybko pojawiły się patetyczne wyznania, wyświechtane frazesy, banalne sytuacje i mnóstwo nastoletniego dramatu. Ale czy nie takie właśnie bywają nastolatki? Przejmujące się drobiazgami, nie do końca stabilne emocjonalnie, pragnące zaimponować rówieśnikom, szukające ciepła miłości i akceptacji? Szczególnie gdy ich relacje z rodzicami pozostawiają sporo do życzenia. Młodość ma prawo do błędów i fajnie, że bohaterka tej historii nie jest wcale takim ideałem, na jaki się kreuje.

Bardzo rozczarowała mnie natomiast wyjątkowo nieprofesjonalna postawa osoby dorosłej. Miałam nadzieję na tragiczne, nieodwzajemnione zauroczenie nastolatki autorytem jakim jest nauczyciel, tym trudniejsze, że powiązane z odkrywaniem własnej tożsamości seksualnej. Liczyłam na sporo gimnastyki związanej z wychodzeniem z tej niezwykle niekomfortowej dla nauczyciela sytuacji, dużą dawkę zażenowania i delikatne obchodzenie się z nastoletnimi emocjami. I niestety srogo się rozczarowałam. Najpierw dlatego, że fascynacja nauczycielem kojarzy mi się przede wszystkim z przyciągającą siłą wiedzy, intelektu i doświadczenia, tu natomiast dochodzi do płytkiego podekscytowania wyglądem zewnętrznym. Drugim niezrozumiałym dla mnie zwrotem akcji była postawa starszej kobiety, która wchodzi w niebezpieczny układ z młodziutką, nieznajomą dziewczyną bez najmniejszej refleksji – nie doświadcza dylematów moralnych i prawnych, nie waha się, nie próbuje odpierać zainteresowania, które okazuje się wcale nie być niechciane. Wręcz przeciwnie – zakochana bohaterka w takim stopniu dowartościowuje anglistkę, iż ta wdaje się w romans nie bacząc na potencjalne konsekwencje.

W tym momencie naiwność fabuły zaczęła mnie męczyć, szczególnie, że sposób pisania stawał się coraz bardziej infantylny (No błagam, która 32 latka ma „usteczka”? Usteczka mają niemowlaki. Ewentualnie podlotki opisywane przez starych zboczeńców, ale nie dojrzałe kobiety!). Coraz bardziej czułam się jak podczas czytania opowiadania wygrzebanego z czeluści internetu. I to wcale nie jednego z lepszych, wręcz przeciwnie.

Zaciekawił mnie wątek szczególnego zżycia bliźniaków, którzy zachowywali się wobec siebie wyjątkowo czule – bardziej jak kochankowie, niż jak rodzeństwo (co oczywiście nie spotykało się z żadnymi docinkami podkreślając nadmierną idealizację szkolnego życia), niestety mam wrażenie, że ten potencjał nie został do końca wykorzystany.

I choć docelowo powieść porusza ważne i momentami kontrowersyjne tematy, jakimi jest poznawanie własnych pragnień, siła rozmowy oraz potrzeba wsparcia udzielonego przez rodzinę i prawdziwych przyjaciół, to jednak całość jest raczej mecząca, historia nie porywa i trudno przez nią przebrnąć – nie chwyta za serce, nie budzi szczególnych emocji (poza zniecierpliwieniem zachowaniem bohaterów), nie funduje czytelnikowi katharsis.

Choć sam pomysł ma spory potencjał, mój perfekcjonizm zapewne nie pozwoliłby mi oddać do druku książki w takiej formie. I właśnie dlatego to nie moje nazwisko widnieje na okładce.

Nie jest to dobra książka – odważę się nawet na dość okrutne stwierdzenie, że jest to ksiażka po prostu kiepska – a już na pewno wymaga sporo dopracowania. Nie przyciąga ani wyrazistymi bohaterami, porywającą akcją, ani kunsztem pisarskim, ani nawet atrakcyjną okładką, choć początkowo pomysł na fabułę bardzo mi się spodobał. Wciąż jednak pamiętam, że jest to pozycja napisana przez nastolatkę dla nastolatek. I patrząc na „Cenę naszych pragnień” widzę masę samozaparcia, niesamowicie dużo pracy i spełnione marzenie, jakim jest ujżenie własnego nazwiska na okładce (Szczególnie, że czytałam sporo amatorskich opowiadań reprezentujących wyższy poziom, które nigdy nie zostały i nie zostaną wydane). Takie przedsięwziencie wymaga też sporo odwagi cywilnej (Hej, mamo/tato/babciu, napisałam książkę o lesbijskiej miłości i teraz planuję ją wydać!). I własnie za te cechy trochę Dominikę podziwiam i bardzo jej zazdroszczę.

W przyszłym roku wychodzi nowa książka tej młodej pisarki, jestem niesamowicie ciekawa jak ewoluował jej styl i w jakim kierunku rozwinął się jej warsztat.

Dominika Smoleń, Cena naszych pragnień, Radom: Wydawnictwo LUCKY, 2015, 208 s.

Książkę dostałam podczas spotkania „A może nad morze? Z książką!”, serdecznie dziękuję organizatorom imprezy i sponsorom za możliwość lektury i zrecenzowania tej pozycji.

Czas na czytanie: „We wspólnym rytmie” Jojo Moyes

„Tu nie chodzi o miłość – odparł – W całej tej książce nie ma ani jednej wzmianki o miłości. On nie jest sentymentalny. Wszystko, co robi, cała ta douceur, jaką okazuje, bierze się stąd, że rozumie, jak wydobyć ze zwierzęcia to, co najlepsze. Tak właśnie koń i człowiek razem osiągają doskonałość. (…) Koń nie chce być twoim pieszczochem, chérie (…) Koń jest dangeroux, potężny. Ale może być chętny do pracy. Jeśli dasz mu powód, by dla ciebie pracował, by cię chronił, by rozumiał rzeczy, które sam chce zrobić, wtedy osiągniesz coś pięknego. (…) – Ale ona czuła się rozczarowana. Pragnęła wierzyć, że Boo ją kocha. Pragnęła, by chodził za nią po podwórzu nie dlatego, że miała jedzenie, ale dlatego, ze chciał z nią być. (…)
– To, co postuluje Ksenofont jest lepsze. On domaga się szacunku, najlepszej opieki, stałości, uczciwości, dobroci. Czy koń byłby szczęśliwszy, gdyby mówił o miłości? Non.”

Jojo Moyes pokochałam za „Razem będzie lepiej” – ciepłą, choć nie pozbawioną problemów rodzinę i sympatyczną bohaterkę i jej heroiczne wysiłki, by utrzymać swoich milusińskich w kupie.  Równie pozytywne wrażenie zrobił na mnie niepoprawny optymizm Lou z „Zanim się pojawiłeś” i choć ta książka nie zrobiła na mnie takiego wzruszającego wrażenia, jak na niektórych, to lekki, podnoszący na duchu humor sytuacyjny zdecydowanie wygrywał wszystko.

I właśnie tego elementu brakowało mi najbardziej w najnowszej książce autorki. Bo to właśnie jej poczucie humoru i zabawne sytuacje w codziennym życiu bohaterów skradły mi serce, a mam wrażenie, że w „We wspólnym rytmie” i humor i luźne żarty występują sporadycznie.

Jest to przede wszystkim historia o wielkiej pasji i walce o możliwość jej kontynuowania. Przyznaję, że na początku trudno mi było całkowicie wczuć się w klimat miejskich stajni i dążenia do osiągnięcia całkowitej jedności z koniem (szczególnie, że moja prywatna przygoda z jeździectwem trwała dość krótko i zakończyła się definitywnie po przeciągnięciu za nogę po połowie hipodromu :D), ale pióro Moyes ma w sobie coś takiego, że potrafi zarazić każdą emocją, nawet najbardziej dla czytelnika niezrozumiałą.

„Twarz Sarah zastygła w masce skupienia. Napięcie ujawniało się w cieniach pod jej oczami i zaciśniętej szczęce. Natasha obserwowała nieznaczne ruchy jej pięt, niedostrzegalne wiadomości, które przesyłała przez lejce. Widziała, że koń słyszy, akceptuje, słucha mimo zmęczenia, i pojęła, że choć w ogóle nie zna się na tych zwierzętach, stała się świadkiem czegoś pięknego, co można osiągnąć tylko przez lata nieustępliwej dyscypliny i niekończącej się pracy.”

To historia kilkunastoletniej Sarah, która w wyniku nagłej choroby dziadka zostaje bez opieki. Los łączy jej losy z poukładaną w życiu i jednocześnie całkowicie pogubioną we własnych uczuciach prawniczką i jej (jeszcze) mężem – przesympatycznym „wiecznym chłopcem”, którego zwierzęco-flirciarski magnetyzm działał na mnie nawet za pośrednictwem kart powieści, chociaż doskonale wiem, że z pewnością odgryzłabym mu głowę już po tygodniu potencjalnego wspólnego życia. Jeśli dorzucimy do tego postępującą sprawę rozwodową, dziadka obdarzonego mocami godnymi zaklinacza koni, tajną i superelitarną francuską szkołę, podstarzałego czarnego kowboja, zagubioną nastolatkę i konną ucieczkę z domu przez pół Europy, a wszystko to okrasimy tłumionymi głęboko emocjami, uzyskamy naprawdę niezły galimatias. Przyznam, że nawet ja powątpiewałam momentami w jakiekolwiek szanse na moje ukochane cukierkowe szczęśliwe zakończenie. Ale w końcu Jojo Moyes jest specjalistką w plątaniu i rozplątywaniu zagmatwanych losów swoich bohaterów. Swoją drogą niezła z niej sadystka!

To naprawdę zakręcona opowieść o pasji, miłości i poświęceniu. O bólu straty, życiowych rozczarowaniach, braku wsparcia i zrozumienia, tragicznej konieczności wyboru między karierą i pasją, a rodziną. Znalazłam też dla siebie całkiem spory wykład o trudach macierzyństwa, o słuchaniu, szczerości i zaufaniu, o rozmowie, która ma moc naprawiania wszelkich nieporozumień (jakoś ostatnimi czasy to te fragmenty najbardziej zapadają mi w pamięć). Wreszcie jest to opowieść o ciężkiej pracy, harcie ducha i dążeniu do doskonałości. I o miłości. Przede wszystkim o miłości.

„Przecież widzisz, że istnieje miłość, w tym, co robi – kontynuował dziadek mrużąc oczy. – Jest miłość w tym, co… proponuje. Tylko to, że o niej nie mówi, nie oznacza, że nie ma jej w każdym jego słowie. Ona tam jest, Sarah. W. Każdym. Najdrobniejszym. Geście. (…)
Teraz to dostrzegała, nawet, jeśli wtedy tego nie widziała. Nigdy w dobitniejszy sposób nie dał jej do zrozumienia, jak bardzo ją kocha.”

Momentami rozbrajająca, momentami irytująca, momentami niesamowicie wzruszająca – pełna emocji, które udzielają się czytelnikowi. Bo w czym jak w czym, ale w niesamowicie pięknym i obrazowym opisywaniu uczuć ta autorka jest moją mistrzynią.

Choć podczas lektury zwątpiłam w to raz, czy dwa, ta książka okazała się być sporą dawką pozytywnej energii i wiary we własne możliwości. Chociaż dołożę wszelkich starań, żeby szybko nie wpadła w ręce mojej córki (nawet jak już nauczy się czytać) – takiego giganta nie zazdroszczę żadnej matce – czy to rodzonej, czy tymczasowej. Lepiej nie podsuwać dzieciakom tego rodzaju pomysłów!

                      Jojo Moyes, We wspólnym rytmie, Kraków: Wydawnictwo Znak Między Słowami, 2017, 527 s.

Książkę zrecenzowałam dzieki uprzejmości Wydawnictwa Znak Między Słowami.

 

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO ”Czas burzy” Adrian Grzegorzewski

Nigdy nie byłam wielbicielką powieści wojennych. Tak naprawdę jedyną książką w tym klimacie, którą w życiu czytałam, jest „Złodziejka książek”. Moja przerośnięta wrażliwość sprawia, że smutno mi na widok gołębia z jedną nogą, wyobraźcie sobie zatem do jakiego stanu doprowadzają mnie okropieństwa wojny. Dlatego też nigdy nie sięgnęłam po „Czas tęsknoty” – pierwszą część historii Grzegorzewskiego. Do zapoznania się z tą lekturą przekonała mnie jednak obietnica poczucia choć przez chwilę klimatu okupowanej Warszawy. No i, nie ukrywajmy, chęć spróbowania czegoś nowego.

_20170424_144905

I nie rozczarowałam się, bo Warszawa w tej książce jest cudowna. Czarowne i śmiertelnie niebezpieczne miejsce, w którym w jednym momencie gruchasz z ukochaną nad brzegiem Wisły, a w drugim ukrywasz się po podwórkach przed śledzącym Cię uzbrojonym nieznajomym. A pragnienie zjedzenia pączka w eleganckim i kultowym lokalu Bliklego, może się skończyć tragicznie. To też miasto, w którym można zorganizować prywatny seans kinowy w środku nocy dla swojej świeżo upieczonej narzeczonej. Miasto wielu twarzy, nieprzewidywalne i magiczne, z wyjątkowo rozbudowanym aparatem konspiracji. Tym bardziej bolał akt bezwzględnego zniszczenia, jaki dokonywał się na tym pięknym mieście podczas opisywanego powstania. Ludzie, miejsca, urok i historia zmiecione z powierzchni ziemi – to coś, czego, podobnie jak mieszkańcy z kart powieści, nie mogłam powstańcom wybaczyć.

Choć nie znałam wcześniejszych losów bohaterów, nie czułam się z tego powodu zdezorientowana. Najważniejsze wydarzenia z ich przeszłości zostały nienachalnie wspomniane wprowadzając nowego czytelnika w temat, a wzajemne relacje i portrety psychologiczne głównych postaci szybko dały się poznać podczas okrutnej i zaskakującej gry losu, którą wojenna zawierucha zgotowała bohaterom Grabowskiego. I mimo, że nie udało mi się polubić żadnej z pierwszoplanowych postaci – ani zmiennego uczuciowo Piotra, niby wiernego, a jednak kochliwego bawidamka, ani egzaltowanej i nadmiernie bohaterskiej Swiety, ani narwanej i nieco dwulicowej Marty – nie byłam w stanie nie przejąć się ich losem i im nie współczuć, choć ten romansowy trójkąt (a momentami czworo-, a nawet pięciokąt) budził we mnie niesmak. Uwielbiam za to drugoplanowe sylwetki starego, doświadczonego przez życie Witalija i znającego granice Kuby „Hucuła”.

Tak uwielbiana przeze mnie malowniczość opisów, w przypadku tej powieści okazała się być mieczem obusiecznym – bo autor jest w tym świetny. Ale równie obrazowo opisuje piękno krajobrazu, klimat miasta i bestialstwo mordów. Przy lekturze wyobraźnia działa na pełnych obrotach. Nie ukrywam, że moja wrażliwość na krew i tragedię została wystawiona na ciężką próbę. Ale wiedziałam, na co się piszę i ani trochę nie żałuję.

Bo odmalowany przez Grabowskiego świat, choć przecież fikcyjny, wydaje się być przerażająco bliski i prawdziwy. Pomaga w tym niewątpliwie częste nawiązywanie do historycznych postaci i wydarzeń oraz wyszperane w odmętach historii i wspomnień „smaczki” jak żółwie w roli chodzących konserw, czy paczki od Bliklego wysyłane na Pawiak. Podobnie jak szczęśliwe zakończenie bez szczęśliwego zakończenia. Życie i bajki to w końcu dwie zupełnie inne rzeczy, ale nie tylko hollywoodzki happy end może dać spokój i szczęście. A szczęście, o dziwo, może istnieć mimo bólu, straty i tęsknoty.

Co mi się nie podobało? Prorocze sny i rozmowy z duchami to już zupełnie nie moje klimaty. Nawet jeśli tego rodzaju paranormalne zdarzenia dzieją się jedynie w głowach bohaterów i są sposobem na radzenie sobie z traumą, swoistym katalizatorem pozwalającym uporać się z ogromem straty i samotności. Moim zdaniem takie zbiegi bardziej szkodzą fabule niż pomagają.

Ta opowieść to nie tylko historia trójki zakochanych szukających swojego szczęścia mimo przeciwności losu, ale przede wszystkim obraz miłości samej w sobie. To historia miłości w starciu z hekatombą wojny. Miłości romantycznej, przyjacielskiej i rodzicielskiej. To historia o nadziei i jej utracie. O niestrudzonych poszukiwaniach, o wolności i o wierności, o marzeniach i o pragnieniu zemsty. O niewyobrażalnym okrucieństwie, do jakiego potrafi posunąć sie człowiek. O strachu i niepewności jutra. O próbach ocalenia siebie podczas gdy wszystko wokół sypie się w gruzy. I jednocześnie o pomocy innym nawet za cenę utraty samego siebie.

Barwo panie Grzegorzewski, na pewno szybko nie zapomnę pańskiej książki! I choć na pewno nie polubię tego gatunku, to warto było przeczytać każdą stronę i każde zdanie „Czasu burzy”.

Adrian Grzegorzewski, Czas burzy, Kraków: Wydawnictwo Znak Między Słowami, 2017, 411s.
(premiera 26 kwietnia 2017)

Za możliwość lektury dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

Czas na czytanie: „Primabalerina” Doroty Gąsiorowskiej

_20160317_123354.JPG

Pierwszym, co powinno zostać wyraźnie podkreślone i co mnie nieco zaskoczyło, jest fakt, iż to nie jest zła książka. Naprawdę. Mimo, że męczyłam ją i męczyłam i przemęczyć nie mogłam. Ale od początku: Pamiętając „Obietnicę Łucji” pani Gąsiorowskiej, którą miałam przyjemność czytać jakiś czas temu, po „Primabalerinie” nie spodziewałam się fajerwerków, a raczej trochę przesłodzonej, sielskiej historii. Tym razem również zachwyciłam się przeromantyczną okładką i śliczną czcionką – już po niewykończonym egzemplarzu recenzenckim miałam pewność, że to będzie naprawdę ładnie wydana książka. Spodziewałam się lekkiego, babskiego, troszkę naiwnego romansidła i w dużej mierze to dostałam.

Na dzień dobry znielubiłam główną bohaterkę, co nie jest u mnie rzeczą bardzo zaskakującą, jako że bardzo rzadko identyfikuję się z głównym bohaterem, a jeśli jest on kobietą, to już praktycznie nigdy (być może drzemie we mnie mały szowinista). Ale Nina wyjątkowo działa mi na nerwy – śliczna, skromna, zahukana, nieświadoma siebie panna, co chce, a boi się, nijaka, niepewna, ogólnie flaki z olejem. Przez większą część książki miałam nadzieję, że jest to jednak ukryty kryminał i jej przyjaciel – Pozytywny Igor (którego nie sposób było nie polubić) w końcu ją zamorduje. Albo chociaż odbije jej chłopaka (swoją drogą również zupełnie nijakiego z charakteru, choć oczywiście boskiego, bo przecież to babska lektura, więc obiekt westchnień musi być boski). Ale niestety. Zupełnie nie rozumiem, po co mu była ta mimoza.

Ale mimo niechęci do Niny książkę się bardzo dobrze czyta – wciąga, nie jest nudna, pełna plastycznych opisów, z nieco niesamowitą rodzinną historią. Wielki plus za Lwów w tle. Uwielbiam, kiedy akcja książki dzieje się w jakimś magicznym mieście, a autorce doskonale udało się tą magię przekazać. Nigdy nie byłam na Ukrainie, a po tej lekturze naprawdę nabrałam ochoty na wycieczkę.

Dlaczego zatem nie mogłam tej książki domęczyć do końca przez miesiąc? I równie długo nie mogłam nic o niej napisać? Jest jeden duży minus w stylu pisania Doroty Gąsiorowskiej, który niestety mnie odrzuca – autorka czasami odlatuje. Czytam chętnie, całkiem dobrze wciągnięta w fabułę, dialogi, sytuację, opisy aż tu nagle: „Mała wrażenie, że mogłaby się w tym szczęściu zatracić bez reszty, wykąpać bezwstydnie naga jak w środku nieokiełznanego wodospadu”. Jedno kiczowate zdanie wyjęte rodem z babcinego harlequina albo innej Sagi o Ludziach Lodu kompletnie wybija mnie z rytmu. Jedno przesadzone zdanie ni stąd ni zowąd sprawiało, że odkładałam książkę z niesmakiem i przez tydzień nie mogłam się zmusić do kontynuacji lektury. Zwłaszcza, że tego rodzaju „wzniosłe wtrącenia” jakoś zupełnie nie wpisują się w język „Primabaleriny”, choć może trochę pasują do klimatu. Może jestem przewrażliwiona i przesadzam, to w końcu typowo babska lektura i powinnam się tego spodziewać, ale tego typu niespodzianka mniej więcej co sto stron nie pozwoliła uznać mi tej książki za naprawdę przyjemną. Ale to pewnie rzecz gustu.

Dorota Gąsiorowska, Primabalerina, Kraków: Znak Literanova, 2015, 437 stron.

Za możliwość lektury dziękuje wydawnictwu Znak.

Czas na czytanie: „Opowiadania Kotori II”

Zdecydowanie lepsza od pierwszej odsłony tej antologii. Nie jestem wielką fanką krótkich form literackich, zdecydowanie bardziej wolę wczuwać się w dłuższą, jednolitą historię, ale ten zbiór okazał się być bardzo fajny w czasie zabiegania, kiedy to chwile na lekturę musiałam po prostu na siłę życiu wyrywać. Jest w nim kilka bardzo dobrych opowiadań – Eo jak zawsze w formie, ale również i „Zielone” i „Jednym cięciem” bardzo dobrze mi się czytało; kilka dobrych, dwa przeciętne i jedna kompletna porażka. Niestety, moim zdaniem wybranie „Feniksa na mojej piżamie” było błędem. W zamyśle zapewne miała być to zabawna parodia tego typu opowiadań, jednak w moim odczuciu okazała się ona nie do przebrnięcia – kulawa językowo (od kompletnej egzaltacji do całkowitego prostactwa – często w jednym zdaniu), pełna idiotycznych zdrobnień, z głupawą fabułą – po prostu niesmaczna. Gdyby to opowiadanie zostało umieszczone na początku tomu, zapewne antologia straciłaby wielu czytelników. Jednak umieszczenie go na końcu popsuło całe dobre wrażenie po lekturze wcześniejszych historii. Szkoda.

DSC_1226

Opowiadania Kotori II, Gołuski: Wydawnictwo Kotori, 2013; 368 stron – 15 opowiadań.