Czas na czytanie: „Kobieta dość doskonała” Sylwia Kubryńska

Oto i ona – książka, którą kiedyś wygrałam jako niespodziankę w pewnym facebookowym konkursie. Czytałam o niej sporo pozytywnych opinii więc do lektury podeszłam entuzjastycznie. Za pierwszym razem nie udało mi się wciągnąć i odłożyłam ją na lepsze czasy. Tak samo było również za drugim i trzecim razem – po prostu już po 50 stronach miałam dość. Spodziewałam się czegoś z ironicznym humorem i sporą dawką dystansu. A dostałam, no cóż, gniota.

Do kolejnego podejścia zainspirowało mnie jedno z wyzwań wakacyjnego bookAThonu – ta pozycja była pierwszą, która przyszła mi do głowy po przeczytaniu hasła „zła książka”. I chociaż było ciężko, zawzięłam się i zmęczyłam ją do końca, chociaż trwało to ponad trzy dni i nieco pokrzyżowało moje maratonowe plany.

IMG_20170705_212142_854

„Kobieta dość doskonała” to opowieść o uniwersalnej bohaterce o wielu imionach (a może po prostu ja gdzieś się w pewnym momencie pogubiłam), będącej trochę sobą, a trochę każdą z polskich kobiet. Kasia jest również Zosią, a także córką, dziewczyną, narzeczoną, żoną, matką polką i babką. Jest specjalistką od odejmowania błędnych życiowych wyborów i magnesem na wszelkie zawirowania.

To smutny portret dziewczynki z rozbitej rodziny, dorastającej w czasach PRLu, która samotnie mierzy się z pierwszymi (i kolejnymi) kompleksami kobiecości. Nikomu nie ufa, nie potrafi odpoczywać, stale obarcza siebie coraz to kolejnymi obowiązkami. Jest zakompleksiona, chaotyczna i beznadziejna w planowaniu. Żyje ciągłymi skurczami w pogoni za nieosiągalnym ideałem. Miota się od euforii do rozpaczy, od tragedii do tragedii i wszystkie dokładnie rozpamiętuje wpędzając się w coraz głębszy dołek. A za całe swoje psychiczne rozedrganie i życiowy bałagan oskarża praktycznie wszystkich ludzi, których spotkała na każdym kolejnym etapie swojego rozwoju.

Niestety, moim zdaniem ta powieść to po prostu bełkot. Jeden wielki ciąg niepoukładanych emocji, pełen przesady, patosu i egzaltacji. I kiedy bohaterka jest jeszcze nastolatką, tego typu narracja jest do przyjęcia. Ale kiedy cieleśnie (wreszcie!) wyrasta z tego okresu, mentalnie nie podlega żadnemu rozwojowi i staje się po prostu potwornie męcząca. Podobnie jak składnia, stylistyka i porównania autorki.

Co ja tu, kurwa robię?!
Człowiekowi niełatwo jest zrozumieć, co on tu, kurwa, robi. Człowiek może sobie takie pytanie powtarzać jak mantrę, ale odpowiedzi nie zna. Człowiek w przestrzeniach wewnętrznych może się trząść jak zmarznięty ratler, ale wewnętrznych przestrzeni nie opuszcza. Trzęsie się więc, ale przecież biega, biega jak w kołowrotku. A póki biega (choćby w kółko), zdaje mu się, że w tej bieganinie jest jakiś sens.
Żeby ujrzeć obraz, trzeba opuścić jego ramy.
Ale człowiek ram nie opuści, człowieka z tych ram musi coś wyrzucić, wystrzelić brutalnie a boleśnie.”

I tak dalej i tak dalej. Prawie 300 stron obramowanego zmarzniętego ratlerka w kołowrotku bezsensu. I nasuwa się refleksja: „Co ja czytam?!”.

Ani przez sekundę nie udało mi się utożsamić z żadnym z bohaterów tej książki, nie nawiązaliśmy najcieńszej nawet nici porozumienia, chociaż naprawdę się starałam. Czasem wydawało mi się, że już, już będziemy miały jakąś wspólną cechę, ale wszystkie te momenty kończyły się totalnym rozczarowaniem.

Może mój problem w zrozumieniu sytuacji głównej bohaterki tkwi w tym, że jest ode mnie kompletnie różna – jak mogłabym ogarnąć wszystkie te małe wielkie tragedie, skoro sama jestem typową „dziewczynką z dobrego domu”, która wychowała się w szczęśliwej i kochającej rodzinie, w dużym mieście, w czasach kapitalizmu, a w dzieciństwie nigdy nie widziała wódki na stole? Jak mogłabym zrozumieć te dramaty samoakceptacji, kiedy moja mama nie miała najmniejszego problemu, by porozmawiać ze mną o miesiączce, a poza oczywistymi wymaganiami samych piątek i grzecznego dziewczyńskiego zachowania wpoiła mi również sporą dawkę pewności siebie, wiarę we własne możliwości, umiejętność podejmowania decyzji i akceptację samej siebie. Wiadomo, że kiedy przyniosłam do domu nieszczęsne cztery z plusem zawsze słyszałam „A co dostała Asia?”. Wiadomo, że zawsze towarzyszyły mi większe lub mniejsze kompleksy, ale mimo to zawsze bardzo Asię lubiłam i podziwiałam jej trud włożony w naukę, a eksperymenty z farbowaniem włosów i pierwszym makijażem były zawsze wyłącznie dobrą zabawą, a nie desperackimi próbami naprawienia błędów natury.

Może jestem ze zbyt młodego pokolenia. Może miałam „zbyt dobre” dzieciństwo i zbyt wiele do powiedzenia i dlatego kompletnie mi ta książka nie leży?

A może to dlatego, że znalazłam sobie fantastycznego męża i nie mam problemu z poproszeniem go o pomoc, ani (o zgrozo!) z oddaniem mu części domowych obowiązków, żebym mogła sobie (o zgrozo na z zgrozami!) odpocząć?

Ale jakoś mimo wszystko nie żałuję.

Owszem, zgadzam się, że stały pościg za nieosiągalnymi ideałami prowadzi do samooceny, i mnie w moim, jak na razie bardzo krótkim, życiu zdążyła już dopaść deprecha (chociaż w porównaniu z opisywanym w tej książce przypadkiem jestem oazą spokoju i mistrzynią zen całkowicie pogodzoną z kosmosem). Ale wobec tego mamy się nie starać? Zaniżać do „gorszych” zamiast starać się dorównać „lepszym”? Z własnego doświadczenia wiem, że babskie emocje są trudne do opanowania, ale w połączeniu z odrobiną zdrowego rozsądku potrafią stać się olbrzymią siłą napędową. Bo nie da się ukryć i „jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”, a biadolenie nad złem tego świata w niczym nie pomoże.

Dlatego dzięki Ci Mamo, za wspaniałe dzieciństwo i za wspaniałego Tatę i świetne dzieciństwo, nawet kiedy raz za razem planowałam ucieczki z domu (bo przecież tak mi w nim źle, skoro rodzice każą odrabiać lekcje i zachowywać się przywozicie, zamiast skakać po drzewach do późnej nocy i zachowywać się „jak chłopak”). Dzięki wam za to, że jestem „dziewczynką z dobrego domu” i że mogę spokojnie uznać tą książkę za beznadziejną, bo nie o mnie. I wiecie co? Zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby moja córka też taka była. Bo mam na to wpływ.

_20170706_161828

I jeszcze jedna przemądrzała uwaga do autorki:

Ze szpitala poszłyśmy z matką do kościoła i tam zobaczyłam ten obraz, „Sąd Ostateczny” Memlinga, I wtedy dopiero poraził mnie piorun wszetecznej, pierwszej i w swoim pierwszeństwie absolutnie niedorzecznej miłości. Piekielnym zrządzeniem sił zmagających się na obrazie, pojęłam występną, acz wielce kuszącą urodę „poliamoryzmu”. Zakochałam się bowiem w diabłach, w aniołach, w potępieńcach, w Jezusie nawet trochę, a przede wszystkim w tej rudej spod deski. I jakby było tego mało, dalej się zakochiwałam, na łeb na szyję leciał przebrany za Neptuna Amor i przebijał trójzębem kolejne moje serca, skazując jednocześnie na potępienie miłosne. I tak pokochałam ramę, a właściwie trzy ramy obrazu, z rozpędu pokochałam Pietę z kapliczki po prawej, zakochałam się też w surowej posadzce, w niebotycznych sklepieniach, przepadłam wśród posępnych ław i zapachu kamienia, totalnie oszalałam na punkcie ciemnej cegły i strzelistych wież, a główna, ta monumentalna, na którą się wspięłam, wręcz zawróciła mi w głowie.

Pani Sylwio, pani bohaterka nie mogła w latach 80., ani tym bardziej 90. zobaczyć obrazu „Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga „w kościele” (mniemam iż chodzi o Kościół Mariacki), gdyż od 1958 roku ołtarz ten był przechowywany w Muzeum Pomorskim (dziś Muzeum Narodowe w Gdańsku). Wiem, że obejrzenie obrazu w świątyni jest znacznie romantyczniejszą wizją, ale jednak w takiej sytuacji mało realistyczną. Chyba, że Kasia przeżyła swoją małą ekstazę pod wpływem bardzo kiepskiej dziewiętnastowiecznej kopii, która obecnie się tam znajduje, ale to uważam za jeszcze mniej realistyczne. Wiem, wiem – trochę się czepiam, ale jakoś nie potrafię się powstrzymać.

Suma summarum z całej książki za wartościowe uważam dosłownie kilka stron, do których niezwykle trudno się dostać, bo wymaga to przebrnięcia przez skłębioną masę infantylnej emocjonalnej burzy bez szansy na jakikolwiek rozwój. Po prostu szkoda czasu na tego gniota.

Sylwia Kubryńska, Kobieta dość doskonała, Poznań: Wydawnictwo Czwarta Strona, 2015, 286 s.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO ”Czas burzy” Adrian Grzegorzewski

Nigdy nie byłam wielbicielką powieści wojennych. Tak naprawdę jedyną książką w tym klimacie, którą w życiu czytałam, jest „Złodziejka książek”. Moja przerośnięta wrażliwość sprawia, że smutno mi na widok gołębia z jedną nogą, wyobraźcie sobie zatem do jakiego stanu doprowadzają mnie okropieństwa wojny. Dlatego też nigdy nie sięgnęłam po „Czas tęsknoty” – pierwszą część historii Grzegorzewskiego. Do zapoznania się z tą lekturą przekonała mnie jednak obietnica poczucia choć przez chwilę klimatu okupowanej Warszawy. No i, nie ukrywajmy, chęć spróbowania czegoś nowego.

_20170424_144905

I nie rozczarowałam się, bo Warszawa w tej książce jest cudowna. Czarowne i śmiertelnie niebezpieczne miejsce, w którym w jednym momencie gruchasz z ukochaną nad brzegiem Wisły, a w drugim ukrywasz się po podwórkach przed śledzącym Cię uzbrojonym nieznajomym. A pragnienie zjedzenia pączka w eleganckim i kultowym lokalu Bliklego, może się skończyć tragicznie. To też miasto, w którym można zorganizować prywatny seans kinowy w środku nocy dla swojej świeżo upieczonej narzeczonej. Miasto wielu twarzy, nieprzewidywalne i magiczne, z wyjątkowo rozbudowanym aparatem konspiracji. Tym bardziej bolał akt bezwzględnego zniszczenia, jaki dokonywał się na tym pięknym mieście podczas opisywanego powstania. Ludzie, miejsca, urok i historia zmiecione z powierzchni ziemi – to coś, czego, podobnie jak mieszkańcy z kart powieści, nie mogłam powstańcom wybaczyć.

Choć nie znałam wcześniejszych losów bohaterów, nie czułam się z tego powodu zdezorientowana. Najważniejsze wydarzenia z ich przeszłości zostały nienachalnie wspomniane wprowadzając nowego czytelnika w temat, a wzajemne relacje i portrety psychologiczne głównych postaci szybko dały się poznać podczas okrutnej i zaskakującej gry losu, którą wojenna zawierucha zgotowała bohaterom Grabowskiego. I mimo, że nie udało mi się polubić żadnej z pierwszoplanowych postaci – ani zmiennego uczuciowo Piotra, niby wiernego, a jednak kochliwego bawidamka, ani egzaltowanej i nadmiernie bohaterskiej Swiety, ani narwanej i nieco dwulicowej Marty – nie byłam w stanie nie przejąć się ich losem i im nie współczuć, choć ten romansowy trójkąt (a momentami czworo-, a nawet pięciokąt) budził we mnie niesmak. Uwielbiam za to drugoplanowe sylwetki starego, doświadczonego przez życie Witalija i znającego granice Kuby „Hucuła”.

Tak uwielbiana przeze mnie malowniczość opisów, w przypadku tej powieści okazała się być mieczem obusiecznym – bo autor jest w tym świetny. Ale równie obrazowo opisuje piękno krajobrazu, klimat miasta i bestialstwo mordów. Przy lekturze wyobraźnia działa na pełnych obrotach. Nie ukrywam, że moja wrażliwość na krew i tragedię została wystawiona na ciężką próbę. Ale wiedziałam, na co się piszę i ani trochę nie żałuję.

Bo odmalowany przez Grabowskiego świat, choć przecież fikcyjny, wydaje się być przerażająco bliski i prawdziwy. Pomaga w tym niewątpliwie częste nawiązywanie do historycznych postaci i wydarzeń oraz wyszperane w odmętach historii i wspomnień „smaczki” jak żółwie w roli chodzących konserw, czy paczki od Bliklego wysyłane na Pawiak. Podobnie jak szczęśliwe zakończenie bez szczęśliwego zakończenia. Życie i bajki to w końcu dwie zupełnie inne rzeczy, ale nie tylko hollywoodzki happy end może dać spokój i szczęście. A szczęście, o dziwo, może istnieć mimo bólu, straty i tęsknoty.

Co mi się nie podobało? Prorocze sny i rozmowy z duchami to już zupełnie nie moje klimaty. Nawet jeśli tego rodzaju paranormalne zdarzenia dzieją się jedynie w głowach bohaterów i są sposobem na radzenie sobie z traumą, swoistym katalizatorem pozwalającym uporać się z ogromem straty i samotności. Moim zdaniem takie zbiegi bardziej szkodzą fabule niż pomagają.

Ta opowieść to nie tylko historia trójki zakochanych szukających swojego szczęścia mimo przeciwności losu, ale przede wszystkim obraz miłości samej w sobie. To historia miłości w starciu z hekatombą wojny. Miłości romantycznej, przyjacielskiej i rodzicielskiej. To historia o nadziei i jej utracie. O niestrudzonych poszukiwaniach, o wolności i o wierności, o marzeniach i o pragnieniu zemsty. O niewyobrażalnym okrucieństwie, do jakiego potrafi posunąć sie człowiek. O strachu i niepewności jutra. O próbach ocalenia siebie podczas gdy wszystko wokół sypie się w gruzy. I jednocześnie o pomocy innym nawet za cenę utraty samego siebie.

Barwo panie Grzegorzewski, na pewno szybko nie zapomnę pańskiej książki! I choć na pewno nie polubię tego gatunku, to warto było przeczytać każdą stronę i każde zdanie „Czasu burzy”.

Adrian Grzegorzewski, Czas burzy, Kraków: Wydawnictwo Znak Między Słowami, 2017, 411s.
(premiera 26 kwietnia 2017)

Za możliwość lektury dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

Czas na czytanie: „Bramy Światłości” Maja Lidia Kossakowska

14 dni. Tyle dokładnie zajęło mi wytrawianie w noworocznym postanowieniu o nie kupowaniu nowych książek dopóki nie wyczytam wszystkich zachomikowanych na regale (i w szafkach, koło łóżka, na komodzie i w kartonie). A potem nieopatrznie weszłam do empiku „tylko popatrzeć” i zgrzeszyłam. Bardzo dziękuję Pani Kossakowska za czynienie zwykłemu szaremu człowiekowi takich pokus i pisanie kolejnych części „Zastępów Anielskich”, żeby zwykły szary człowiek im ulegał i bankrutował. Bo po „Bramy Światłości” sięgnęłam w ciemno i bez wahania udałam się świńskim truchtem w stronę kasy. Nie darowałabym sobie zostawienia nowych przygód moich aniołków samotnych na sklepowym regale.

_20170130_090238

I tutaj trochę się zwiodłam, bo, poza Daimonem, moich ukochanych aniołków było w „Bramach Światłości” jak na lekarstwo. Pierwszym rozczarowaniem, już na pierwszych stronach, okazało się wprowadzenie nowego bohatera – podróżniczki, byłej uczennicy Razjela, w której Książę Magów był zakochany, a która w swej zarozumiałości odrzuciła jego zaloty. Sorry, ale zawsze uważałam, że Razjel kręci z Gabrielem – tak, jestem z tych skrzywionych – a tu niespodziewanie wtrynia mi się jakiś babsztyl. I to w dodatku zupełnie nieciekawy i pretensjonalny. Bardzo mi to nie w smak, ale trudno. Prawdę mówiąc nawet nie zapamiętałam jej imienia.

Owa podróżniczka przynosi swojemu byłemu mistrzowi wieść, iż gdzieś daleko daleko w Sferach Poza Czasem natknęła się na obecność Jasności. By to potwierdzić Gabriel wysyła straceńczą ekspedycję z Daimonem na czele. Akcja powieści toczy się w niegościnnych rejonach, do których wpływy królestwa niemalże nie docierają. Podczas ich kreacji autorka sięgnęła po mitologię indyjską, zatem przemierzane krainy zamieszkane są przez poddanych Brahmy, Waju, Rudry, Jamy i innych bogów hinduistycznych. Z jednej strony były to dla mnie niemal zupełnie nowe tematy, bo jednak zdecydowanie bardziej jesteśm obcykana w mitologii greckiej i rzymskiej, zatem dowiedziałam się wielu nowych rzeczy (słowniczek z tyłu książki okazał się bardzo pomocny). Z drugiej jednak jestem mocno przywiązana do klimatu początków cyklu – po prostu uwielbiałam te wszystkie przekręty wśród anielskiej elity Hajot Hakados, niebiasko-głębiańskie spiski i pałacowe knowania. Całą lekturę tęskniłam za archaniołami, bo sceny z ich udziałem można było policzyć na palcach jednej ręki – podobne uczucie do lizania cukierka przez papierek. A kolejne śmiertelnie niebezpieczne przygody prowadzonej przez Daimona wycieczki i kolejne cudowne ocalenia pod koniec stały się już nieco nużące.

I mimo, iż moje oczekiwania chyba trochę przerosły tą pozycję, to pochłonęłam ją w mgnieniu oka i z niecierpliwością czekam na tom drugi. To już chyba nieuleczalny nałóg.

Maja Lidia Kossakowska, Bramy Światłości. Tom 1, Lublin: Fabryka Słów, 2017, 512 s.

Czas na czytanie: „Primabalerina” Doroty Gąsiorowskiej

_20160317_123354.JPG

Pierwszym, co powinno zostać wyraźnie podkreślone i co mnie nieco zaskoczyło, jest fakt, iż to nie jest zła książka. Naprawdę. Mimo, że męczyłam ją i męczyłam i przemęczyć nie mogłam. Ale od początku: Pamiętając „Obietnicę Łucji” pani Gąsiorowskiej, którą miałam przyjemność czytać jakiś czas temu, po „Primabalerinie” nie spodziewałam się fajerwerków, a raczej trochę przesłodzonej, sielskiej historii. Tym razem również zachwyciłam się przeromantyczną okładką i śliczną czcionką – już po niewykończonym egzemplarzu recenzenckim miałam pewność, że to będzie naprawdę ładnie wydana książka. Spodziewałam się lekkiego, babskiego, troszkę naiwnego romansidła i w dużej mierze to dostałam.

Na dzień dobry znielubiłam główną bohaterkę, co nie jest u mnie rzeczą bardzo zaskakującą, jako że bardzo rzadko identyfikuję się z głównym bohaterem, a jeśli jest on kobietą, to już praktycznie nigdy (być może drzemie we mnie mały szowinista). Ale Nina wyjątkowo działa mi na nerwy – śliczna, skromna, zahukana, nieświadoma siebie panna, co chce, a boi się, nijaka, niepewna, ogólnie flaki z olejem. Przez większą część książki miałam nadzieję, że jest to jednak ukryty kryminał i jej przyjaciel – Pozytywny Igor (którego nie sposób było nie polubić) w końcu ją zamorduje. Albo chociaż odbije jej chłopaka (swoją drogą również zupełnie nijakiego z charakteru, choć oczywiście boskiego, bo przecież to babska lektura, więc obiekt westchnień musi być boski). Ale niestety. Zupełnie nie rozumiem, po co mu była ta mimoza.

Ale mimo niechęci do Niny książkę się bardzo dobrze czyta – wciąga, nie jest nudna, pełna plastycznych opisów, z nieco niesamowitą rodzinną historią. Wielki plus za Lwów w tle. Uwielbiam, kiedy akcja książki dzieje się w jakimś magicznym mieście, a autorce doskonale udało się tą magię przekazać. Nigdy nie byłam na Ukrainie, a po tej lekturze naprawdę nabrałam ochoty na wycieczkę.

Dlaczego zatem nie mogłam tej książki domęczyć do końca przez miesiąc? I równie długo nie mogłam nic o niej napisać? Jest jeden duży minus w stylu pisania Doroty Gąsiorowskiej, który niestety mnie odrzuca – autorka czasami odlatuje. Czytam chętnie, całkiem dobrze wciągnięta w fabułę, dialogi, sytuację, opisy aż tu nagle: „Mała wrażenie, że mogłaby się w tym szczęściu zatracić bez reszty, wykąpać bezwstydnie naga jak w środku nieokiełznanego wodospadu”. Jedno kiczowate zdanie wyjęte rodem z babcinego harlequina albo innej Sagi o Ludziach Lodu kompletnie wybija mnie z rytmu. Jedno przesadzone zdanie ni stąd ni zowąd sprawiało, że odkładałam książkę z niesmakiem i przez tydzień nie mogłam się zmusić do kontynuacji lektury. Zwłaszcza, że tego rodzaju „wzniosłe wtrącenia” jakoś zupełnie nie wpisują się w język „Primabaleriny”, choć może trochę pasują do klimatu. Może jestem przewrażliwiona i przesadzam, to w końcu typowo babska lektura i powinnam się tego spodziewać, ale tego typu niespodzianka mniej więcej co sto stron nie pozwoliła uznać mi tej książki za naprawdę przyjemną. Ale to pewnie rzecz gustu.

Dorota Gąsiorowska, Primabalerina, Kraków: Znak Literanova, 2015, 437 stron.

Za możliwość lektury dziękuje wydawnictwu Znak.

Czas na czytanie: „Są miejsca, w których nie rosną róże” Anny Marii Sutkowskiej

Z cyklu: „Czas na zaległe recenzje”.

Po szczęśliwym uporaniu się z sesją w końcu muszę wygospodarować kilka chwil na krótkie podsumowanie tego, co czytałam udając, że się do wspomnianej sesji uczę. Tym razem krótko o krótkim:

Nowela z założenia ma być krótką formą literacką, w tym przypadku miałam jednak wrażenie, że zaburzone zostały pewne proporcje. Akcja zaczęła się ciekawie, powoli się rozwijała pozwalając czytelnikowi poznać bohatera i jego sytuację. I nagle nastąpiło cięcie – brutalny zwrot akcji, który moim zdaniem zaburzył harmonię utworu. Być może takie było założenie autorki i gwałtowne zakończenie miało być wstrząsem, może rodzajem katharsis. Nie mogłam jednak oprzeć się wrażeniu, że zbliżając się do wyczerpania limitu stron maszynopisu trzeba było po prostu szybko zakończyć historię. Trochę szkoda, bo moim zdaniem interesująca tematyka i sposób jej rozważania miał potencjał na bardziej rozbudowaną końcówkę. Niemniej jednak literacko i treściowo jestem zadowolona z lektury. Tylko (jak zwykle zresztą) w książce za szybko skończyły się kartki.

Anna Maria Vanitachi, Są miejsca, w których nie rosną róże, Milicz: Wydawnictwo The Cold Desire, 2014, 93 strony.

Czas na czytanie: „Jedenaście tysięcy dziewic” Joanny Marat

Uwielbiam czytać książki, które przenoszą mnie do innych rzeczywistości i nieistniejących światów, dzięki którym choć przez chwilę mogę żyć w innych czasach i dalekich krajach. Nie spodziewałam się, że tak przyjemnie będzie zagłębić się w lekturę, której akcja dzieje się wcale nie daleko, bo w moim mieście i wcale nie tak dawno, bo dopiero co.

 DSC_1416  DSC_1358~2

Autorka daje nam chwilowy wgląd, niewielki rzut oka na życiowe zakręty kilku, pozornie niezwiązanych ze sobą kobiet:
– Gosia, która po rozstaniu z mężem alkoholikiem Kubą, szuka szczęścia Wieśkiem – znajomym jeszcze ze szkolnej ławki i mężem Anny.
– Ania – chora na raka nieślubna i niechciana córka cyrkówki zostaje porzucona przez męża. Kocha niebieski kolor we wszystkich odcieniach i swoją pracę badawczą w tematyce „Pięknej Śmierci”, której w Gdańsku przecież dostatek. Odważa się przebić przez szorstką skorupę syna swego promotora i dwukrotnego wdowca – Svena.
– Roma – zakochana w sobie teściowa Gosi, która po życiu pełnym płomiennych romansów na starość zostaje sama, a najlepszym przyjacielem okazuje się być jej były mąż.
– Honorata – za namową przyjaciółki Moniki zmienia swoje życie, zrywa pępowinę i w wieku 40 lat zaczyna układać sobie życie po swojemu.

Ich historie i perypetie ich rodzin są rozciągnięte w czasie, wydają się nie być ze sobą powiązane (a jeśli nawet, to bardzo cienką i słabą nicią). Łączy je samotność, poszukiwanie szczęścia i zagmatwana sytuacja rodzinna, przyjaźnie i animozje. Wreszcie łączą je zupełnie przypadkowe spotkania i zanurzenie w historii i klimacie miasta, które wciąż jeszcze podnosi się gruzów wojny, które zupełnie nagle, ni z tego ni z owego zostało zmuszone do całkowitej zmiany tożsamości i odbudowane jako, paradoksalnie, „od zawsze polskie”. Miasta klimatycznego i nieco upiornego, nad którym wciąż jeszcze wisi widmo „Złotego Wieku” odbijające się w zrekonstruowanych złoceniach kamienic. Miasta zwycięskiego i przegranego. Jednocześnie historycznego i nowoczesnego, wolnego i socjalistycznego, hermetycznie zamkniętego i otwartego na świat, trwającego niezmiennie od tysiąca lat i ulegającego ciągłym zmianom.

Książka dziwna, bo trudna do jednoznacznego zidentyfikowania, niesamowicie wciągająca, a poprzez poruszenie powojennej traumy (tym razem tej będącej w udziale kobiet), od pierwszej strony, robi piorunujące wrażenie.

Joanna Marat, Jedenaście tysięcy dziewic, Warszawa: Pruszyński i S-ka, 2015, 452 strony.

Mój egzemplarz jest nagrodą w konkursie Przeglądu czytelniczego, jeszcze raz dziękuję za wyróżnienie!

Czas na czytanie: „Opowiadania Kotori II”

Zdecydowanie lepsza od pierwszej odsłony tej antologii. Nie jestem wielką fanką krótkich form literackich, zdecydowanie bardziej wolę wczuwać się w dłuższą, jednolitą historię, ale ten zbiór okazał się być bardzo fajny w czasie zabiegania, kiedy to chwile na lekturę musiałam po prostu na siłę życiu wyrywać. Jest w nim kilka bardzo dobrych opowiadań – Eo jak zawsze w formie, ale również i „Zielone” i „Jednym cięciem” bardzo dobrze mi się czytało; kilka dobrych, dwa przeciętne i jedna kompletna porażka. Niestety, moim zdaniem wybranie „Feniksa na mojej piżamie” było błędem. W zamyśle zapewne miała być to zabawna parodia tego typu opowiadań, jednak w moim odczuciu okazała się ona nie do przebrnięcia – kulawa językowo (od kompletnej egzaltacji do całkowitego prostactwa – często w jednym zdaniu), pełna idiotycznych zdrobnień, z głupawą fabułą – po prostu niesmaczna. Gdyby to opowiadanie zostało umieszczone na początku tomu, zapewne antologia straciłaby wielu czytelników. Jednak umieszczenie go na końcu popsuło całe dobre wrażenie po lekturze wcześniejszych historii. Szkoda.

DSC_1226

Opowiadania Kotori II, Gołuski: Wydawnictwo Kotori, 2013; 368 stron – 15 opowiadań.

Czas na czytanie: „Pokolenie IKEA” Piotra C.

Coś w stylu „Dziennika Bridget Jones” w realiach korporacyjnych wymieszanego z programem przyrodniczym na Animal Planet. Główny bohater jest raczej demotywującym okazem tak zwanej wykształconej elity polskiego społeczeństwa, mieszkańcem stolicy, świeżo po kryzysie wieku chrystusowego. Jego życiowe ambicje są na poziomie, mniej więcej, królika. Królika z kredytem i sporą dozą frustracji. Lubiącego metki z logami znanych marek i umawianie się na seksy za pośrednictwem internetów. Dużo jest mowy o lodach i cyckach, zaskakująco mało o piwie, ani jednej wzmianki o meczach, najwyraźniej Króliki-Prawnicy nie interesują się innym sportem niż łóżkowe zapasy. Poziom literacki raczej przeciętny. Średni humor, choć prawdopodobnie uśmiechnęłam się ze dwa razy. Być może mam w sobie zbyt mało testosteronu by w pełni zrozumieć przesłanie, być może jest to rodzaj błyskotliwej prowokacji, której nie udało mi się załapać. Albo może coś w stylu koguciego stroszenia piórek. Niemniej jednak moim zdaniem szkoda czasu.

Czas na czytanie: „Niehalo” Ignacego Karpowicza

Usiadłam do lektury zachęcona „Oścmi”, ale niestety ta pozycja zupełnie nie przypadła mi do gustu. Moim zdaniem jest zdecydowanie zbyt. Zbyt patetyczna, zbyt oniryczna, zbyt demotywująca, zbyt prześmiewcza, za dużo dla mnie parodii i majaczenia. Za bardzo niehalo. Przemieliła mi mózg niczym maszynka do mięsa i zostawiła mnie z czymś o konsystencji owsianki. Choć podobno są ludzie, którzy lubią owsiankę.

Niestety dzisiaj bez kociego zdjęcia, z jakiegoś powodu moje rozpieszczone bestie nie chciały przebywać w pobliżu książki z biblioteki.