Czas na czytanie: „Obietnica następcy” Trudi Canavan

Nie cierpię u siebie pewnej cechy – braku cierpliwości. Po prostu jak zobaczę, że pojawiła się nowa książka jednego z moich ulubionych autorów, nie potrafię przejść obok niej obojętnie, nie ważne ile trzeba będzie czekać na kolejny tom. A z Trudi Canavan jest taki problem, że pisze jedną książkę rocznie i czytając ją bezpośrednio po premierze skazuję się na minimum rok oczekiwania na ciąg dalszy. A niestety tego rodzaju „stosunek przerywany” to jedno z najgorszych świństw, jakie czytelnik może zrobić samemu sobie.

Pamiętam swoje pierwsze spotkanie z twórczością tej autorki – koleżanka z liceum pożyczała mi „Trylogię Czarnego Maga” po książce dziennie – rano dostawałam w swoje łapki pierwszą część, czytałam non stop (pod ławką na lekcjach, na szkolnym korytarzu, w autobusie i w domu), po czym kolejnego dnia wymieniałam przeczytaną książkę na kolejny tom. Tym oto sposobem przez trzy dni żyłam w ciągu i właśnie tak przeżyłam jedną z najfajniejszych przygód, jakie pamiętam. Oczywiście miało to swoją cenę – kiedy nauczyciel zadawał mi pytanie uśmiechałam się i kiwałam głową udając że wszystko wiem i uważam na lekcjach ani na chwilę nie opuszczając magicznego świata. W ten sposób zapewne utrwaliłam swoje zagrożenie z matematyki i zupełnie przypadkowo zostałam klasowym gospodarzem. Ale niczego nie żałuję!

Wiadomo przecież, że jednym z najlepszych rzeczy jakie mogą się zdarzyć człowiekowi jest czytanie dobrej książki ze świadomością, że czekają na niego kolejne tomy.

Dlaczego więc nie potrafiłam zaczekać?

Na swój brak cierpliwości wkurzałam się przez całą „Trylogię Zdrajcy”, ale przy „Prawie Millenium” moje wkurzenie osiągnęło swoje apogeum. „Obietnica następcy” jest świetna, ale jak wspaniała to byłaby lektura, gdybym dokładnie pamiętała co było w trzech poprzednich tomach?

Uwielbiam Trudi Canavan za jej umiejętność kreacji światów. Bo choć w czterech cyklach jej powieści można znaleźć wspólne cechy – zawsze bohaterką jest młoda dziewczyna, fabuła obraca się wokół magii i jej poznawania (często zinstytucjonalizowanego), jest miłość, wojny i relacja uczeń-mentor, to każdy z nich jest wyjątkowy i każdy potrafi zaskoczyć. Przez pierwsze kilka stron jeszcze byłam na siebie zła za „wyrwanie z ciągu”, ale te książki mają w sobie coś tak wciągającego, że szybko o tym zapomniałam dając się pochłonąć przerwanej rok wcześniej przygodzie. A luki w pamięci powoli uzupełniały się same.

Trzecia księga „Prawa Millenium” zapewnia nam mały czasowy przeskok – czytelnik poznaje dalsze losy bohaterów pięć lat po śmierci Raena. Pragnienie odnalezienia własnego miejsca, przystosowania się i spokojnego życia na przymusowym wygnaniu oraz próby ogarnięcia chaosu powstałego po zniknięciu uzurpatora.

To także dalsze zgłębianie istoty magii i zmagania z własnymi ograniczeniami. Szalone podróże między światami, ucieczki i pościgi, szpiegowanie i wybuchy, bunty i spiski, ciche szantaże i epickie bitwy magów. Jeśli to wciąż za mało wrażeń, to smaczku z pewnością dodaje koncepcja wskrzeszenia zmarłego i eksperymenty magiczno-mechaniczne, przez co całość zyskuje bardzo niepokojący klimat, gdzie podrasowany czarami stempunk łączy się z nekromancją. A brzydzący się przemocą Tyen, podkręcony determinacją Dalego pogrążonego w rozpaczy po śmierci ukochanego, ma szansę zostać następcą Frankensteina. Oczywiście wszystko to w imię większego dobra. To książka pełna akcji, trudnych miłości i moralnych dylematów. Porywa od pierwszej strony.

„Sęk w tym, ze nie da się jednoznacznie stwierdzić, co jest tu dobre, a co złe. Nic nie jest bezsprzecznym dobrem lub czystym złem.”

Zakochałam się w tym świecie dzięki przekonaniu, że twórczość generuje magię. Teraz kocham go każdą przygodę, którą miałam okazję przeżyć podczas jego przemierzania.

A wiecie co jest najgorsze? To mi nie wygląda na koniec. Coś czuję, że znowu to sobie zrobiłam!

Trudi Canavan, Obietnica następcy (Prawo Millenium – księga trzecia), Kraków: Wydawnictwo Galeria Książki, 2017, 618 s.

Reklamy

Czas na czytanie: „Prawdodziejka” Susan Dennard

Przyznaję, że od początku lektury czułam się w świecie Prawdodziejki wyjątkowo obco – zagubiona w rzeczywistości, której nie znam i nie rozumiem, rzucona od razu na głęboką wodę prosto w sam środek akcji. Wiele kartek minęło, nim wszystko zaczęło mi się powoli klarować.

Cała fabuła to tak naprawdę jedna wielka ucieczka i momentami naprawdę trudno nadążyć za zwrotami akcji. Zanim na dobre dowiedziałam się kto jest kim i jak tak właściwie wszystko w wokół działa (magia, historia, podziały administracyjne, elitarne bractwa, uzdrawiające studnie, widmo wznowienia wojny… – jest sporo do oganiania), zgubiłam się nie raz – rozboje, pertraktacje, pościgi, bale, dworskie intrygi, niechciane narzeczeństwa i brawurowe pojedynki – naprawdę można dostać zawrotów głowy. Ale mniej więcej w połowie lektury przenosimy się na statek i w tym momencie naprawdę się wciągnęłam. Okręty, szanty, abordaże, bunty załogi i krwiożercze morskie potwory – to lubię.

W Czaroziemiach prawom magii podlegają niemalże wszystkie elementy życia – nie tylko żywioły, ale również słowa, metale, krew, czy trucizny. Mamy zatem czarodziejów kontrolujących ogień, wiatr, morskie pływy i ludzkie płyny ustrojowe, potrafiących porozumiewać się na odległość dzięki manipulacji składnikami powietrza, widzących ludzkie emocje i więzi, potrafiących odróżnić prawdę od kłamstwa, oraz manipulujących żelazem.

Podobnie jak w książkach Leigh Bardugo, magia traktowana jest bardzo pragmatycznie – bardziej jak zawód i rzemiosło, niż sztuka, czy nadzwyczajne zdolności. Wobec tego wododzieje i wiatrodzieje zatrudniani są na statkach, głosodzieje służą innym jako telefony, a czary wykorzystuje się nawet w krawiectwie. Choć w magii, jak we wszystkim, bywają jednostki mniej lub bardziej uzdolnione.

Jak często bywa, niesamowicie irytowała mnie główna bohaterka. Safiya jest dziecinną i egzaltowaną panienką stale pakującą się w kłopoty, spoglądającą nie dalej niż czubek własnego nosa i dobro przyjaciółki. I choć w książce nie brakuje przystojnych i zadziornych książąt, jest to przede wszystkim historia o sile przyjaźni. I fakt, że to właśnie przyjaźń, a nie miłość jest najwyżej cenioną wartością czyni tą powieść wyjątkową.

Prawdodziejka nie jest łatwa w odbiorze, bo to szalona podróż po zupełnie nowym, magicznym świecie, który poznajemy w dzikim pędzie (przypomina mi trochę wyjazdy zabytkoznawcze po słonecznej Italii podczas studiów…). To również historia o dorastaniu, mierzeniu się z konsekwencjami podejmowanych decyzji, tragicznym wyborze między wymaganiami rodziny, a własnymi przekonaniami, nabieraniu pewności siebie i wiary we własne możliwości. O przyjaźni zdolnej ocalić umierający świat.

I chociaż nie porzucę swoich czytelniczych planów na rzecz przeczytania drugiego tomu teraz-zaraz, to z pewnością sięgnę kiedyś po kontynuację „Prawdodziejki”.

Susan Dennard, Prawdodziejka, Kraków: Wydawnictwo SQN imaginatio, 2016, 384 s.

Książkę dostałam podczas spotkania „A może nad morze? Z książką!”, serdecznie dziękuję organizatorom imprezy i sponsorom za możliwość lektury i zrecenzowania tej pozycji.

Czas na czytanie: „Cena naszych pragnień” Dominika Smoleń

Jak zapewne niejedna książkomaniaczka, na pewnym etapie bycia nastolatką marzyłam o wydaniu swojej własnej powieści. Nawet zaczynałam kilka razy skrobać co nieco „do szuflady”, ale mój słomiany zapał za każdym razem wygrywał z marzeniem.

I właśnie taką książkę trzymam właśnie w dłoni – „Cena naszych pragnień” to debiut szesnastoletniej wówczas Dominiki Smoleń, która budując typową szkolną historię porwała się na wcale niełatwy temat.

_20170909_201044

Niestety niedoświadczenie i spore braki warsztatowe widać już w pierwszych zdaniach powieści – zdarzają się powtórzenia, brakuje synonimów, wypowiedzi niektórych bohaterów są aż boleśnie nienaturalne (która dziewczyna pokazując koleżance jej nowy pokój używa słów: „To w tym pomieszczeniu będziesz spędzała noce”?), pojawiają się złe odmiany i nieco kulawe słowotwórstwo. Swoją drogą tego rodzaju błędy powinny zostać wyłapane podczas korekty, w tym przypadku redaktor wyraźnie się nie popisał.

Dręczyła mnie również pierwszoosobowa narracja, za którą nigdy nie przepadałam, i zbyt duża uwaga poświęcona prozaicznym, prostym (żeby nie powiedzieć „prostackim”) opisom wyglądu pomieszczenia, czy godzin posiłków.

Pod wieloma względami jest to mocno amerykanizująca opowieść z gatunku „high school” – młoda dziewczyna po przeprowadzce próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości „szkoły dla snobów”, gdzie jedyną znajomą twarzą jest jej brat bliźniak. Próbuje dopasować się do otoczenia, poznaje nowych ludzi, nadrabia braki w edukacji i… zakochuje się w zupełnie nieodpowiedniej osobie. I mimo męczących zgrzytów językowych wszystko zapowiadało się całkiem interesująco. Szkoda, że tylko przez chwilę, bo bohaterka szybko okazała się być postacią mdłą i niekonsekwentną w swoich postanowieniach, która jedno mówi, a drugie robi. Szybko pojawiły się patetyczne wyznania, wyświechtane frazesy, banalne sytuacje i mnóstwo nastoletniego dramatu. Ale czy nie takie właśnie bywają nastolatki? Przejmujące się drobiazgami, nie do końca stabilne emocjonalnie, pragnące zaimponować rówieśnikom, szukające ciepła miłości i akceptacji? Szczególnie gdy ich relacje z rodzicami pozostawiają sporo do życzenia. Młodość ma prawo do błędów i fajnie, że bohaterka tej historii nie jest wcale takim ideałem, na jaki się kreuje.

Bardzo rozczarowała mnie natomiast wyjątkowo nieprofesjonalna postawa osoby dorosłej. Miałam nadzieję na tragiczne, nieodwzajemnione zauroczenie nastolatki autorytem jakim jest nauczyciel, tym trudniejsze, że powiązane z odkrywaniem własnej tożsamości seksualnej. Liczyłam na sporo gimnastyki związanej z wychodzeniem z tej niezwykle niekomfortowej dla nauczyciela sytuacji, dużą dawkę zażenowania i delikatne obchodzenie się z nastoletnimi emocjami. I niestety srogo się rozczarowałam. Najpierw dlatego, że fascynacja nauczycielem kojarzy mi się przede wszystkim z przyciągającą siłą wiedzy, intelektu i doświadczenia, tu natomiast dochodzi do płytkiego podekscytowania wyglądem zewnętrznym. Drugim niezrozumiałym dla mnie zwrotem akcji była postawa starszej kobiety, która wchodzi w niebezpieczny układ z młodziutką, nieznajomą dziewczyną bez najmniejszej refleksji – nie doświadcza dylematów moralnych i prawnych, nie waha się, nie próbuje odpierać zainteresowania, które okazuje się wcale nie być niechciane. Wręcz przeciwnie – zakochana bohaterka w takim stopniu dowartościowuje anglistkę, iż ta wdaje się w romans nie bacząc na potencjalne konsekwencje.

W tym momencie naiwność fabuły zaczęła mnie męczyć, szczególnie, że sposób pisania stawał się coraz bardziej infantylny (No błagam, która 32 latka ma „usteczka”? Usteczka mają niemowlaki. Ewentualnie podlotki opisywane przez starych zboczeńców, ale nie dojrzałe kobiety!). Coraz bardziej czułam się jak podczas czytania opowiadania wygrzebanego z czeluści internetu. I to wcale nie jednego z lepszych, wręcz przeciwnie.

Zaciekawił mnie wątek szczególnego zżycia bliźniaków, którzy zachowywali się wobec siebie wyjątkowo czule – bardziej jak kochankowie, niż jak rodzeństwo (co oczywiście nie spotykało się z żadnymi docinkami podkreślając nadmierną idealizację szkolnego życia), niestety mam wrażenie, że ten potencjał nie został do końca wykorzystany.

I choć docelowo powieść porusza ważne i momentami kontrowersyjne tematy, jakimi jest poznawanie własnych pragnień, siła rozmowy oraz potrzeba wsparcia udzielonego przez rodzinę i prawdziwych przyjaciół, to jednak całość jest raczej mecząca, historia nie porywa i trudno przez nią przebrnąć – nie chwyta za serce, nie budzi szczególnych emocji (poza zniecierpliwieniem zachowaniem bohaterów), nie funduje czytelnikowi katharsis.

Choć sam pomysł ma spory potencjał, mój perfekcjonizm zapewne nie pozwoliłby mi oddać do druku książki w takiej formie. I właśnie dlatego to nie moje nazwisko widnieje na okładce.

Nie jest to dobra książka – odważę się nawet na dość okrutne stwierdzenie, że jest to ksiażka po prostu kiepska – a już na pewno wymaga sporo dopracowania. Nie przyciąga ani wyrazistymi bohaterami, porywającą akcją, ani kunsztem pisarskim, ani nawet atrakcyjną okładką, choć początkowo pomysł na fabułę bardzo mi się spodobał. Wciąż jednak pamiętam, że jest to pozycja napisana przez nastolatkę dla nastolatek. I patrząc na „Cenę naszych pragnień” widzę masę samozaparcia, niesamowicie dużo pracy i spełnione marzenie, jakim jest ujżenie własnego nazwiska na okładce (Szczególnie, że czytałam sporo amatorskich opowiadań reprezentujących wyższy poziom, które nigdy nie zostały i nie zostaną wydane). Takie przedsięwziencie wymaga też sporo odwagi cywilnej (Hej, mamo/tato/babciu, napisałam książkę o lesbijskiej miłości i teraz planuję ją wydać!). I własnie za te cechy trochę Dominikę podziwiam i bardzo jej zazdroszczę.

W przyszłym roku wychodzi nowa książka tej młodej pisarki, jestem niesamowicie ciekawa jak ewoluował jej styl i w jakim kierunku rozwinął się jej warsztat.

Dominika Smoleń, Cena naszych pragnień, Radom: Wydawnictwo LUCKY, 2015, 208 s.

Książkę dostałam podczas spotkania „A może nad morze? Z książką!”, serdecznie dziękuję organizatorom imprezy i sponsorom za możliwość lektury i zrecenzowania tej pozycji.

Czas na czytanie: „The call. Wezwanie” Peadar O’Guilin

Przyznam szczerze, że to najbardziej mroczna i ponura książka, jaką ostatnio czytałam. To prawda, że nie jestem szczególną fanką horrorów, więc zapewne nie za bardzo jestem w temacie. Ponadto wiedząc, że „Wezwanie” porównywane bywa do „Igrzysk śmierci”, spodziewałam się mało przyjemnej antyutopii, ale wyobraźnia Peadara O’Guilina przerosła moje najśmielsze oczekiwania.

Witamy w pięknej, pełnej zieleni Irlandii. Jest jednak pewien mały haczyk – Irlandia jest całkowicie odcięta od reszty świata. Nie można się na nią dostać, ani z niej uciec, nie ma również żadnej łączności. A to wszystko prezent od Sídhe – Ludu Wróżek, który przed setkami lat został podbity przez ludzi skazany na banicję do niezwykle ponurego świata podziemnego.

Sídhe z książki O’Guilina daleko do wyniosłych elfów Tolkiena, czy choćby zakręconych na punkcie najnowszych technologii wróżek Colfera. Bardzo im za to blisko do pratchettowskiej definicji, która niejednokrotnie bezczelnie pojawiała się w moich myślach podczas tej lektury:

„Elfy są przedziwne. Budzą zadziwienie.
Elfy są cudowne. Sprawiają cuda.
Elfy są fantastyczne. Tworzą fantazje.
Elfy są urocze. Rzucają urok.
Elfy są czarowne. Splatają czary.
Ich uroda powala. Strzałą.
Kłopot ze słowami polega na tym, że ich znaczenie może się wić jak wąż. A jeśli ktoś chce znaleźć węże, powinien ich szukać za słowami, które zmieniły swój sens.
Nikt nigdy nie powiedział, że elfy są miłe.
Elfy są złe.”

Terry Pratchett, „Panowie i damy” (tłumaczenie Piotr W. Cholewa)

Jedyne, co im pozostało, to zemsta i rozpaczliwa chęć odzyskania swojej ukochanej krainy. Poza uwięzieniem mieszkańców Irlandii na ich wyspie, Wróżki porywają dzieci. Ale nie prosto z kołysek (o co można by je posądzać na podstawie irlandzkiego folkloru, bo przekonanie, że wróżki porywają dzieci jest chyba dość powszechne), a nastolatków w wieku od 11 do 18 lat. Na trzy minuty niczego nie spodziewająca się ofiara znika ze świata ludzi, by przez dobę walczyć o życie w demonicznej krainie, którą jej przodkowie zgotowali Sídhe. A że szanse na przetrwanie są naprawdę marne, po owych trzech minutach do rodziny wracają zazwyczaj makabrycznie zmasakrowane zwłoki.

„Srebrzysty pejzaż rozwija się przed nią jak zwój mapy. Baśniowa kraina w całej okazałości: w oddali jeziora plują i bulgocą czerwonym ogniem, jedynym tutaj kolorem, lasy wydają straszliwe owoce; tornada, które wyglądają jak wielkie palce grzebiące w ziemi; błyskawice; płonący deszcz i mordercza flora wszelkiego rodzaju.”

Zaiste, piekło wróżek to prawdziwa Kraina Czarów Koszmarów. Jej mieszkańcy mają zdumiewającą umiejętność plastycznego kształtowania ludzkiego ciała i z sadystyczną przyjemnością z tego korzystają. Przebywanie w ich towarzystwie ma zatem na człowieka… cóż, dość destrukcyjny wpływ. A ich świat zamieszkany jest w wyłącznie przez stwory pochodzenia ludzkiego – każdy organizm – od pająków, przez psy i konie, aż po olbrzymie morskie potwory był kiedyś człowiekiem (te złowieszcze wróżki nawet ciuchy szyją sobie z ludzkich części ciała. Ciągle żyjących, co warto nadmienić). To świat pełen groteskowych hybryd przywodzących na myśl figury z płócien Hieronima Boscha. A język autora, choć prosty i młodzieżowy, jest również niezwykle plastyczny…

Zatem jedynym celem i sensem istnienia Irlandczyków jest wyszkolenie młodzieży na wojowników zdolnych przeżyć polowanie w nieznanym, potwornym i śmiercionośnym świecie. Polowanie, w którym jest ofiarą gonioną przez pozbawionych skrupułów, rządnych krwi i zemsty stworzeń, gdzie jedyną szansą na ocalenie życia jest ucieczka lub ukrycie się dość dobrze, by przeczekać ową koszmarną dobę. A im szybciej oprawcy złapią nieszczęśnika, tym dłuższe tortury go czekają. Acha, wspominałam już, że Sídhe, poza tym, że świetnie wyszkoleni w walce, są też nieśmiertelni? Żeby przypadkiem nie było za łatwo.

A główną bohaterkę od jej rówieśników odróżnia jeden dość istotny szczegół – ma polio i przez deformację nóg nie jest w stanie biegać…

To historia pełna żelaznego rygoru, instynktu przetrwania, potrzeby dominacji, katorżniczych treningów, straconych nadziei, makabrycznych wizji i zawołań „Naród musi przetrwać”. Oparta na irlandzkim folklorze mroczna wersja przyszłości, gdzie magia wcale nie oznacza niczego cudownego, a wróżki, choć piękne bynajmniej nie kojarzą się z dobrocią.

I podobnie jak z obrazami Boscha, człowiek jest cały przejęty zgrozą i głęboko zniesmaczony, a mimo to nie może się powstrzymać od dalszego zgłębiania tematu.

Peadar O’Guilin, The call. Wezwanie, Poznań: Wydawnictwo Czwarta Strona, 2017, 352 s.

Przypominam, że ta książka jest do wygrania w jednym z urodzinowych konkursów – o TUTAJ, jeśli kogoś zaintrygowała moja recenzja i chciałby zobaczyć tą makabrę oczyma własnej wyobraźni, zapraszam do udziału ;)

Czas na czytanie: „Zakazane życzenie” Jessica Khoury

Przepiękna okładka „Zakazanego życzenia” chyba nikomu nie pozwoli przejść obok tej pozycji obojętnie. Tajemnicza, kusząco lśniąca, granatowo-złota obwoluta, z tytułem wytłoczonym bogatą w zawijasy czcionką i kunsztownie zdobioną lampą oliwną, z której wydobywają się zagadkowo błękitne, świetliste pasma mgły pełznące nieśpiesznie ponad pustynnymi piaskami. Po prostu nie mogłam się doczekać, aż historia Jessici Khoury porwie mnie w „tę arabską noc”.

I tak czekałam przez pierwszy rozdział, drugi, trzeci, dziesiąty… no i się nie doczekałam. Egzotycznej, bliskowschodniej kultury było jak na lekarstwo, bohaterowie mało wyraziści, pozbawieni siły charakteru i niedojrzali emocjonalnie, żadnych zaskoczeń, żadnych fajerwerków.

Znajdujemy się w świecie, gdzie ludzie i dżiny już od zarania dziejów toczą karkołomną wojnę. Światem duchów rządzi wyniszczający swój własny gatunek, potężny uzurpator, a na tron jednej z krain człowieka zęby ostrzy sobie pewien niegodziwiec. To świat, w którym siła woli ma moc sprawczą i jest tak naprawdę jedynym prawdziwym źródłem mocy. I właściwie tyle się o nim dowiadujemy.

Moim największym rozczarowaniem jest Aladyn – nieudana podróbka swego bajkowego pierwowzoru. Jest płytki, nieostrożny na granicy zuchwalstwa, nierozważny i zadufany w sobie, choć wierny pewnemu kodeksowi moralnemu. Żyje zemstą i kobiecymi wdziękami, i w jednym i w drugim ucieka od odpowiedzialności. Zapatrzony w siebie szpaner i bawidamek. Oczywiście jego życiowa filozofia zmienia się diametralnie gdy tylko spotyka miłość swego życia. Według swojego dżina obdarzony jest nieodpartym urokiem i „nie tylko panny na wydaniu padają ofiarą jego czaru”.

Drugą główną bohaterką jest Zahra – jedna z ostatnich najpotężniejszych dżinów, Tygrysi Ogon Zwinięty W Półksiężyc, Obłok Na Wietrze, Dziewczyna Rozdająca Gwiazdy. I choć sama koncepcja dżina-kobiety (dżinki? dżinnii?) budzi mój szowinistyczny sprzeciw, spodziewałam się istoty obdarzonej mądrością i roztropnością, jaką dać może jedynie 4000 lat doświadczenia. Otrzymałam za to trochę zgorzkniałą ciotkę, trochę nastoletnią trzpiotkę, która ulęgnąwszy chłopięcemu urokowi  psotnego łobuziaka, cała w pąsach umiera z ekscytacji podczas tarzania się z nim na trawie. Choć stale rozpamiętuje przeszłość, nie wyciąga z niej nauki.

Ale najgorsze, że sama historia nie porywa. Aladyn tak naprawdę sam nie wie czego chce, niby król oszustów, a podatny na manipulację niczym dziecko we mgle. Tak naprawdę nie poznajemy motywów czarnych charakterów, bo sama chciwość wydaje się być nieco płytka, jeśli bierzemy pod uwagę wszystkie ich niecne plany i starania. Sama opowieść ciągnie się jak flaki z olejem i tak naprawdę przez prawie 300 stron nic się nie dzieje. Ponadto wszystko wydaje się być bardzo powierzchowne – i ciemiężony lud, i walka o tron, i pragnienie zemsty i cały kreowany świat, który mimo opisów obiektów architektury, strojów i zwyczajów (które, co przyznaję, że im dalej w historię, tym stają cię coraz lepsze)  zdaje się być płaski daleki do realności, niczym wypłowiała teatralna dekoracja. Brakowało mi upału, smaków, kolorów i aromatów. Zostałam za to zabrana do spelunki tak pozbawionej cech charakterystycznych dla opisywanej kultury, że równie dobrze mogłaby znajdować się na Bliskim Wschodzie, co na Tatooine.

Ani na chwilę nie udało mi się wczuć w klimat i atmosferę stworzonego przez autorkę uniwersum. Z pewnością nie pomagają w tym pojawiające się błędy rzeczowe – w pewnym momencie Zahra utrzymuje, że dżiny nie mają cała, są zaledwie mgłą, dymem, obłokiem i mocą. Kilkaset stron dalej dowiadujemy się jednak, że wilki łakną ich mięsa. Nieudolni zamachowcy rozbierają się przed podjęciem próby mordu w wannie i mają czas się ubrać gdy zamach zostaje udaremniony przez straż (najwyraźniej strażnicy przed rozpoczęciem pogoni kulturalnie czekali, aż panowie się odzieją), a zwiewne suknie balowe mają kieszenie na tyle obszerne, że można w nich schować księgę (?!), której ciężar ani odrobinę nie krępuje powabnych pląsów. Podobnie niszczycielskie dla kreacji egzotycznej, bliskowschodniej krainy okazują się być wtrącane co jakiś czas, zupełnie współczesne powiedzonka, jak na przykład „Aladyn wyglądał jak milion talarów”, a slogan z reklamy kampanii społecznej „Nie wiesz, że palenie szkodzi tobie i osobom w twoim otoczeniu?” do dżina z lampy brzmi równie dobrze, jak harleyowiec na turnieju rycerskim.

To bajkowa opowieść o miłości i stracie, o poszukiwaniu szczęścia i konsekwencjach złych decyzji, o wolności, poświęceniu i podążaniu z marzeniami. Pełna niepewności i niechcianych zalotników, choć tak naprawdę brakuje w niej żarliwych emocji, a całość zdaje się być po prostu przegadana (może to wina pierwszoosobowej narracji?).

Jak każda bajka, kończy się iście bajkowo. Bo choć tym razem nie dochodzi do hucznego weseliska, to i czarny charakter został pokonany, i zło zostało odparte, i tron obejmuje prawowity władca. I nawet nie obawiam się, że tym akapitem popełniam jakiś niewybaczalny spoiler, bo to przecież coś, czego każdy czytelnik spodziewa się od samego początku.

Podczas czytania cały czas towarzyszyła mi myśl, że wszystko to już znam, o wszystkim już czytałam. I nie chodzi tu bynajmniej o samą opowieść o Aladynie i jego lampie, ani o jej disneyowskiej adaptacji. Poświęcenie życia dla ukochanej osoby, to temat iście sztampowy. Motyw złożenia swojej mocy na ołtarzu większego dobra też brzmi mi dziwnie znajomo, może dlatego, że jakiś czas temu skończyłam Trylogię Grisza. Właściwie co kilka stron mamy do czynienia z odgrzewanymi kotletami. I nie zrozumcie mnie źle – bardzo lubię odgrzewane kotlety, w przeciwnym razie nie sięgałabym po retelling. Ale w przypadku tej książki ich natężenie jest tak duże, że robi nam się kotletowa bajaderka (pasztet?), w dodatku kiepsko doprawiona. A to już zdecydowanie mniej apetyczne.

Całość nadaje się do czytania, bo i czyta się lekko i w miarę sprawnie, nie jest to jednak porywająca baśń, którą śledzi się z wypiekami na twarzy. Nie ukrywam, że ta książka nieźle mnie wymęczyła – za każdym razem, gdy odłożyłam ją choć na chwilę, nie miałam specjalnej chęci wracać do lektury. W moim odczuciu była nużąca i nudnawa, a koniec historii przyjęłam z odczuwalną ulgą. Szału nie robi, jest zaledwie przeciętna. A szkoda,  bo już sama koncepcja zapowiadała się świetnie.

Jessica Khoury, Zakazane życzenie, Warszawa: Wydawnictwo SQN, 2017, 352 s.

Czas na czytanie: „Ruina i rewolta” Leigh Bardugo

Trzeci tom Trylogii Grisza zdecydowania utarł spory kawałek mojego zarozumiałego nosa. Żywione przeze mnie podejrzenia okazały się być chybione (nieznacznie, ale jednak), a złośliwe żarty – naprawdę myślałam, że mimo tylu ochoczych adoratorów Alina umrze w czystości jak na świętą przystało – okazały się nie mieć pokrycia.

_20170620_213038

Cykl Bardugo jest bardzo dobrym przykładem rozwoju warsztatu pisarskiego – każdy kolejny tom jest lepszy, bardziej zaskakujący i dopracowany. Postacie ewoluują i dojrzewają, zyskujemy również szerszy ogląd na sytuację społecznopolityczną Ravki. Warsztat ten osiągnie mistrzostwo w kolejnej dylogii autorki – „Szóstce wron” i „Królestwie kanciarzy”.

Wbrew moim smętnym podejrzeniom, mimo sporych strat (pewnej ognistorudej postaci wciąż nie mogę odżałować) i krwi, która w tym tomie leje się całkiem wartkimi strumieniami, dostałam całkiem disneyowskie szczęśliwe zakończenie. Takie z białym welonem, biegającymi wokół dziećmi, domkiem na peryferiach i przyjaźniami aż po grób. I w sumie świetnie się składa, bo ja przecież lubię takie zakończenia. Najwyraźniej podobne przyciąga podobne.

Jeśli coś nie podpasowało mi w całej serii, to jest to tłumaczenie. Jasne, to zupełnie naturalne, że wolę to, do którego jestem przyzwyczajona, czyli po prostu to, które czytałam pierwsze. Jako, że zaczęłam czytać Bardugo od końca, jest to tłumaczenie Wojciecha Szypuły i Małgorzaty Strzelec z „Szóstki wron”. Wydaje mi się, że lepiej trafili z nazwami zakonów griszów i bardziej wystrzegają się długich i udziwnionych odmian. Jakoś lepiej mi brzmi „stal griszów” niż „griszaicka stal”, a „nowoziemczański zwyczaj” już zupełnie mnie przerasta. I przyznaję się tu do paskudnej hipokryzji, bo sama przecież wymyślam i używam masę przedziwnych odmian i słowotwórczych nazw jak „majojogurty”, czy „poddupniczek”. Ale to chyba po prostu rzecz gustu, a powszechnie wiadomo, że są gusta i guściki i się o nich nie dyskutuje ;)

Jakby ktoś się jeszcze zastanawiał nad sięgnięciem po tą serię, to polecam. Nie jest to może i mistrzostwo świata, ale na pewno świetna przygoda.

Leigh Bardugo, Ruina i rewolta, Słupsk: Wydawnictwo Papierowy księżyc, 2015, 437 s.

Czas na czytanie: „Szturm i grom” Leigh Bardugo

Jedno z marzeń mola książkowego – po przeczytaniu wciągającej pozycji móc od razu sięgnąć po drugą część. Jak dobrze, ze Trylogia Grisza jest już ukończona i po „Cieniu i kości” czekały na mnie dwa kolejne tomy. „Szturm i grom” wyczytałam w rekordowym tempie – głównie dlatego, że Maja coraz więcej bawi się sama <3

_20170607_171243

Darkling cudem przetrwał rzeź w Fałdzie Cienia. Stracił sporo ze swojego magnetycznego uroku, a na jego reputacji (i twarzy) pojawiła się spora rysa. Posiadł jednak nową, potworną moc, która pozostawia wszelkich jego przeciwników niemalże bez szans.

Bez większego problemu znajduje Alinę, która pod koniec pierwszego tomu zbiegła wraz z ukochanym za morze. Nie wiem czemu, ale czytając poprzednią część spodziewałam się, że nasi bohaterowie o statusie uchodźców poszukają schronienia w Kerchu (może ze względu na statek, którym uciekli z Ravki?) i czekało mnie spore rozczarowanie kiedy trafili do słynącego z uprawy jurdy Nowoziemska. Ta zmiana miejsca akcji nie trwała jednak długo.

Piraci, bitwy morskie i zadziorni książęta z aspiracjami na Leonarda da Vinci to coś, co zdecydowanie lubię, dlatego „Szturm i grom” wciągnął mnie już od drugiego rozdziału. I tym razem akcja rozwijała się dość równomiernie – nie było szczególnie wielu momentów zapierających dech w piersiach, ale nie było też przydługich, nudnych przerywników. Alina zyskuje pewność siebie, wyznawców, głód mocy, aspiracje i zalotników, co stopniowo odsuwa ją od Mala, który – jak na mężczyznę przystało – smutki i frustrację topi w alkoholu i samczych przepychankach. Przyzywająca Światło dzięki nowemu przyjacielowi zyskuje przychylność króla i staje na czele zupełnie jawnego ruchu oporu. Ale jak na historie Bardugo przystało – misterne plany nigdy nie mają szansy ziścić się co do joty, a co zakończenie, to zaskoczenie. I tak trzymać, bo chociaż wiem, że ta seria nie zajmie wysokiego miejsca w rankingu moich ulubionych młodzieżówek, to do ostatniej części trylogii już świerzbią mnie palce.

Leigh Bardugo, Szturm i grom, Słupsk: Wydawnictwo Papierowy księżyc, 2014, 453 s.

Czas na czytanie: „Cień i kość” Leigh Bardugo

Tęsknotę za Ketterdamem i pustkę po zamknięciu „Królestwa kanciarzy” postanowiłam zapełnić nadrabiając Trylogię Grisza, która już zdecydowane zbyt długo leży wyrzutem sumienia na mojej komodzie (niedługo w zaczną się niecierpliwić w bibliotece…).

Od samego początku wiedziałam dobrze, że to nie będzie to samo i że narobiłam sobie strasznych spoilerów ale to zawsze jakaś namiastka. Jeśli jest możliwość pozostania w świecie Bardugo o trzy książki dłużej, to nie zamierzam zmarnować ani jednej strony.
Spoilery faktycznie są i to całkiem spore. Mi osobiście ten fakt zupełnie nie przeszkadza, bo nastawiałam się na traktowanie Trylogii Grisza jako prequel do „Szóstki wron”. Jednak jeśli ktoś nie lubi znać (a przynajmniej się domyślać) zakończenia, zdecydowanie odradzam czytanie „Królestwa kanciarzy” przed zabraniem się za tą trylogię.

_20170420_182557

Akcja „Cienia i kości”, pierwszej części trylogii, toczy się we wzorowanej na carską Rosję Ravce, gdzie poznajemy niepozorną sierotkę Alinę i jej przyjaciela Mala – Łamacza Niewieścich Serc służących w szeregach Pierwszej Armii. Chwila śmiertelnego zagrożenia diametralnie zmienia ich przecietne życie – Alina odkrywa w sobie moc, której nikt się nie spodziewał, uzyskuje protektorat najpotężniejszego człowieka w kraju i w mgnieniu oka ląduje w samym środku pałacowych intryg i walk o władzę. Oderwana od kompana z dzieciństwa, zagubiona w środowisku, którego nie zna próbuje odnaleźć swoje miejsce w świecie. Jej potęga zdaje się być zbawieniem dla ojczyzny, jednak wykorzystana w niecnym celu może przynieść zgubę całemu światu. Komu ufać, a kogo się obawiać? Kto jest prawdziwym przyjacielem, a kto pragnącym jej mocy wrogiem?

Podziwiam Bardugo za jej wyjątkową umiejętność kreacji fantastycznych światów, które (być może dzięki inspiracjom czerpanym z rzeczywistości) wydają się być najzupełniej realne. Zwyczaje i obyczaje, potrawy, klimat, języki, style ubierania się, legendy i wierzenia– wszystko zostało dopracowane w jak najmniejszym szczególe. I chociaż całe swoje serce oddałam Ketterdamowi, Ravkę zwiedziłam z prawdziwą przyjemnością.

Uwielbiam też pomysł autorki na magię, która potraktowana została niezwykle pragmatycznie. Grisza – osoba, która urodziła się z wyjątkowymi talentami – to tak naprawdę naukowiec dostrzegający więcej niż przeciętny, nieobdarzony człowiek. Spowalnianie rytmu serca, łączenie cząsteczek, manipulowanie żywiołami poprzez subtelne zmiany ciśnienia – magowie zaprzęgani są do zupełnie codziennych czynności, zatrudniani na okrętach, w wojsku i warsztatach rzemieślniczych.

Ta powieść to również cała paleta świetnie skrojonych postaci – zagubiona Alina, która jednak da się lubić, pociągający, pełen zwierzęcego magnetyzmu, mroczny Darkling, piękna i frywolna Genia, oddany i zazdrosny Mal oraz okrutny, świadomy swojej potęgi Ivan – jest w czym wybierać.

A mimo tych wszystkich zalet, po lekturze pierwszego tomu jestem nieco sceptyczna – zupełnie zaskoczył mnie rytm fabuły – z początku wszystko powoli się rozkręca aż do momentu, w którym po prostu nie mogłam się oderwać od lektury mimo późnej pory i świadomości nieuchronnej pobudki bladym świtem (magnetyczna aura Darklinga działa najwidoczniej nie tylko na griszów), a potem nagle wszystko jakby traci cały swój potencjał. I mimo pościgów, dramatycznych ucieczek i karkołomnych poszukiwań akcja wydaje się ciągle zwalniać, brakuje tego specyficznego napięcia, które osiągnęło kulminacyjny moment gdzieś pośrodku powieści i teraz już tylko się wytraca.

No i suma summarum jestem trochę skonfundowana, choć z pewnością nie powstrzyma mnie to przed kontynuacją cyklu. Nie przepadam za porzucaniem historii w połowie, jestem na to po prostu zbyt ciekawska. No i końcówka pozwala mi mieć nadzieję na powrót do Ketterdamu (albo chociaż do Kerchu) za co mocno trzymam kciuki sięgając po drugi tom.

Leigh Bardugo, Cień i kość, Słupsk: Wydawnictwo Papierowy Księżyc, 2013, 380 s.

P.S. Okładka to prawdziwy koszmarek. Szczególnie w porównaniu z angielską wersją. Grafik chyba płakał jak projektował. A już na pewno ja płaczę na widok oprawy graficznej tej serii :(

Czas na czytanie: „Królestwo kanciarzy” Leigh Bardugo

Miałam nie czytać drugiego tomu „Szóstki wron” dopóki nie nadrobię Trylogii Grisza, żeby nie robić sobie spoilerów, ale oczywiście pokusa okazała się być silniejsza od mojej (słabej) silnej woli.

Obawiałam się trochę, że w drugim tomie przygód Kaza i jego radosnej gromadki, akcja powieści przeniesie się do Ravki. Całe szczęście autorka mi tego nie zrobiła i otrzymałam prawdziwie końską dawkę mojego ukochanego Ketterdamu. Nie potrafię nie wielbić tego miasta – brudna, mroczna, wilgotna wyspa, której mieszkańcy czczą boga handlu i każdą swoją aktywność podporządkowują pomnażaniu zysków. Wczuwając się w tą literacką wedutę, po mistrzowsku wykreowaną przez Panią Bardugo, za każdym razem wracają wspomnienia i wrażenia, jakie wywarła na mnie Wenecja – miasto sukcesu i upadku, pełne zachwycającej sztuki i wybujałej architektury, miasto kupców i złoczyńców, pobożne i pragmatyczne jednocześnie. Eteryczne i nietrwałe, skąpane w niepokojącym zielonkawym blasku odbijającym się od mulistej wody kanałów. Nadgniłe, mieszające smakowite zapachy egzotycznych potraw ze słodkim odorem rozkładu.

Kryjówka na cmentarnej wyspie (chociaż na Isola di San Michele brakuje krypt rzeźbionych na podobieństwo statków, czytając o Czarnym Woalu, stale szukałam w pamięci podobieństw), kościane lampy i trupie barki poruszające się po kanałach niczym łodzie Charona są idealnym dopełnieniem niepokojącego klimatu i przypominają mi o pewnym uporczywym pytaniu: „Miasto miłości, czy miasto śmierci?”. Labirynt kanałów, miasto-zagadka. Fascynujące i uwodzące podróżnych atmosferą tajemniczości. Uwielbiam.

W „Szóstce wron” czytelnicy dowiedzieli się całkiem sporo o przeszłości Niny i Matthiasa oraz Kaza i Inej, tym razem przyszedł czas na zgłębienie smutnej, pełnej zakłamania historii Wylana i poznanie wszystkich grzeszków Jespera. I jak po pierwszym tomie wszystkie pary lubiłam chyba na równi, tak obecnie Jasper i Wylan są zdecydowanie moim numerem jeden.

IMG_20170603_124550_123

„Królestwo kanciarzy” to jeszcze więcej niecnych planów, pościgów po dachach, strzelanin, wybuchów, zamętu i niszczenia własności publicznej. To też heroiczna walka ze swoimi słabościami, płonną nadzieją i rozpaczliwe próby ochrony bliskich. Bo im plan bardziej skomplikowany, tym więcej rzeczy może się nie udać. Szczególnie, że kiedy jesteś ścigany listami gończymi wrogiem staje się każdy mieszkaniec twojego miasta skuszony obietnicą wysokiej nagrody.

Zakręcona akcja nie zwalnia ani na minutę, dzięki czemu niemalże 600 stron czyta się dosłownie jednym tchem.

Już tęsknię za tą bandą nicponi, chętnie wzięłabym udział w ich kolejnych przygodach. Kto wie, może autorka jeszcze kiedyś pozwoli nam do nich wrócić? Zawsze chętnie wybiorę się na małą wycieczkę do Ketterdamu.

I jeszcze na koniec parę słów o okładce, bo w przypadku tak pięknie wydanej książki nie można tego pominąć. Drugi tom jest równie dopracowany co pierwsza część, i chociaż projekt okładki „Szóstki wron” podobał mi się odrobinę bardziej i czarne brzegi stron były moim zdaniem nieco bardziej klimatyczne, to „Królestwo kanciarzy” prezentuje się imponująco. Aż mi trochę żal, że obie części wypożyczyłam z biblioteki, bo fantastycznie prezentowałyby się razem na półce. Gdybym tylko miała jakąś wolną półkę.

Leigh Bardugo, Królestwo Kanciarzy, Warszawa: Wydawnictwo MAG, 2017, 608 s.