Czas na czytanie: „Bramy Światłości: Tom 2” Maja Lidia Kossakowska

„Gdzie była podniosła, surowa chwała Niebios? Gdzie majestat, bojaźń boża i wszechpotęga? Co się stało z okrutną, lecz sprawiedliwą grozą Piekieł? Nie było ich. Nie istniały. Zamiast tego znalazł tylko wyolbrzymione, zwielokrotnione odbicie dworskich i feudalnych stosunków, które doskonale znał z życia doczesnego. Znów pojawili się wysoko i nisko urodzeni, panowie i plebs, biedacy i bogacze.”

[ Kilka słów o pierwszym tomie TUTAJ]

To typowy przykład tomu przejściowego – tak naprawdę nie dzieje się nic wyjątkowo istotnego dla rozwoju wydarzeń, ekspedycja nie posuwa się jakoś energicznie do przodu, w Królestwie żyją na krawędzi ale jeszcze żadne dramy się nie zadziały. Wszystko jest jakby ciszą przed burzą (całkiem makabryczną ciszą swoją drogą), zbiorem narastających, nieszczególnie ważnych sytuacji będących zapowiedzią nieuniknionego.

DSC_1007

Ale bynajmniej nie jest nudno. Jest wszystko to, za co Kossakowską lubimy – krew, obdzieranie ze skóry, obcinanie głów, malownicze opisy wnętrzności i jątrzących się ran, słodki zapach rozkładu, tragiczne sytuacje i krwawe ofiary składane martwym bóstwom. Tylko aniołów jakoś mało.

W drugim tomie Bram Światłości przede wszystkim wciąż towarzyszymy ekspedycji w jej karkołomnej podróży przez Sfery Poza Czasem. A właściwie samemu Daimonowi, który przypadkowo odłączywszy się od towarzyszy błądzi w piękniej i śmiertelnie niebezpiecznej dżungli niczym dziecko we mgle. Tym razem autorka szykuje nam wykład na temat przeraźliwie krwawych bóstw Inków i Azteków, których imiona nie zawsze byłam w stanie przeczytać, nie mówiąc już o zapamiętaniu pozostających w kontraście do oszałamiającego piękna bujnej, dzikiej roślinności. W miejscu, gdzie wszyscy odrzucili zwierzchność Jasności nawet Anioł Zagłady może poczuć się samotny.

Co mnie zaskoczyło, w tej części jest wyjątkowo dużo użalania się nad sobą, chwil zwątpienia i wyrzutów sumienia – i to nie tylko ze strony malkontenta Lucyfera, ale również samego Daimona, czym niesamowicie mnie wkurzał. Niby Abaddon, a momentami marudził jak baba. Między innymi z tego powodu spadł w rankingu mojego ulubionego bohatera na rzecz swego nowego jaguarokształtnego przyjaciela i rozpieszczonego Asmodeusza w jego archeologicznym szale.

Jednak, podobnie jak Daimon, przez całą lekturę tęskniłam za Królestwem. Bo czytelnik ma szansę odwiedzić je jedynie na dwa mgnienia oka i to wyłącznie komnatę sfrustrowanego Gabriela. Kilka rozdziałów z przetrwania w Głębi zaspokaja nieco apetyt na dworskie intrygi i życie wielkiego miasta, ale mimo wszystko nie mogę się doczekać, aż wreszcie wydostaną się z tych toksycznie barwnych lasów i bohaterowie na nowo poczują pod butami bruk ulicy.

Maja Lidia Kossakowska, Bramy Światłości: Tom 2, Lublin-Warszawa: Fabryka Słów, 2018, 560 s.

Reklamy

Czas na czytanie: „Smocza straż” Brandon Mull + „Księga wyobraźni”

Raz na jakiś czas lubię sobie zrobić przerwę od tej potwornie stresującej dorosłości. Czasami udaje mi się wygospodarować dwie godzinki podczas wyjątkowo długiej majkowej drzemki, kiedy po prostu niczym się nie przejmuję i nic nie muszę. Robię sobie wtedy kakao ze zdecydowanie zbyt słodkimi, piankami rozpuszczającymi się sukcesywnie od gorąca napoju, rozszczelniam okno, by w kontrolowany sposób wpuścić do mieszkania nieco zimowo-jesiennego chłodu, moszczę się wygodnie w puchatym kocyku i sięgam po jakąś magiczną lekturę.

Pierwsze chwile takiego odprężenia w 2018 roku spędziłam czytając „Smoczą Straż” i od razu mogę Wam zaspoilerować, że sprawdziła się świetnie.

DSC_0447

Nie ma co ukrywać – smoki zawsze były moją straszną słabością. Uwielbiam książki młodzieżowe czerpiące pełnymi garściami z powieści fantasy (bo na przykład za sci-fi do dziś nie przepadam – chyba Pan Lem zrobił mi traumę w dzieciństwie). Lasy pełne niesamowitych stworzeń, wróżek, jednorożców, czarodziei, centaurów i innych hybryd, przy których tworzeniu autora ograniczała wyłącznie wyobraźnia to krajobraz, w którym czuję się jak w domu. No i smoki. Pamiętam, jak ponad 10 lat temu, z wypiekami na twarzy czytałam Eragona (pamiętam również, że z jakiegoś powodu robiłam to z latarką pod kołdrą – zapewne odbywałam akurat jeden z moich słynnych szlabanów na czytanie – to jakby ktoś jeszcze nie wiedział z jakiego powodu noszę okulary) – najnowszy cykl Mulla sprawił, że jeszcze raz poczułam się jak książkożerna małolata odkrywająca kolejny zaczarowany świat. I przypomniał mi jakie to fajne uczucie!

„Smocza Straż” otwiera nową, pięciotomową serię, której akcja toczy się w świecie „Baśnioboru”. Martwiłam się trochę, że będą to trochę odgrzewane kotlety, bo jednak tasiemce mają to do siebie, że w pewnym momencie formuła i pomysł się wyczerpują i autor stara się wszystko ciągnąć trochę na siłę. Zapewniam jednak, że ten moment jeszcze nie nadszedł – choć trzymam w dłoniach pierwszy tom serii będącej kontynuacją innej serii, to wciąż jest to porywająca przygoda przypominająca nieco grę w podchody, gdzie każda wskazówka kieruje nas do kolejnej, a do ich znalezienia wykorzystać trzeba sporo sprytu i umiejętności. Smoki przyciągają, to fakt, ale kto raz odwiedził Baśniobór, nie będzie chciał go opuścić – jest niezwykle malowniczy, baśniowy, bardzo rozbudowany i bogaty w przeróżne stworzenia, a jednocześnie rządzi się jasno określonymi, choć momentami naprawdę skomplikowanymi zasadami.

To kolejny cykl skierowany do młodszej młodzieży, który za kilka lat bez wahania podsunę mojej córce – emanujący poczuciem zagrożenia, niepewności i licznych niebezpieczeństw, ale jednoczenie pozbawiony elementów poważnej grozy i masakry, charakterystycznej na przykład dla serii „Pax”. Choć śmierć i żałoba są obecne, oszczędzono młodemu czytelnikowi plastycznych opisów drastycznych scen i widoków. Występują zombie, widma, ożywieńcy i demony, ale nie przyprawią małych moli książkowych o przewlekłą bezsenność. Jedną z niewątpliwych zalet tego autora jest umiejętność znalezienia złotego środka. Podobnie jest z wątkiem romansowym, który występuje w niewinnej, mocno emocjonalnej, ale nie zbyt naiwnej i wyidealizowanej formie (chociaż mnie osobiście zawsze trochę wkurzało, kiedy nadnaturalne, kilkusetletnie istoty zakochują się w nastolatkach, jakoś jest w tym dla mnie coś niewłaściwego).

Kolejnym aspektem, który przypadł mi do gustu jest fakt, że opisywane dzieci cały czas są dziećmi – rozumują i zachowują się jak dzieci. Popełniają błędy, bywają impulsywne, zazdrosne, czy nierozważne. Przejmują się głupstwami i miewają szalone pomysły. A jednocześnie wciąż uczą się, dojrzewają, pokonują własne słabości. To sztuka napisać całkiem niegłupią książkę dla kilkunastoletniego odbiorcy, przekazać określone wartości i wykreować swoich bohaterów jako wzór dla czytelników nie wciskając im jednocześnie dorosłych w dziecięcych przebraniach.

Czego nie lubię? Czekania na kolejny tom. Jednak najprzyjemniejsze na świecie uczucie to to, kiedy przeczytasz naprawdę wciągającą książkę ze świadomością, że na półce czekają kolejne części. Niestety w tym przypadku trzeba będzie poczekać na ich napisanie, chociaż autor obiecał utrzymać tempo jednej książki rocznie. Ale dla mnie to wciąż strasznie dużo czekania!

Na innych równie zniecierpliwionych czeka niespodzianka – „Baśniobór. Księga Wyobraźni” osłodzi czas oczekiwania wciągając fana serii w proces tworzenia tego niezwykłego świata. To zbiór kreatywnych zadań dla młodszych fanów serii. Przed otwarciem warto zaopatrzyć się w dobrze wyposażony piórnik!

Znajdziemy w nim zarówno proste i powszechnie znane aktywności, jak labirynty, kolorowanki, rebusy, czy modele do wycinania i sklejania, jak i bardziej zaskakujące pomysły, jak na przykład instrukcja wiązania węzła ratowniczego, tkania pajęczej sieci, a nawet przepisy kulinarne (i to nie tylko na niepokojąco składem eliksiry i czarodziejski szlam). Są zadania, które rozbawią, nad którymi trzeba będzie się pogłowić i takie, które wystawią na próbę zdolności manualne książkowych moli.

A wszystko to uzupełniono inspirującymi cytatami i klimatycznymi ilustracjami. Szczególnie spodobały mi się kolorowanki – są niebanalne szczegółowe oraz możliwość umieszczenia swojego imienia na okładce – tuż pod nazwiskiem autora (a to jest już COŚ!). Pozytywnie zaskoczył mnie również pomysł wyzwania książki na pojedynek spojrzeń jako trening cierpliwości.

Brandon Mull, Smocza straż, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B., 2017, 385 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Książkę przeczytałam biorąc udział w Olimpiadzie Czytelniczej.

Czas na czytanie: „Dwór skrzydeł i zguby” Sarah J. Maas

Nie ma pojęcia, jak to się stało, ale byłam przekonana, że „Dwory” są trylogią i że trzymam w rękach ostatnią część przygód Feyri Archeron. Zapewne właśnie dlatego żadne z moich przypuszczeń względem tej książki się nie spełniło.

Mimo wszystko spodziewałam się większej ilości masakry. Musiałam być naprawdę krwiożerczo nastawiona, skoro wyjątkowo nierówna wojna z udziałem potworów i bóstw śmierci, która pochłonęła mnóstwo, ofiar to dla mnie za mało. A jednak – dwie postacie, które typowałam do uśmiercenia i już zdążyłam opłakać rzewnymi łzami, wyszły ze wszystkich starć niemalże bez szwanku. Zaskoczyło mnie za to, jak bardzo potrafią dotknąć śmierci postaci tak naprawdę nawet nie drugo-, a trzecioplanowych, które choć pojawiały się sporadycznie, znacząco zmieniły bieg fabuły. I to jak bardzo mylna bywa definicja potwora.

Mam wrażenie, że to był tak naprawdę tom przejściowy – autorka definitywnie zakończyła jeden wątek szykując sobie pole dla wielu kolejnych przygód – czytelnik poznaje książąt pozostałych dworów, pojawiają się intrygi, ploteczki, romanse i rodzinne sekrety. Jednocześnie wszystko ułatwia i komplikuje. A Prythian okazuje się być znacznie bardziej tolerancyjnym miejscem niż można się było dotąd spodziewać, co daje sporo nowych możliwości.

Tym razem u Pani Maas mamy mniej płomiennego romansu, za to więcej polityki i batalistyki. I może dlatego nie był on tak porywający jak poprzedni. Były momenty, w których taktyczne ruchy wojsk, porwania i zasadzki nieco mnie nużyły (to nie do końca moje klimaty), ale to ani trochę nie przeszkodziło mi w pochłonięciu niemalże 900 stron w niecałe dwa dni. I to jeszcze z buntem dwulatka w moim małym domu wariatów. Trochę tęskniłam za opisami miasta, które tak bardzo urzekły mnie w drugim tomie, choć rzut oka na weduty Dworów Jesieni, Świtu i Zimy dopieściły moją spragnioną piękna wyobraźnię i dały nadzieję na kolejne wycieczki krajoznawcze w przyszłości.

Chyba faktycznie łaknę krwi, bo przyznaję, że (choć kocham słodkaśne happy endingi) tym razem trochę rozdrażniło mnie landrynkowe zakończenie. Zły został pokonany, a większość moralnie względnych bohaterów otrzymała szansę na rehabilitację albo chociaż na ponowne rozważenie ich motywów. Co jakoś nie do końca mi leży.

No i znowu to sobie zrobiłam, choć tym razem zupełnie nieświadomie – nie zważając na nic rzuciłam się na kolejny tom niezakończonej serii. I teraz jak ta lama będę czekała rok na kontynuację. A już nie mogę się doczekać!

Sarah J. Maas, Dwór skrzydeł i zguby, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2017, 848 s.

Czas na czytanie: „Obietnica następcy” Trudi Canavan

Nie cierpię u siebie pewnej cechy – braku cierpliwości. Po prostu jak zobaczę, że pojawiła się nowa książka jednego z moich ulubionych autorów, nie potrafię przejść obok niej obojętnie, nie ważne ile trzeba będzie czekać na kolejny tom. A z Trudi Canavan jest taki problem, że pisze jedną książkę rocznie i czytając ją bezpośrednio po premierze skazuję się na minimum rok oczekiwania na ciąg dalszy. A niestety tego rodzaju „stosunek przerywany” to jedno z najgorszych świństw, jakie czytelnik może zrobić samemu sobie.

Pamiętam swoje pierwsze spotkanie z twórczością tej autorki – koleżanka z liceum pożyczała mi „Trylogię Czarnego Maga” po książce dziennie – rano dostawałam w swoje łapki pierwszą część, czytałam non stop (pod ławką na lekcjach, na szkolnym korytarzu, w autobusie i w domu), po czym kolejnego dnia wymieniałam przeczytaną książkę na kolejny tom. Tym oto sposobem przez trzy dni żyłam w ciągu i właśnie tak przeżyłam jedną z najfajniejszych przygód, jakie pamiętam. Oczywiście miało to swoją cenę – kiedy nauczyciel zadawał mi pytanie uśmiechałam się i kiwałam głową udając że wszystko wiem i uważam na lekcjach ani na chwilę nie opuszczając magicznego świata. W ten sposób zapewne utrwaliłam swoje zagrożenie z matematyki i zupełnie przypadkowo zostałam klasowym gospodarzem. Ale niczego nie żałuję!

Wiadomo przecież, że jednym z najlepszych rzeczy jakie mogą się zdarzyć człowiekowi jest czytanie dobrej książki ze świadomością, że czekają na niego kolejne tomy.

Dlaczego więc nie potrafiłam zaczekać?

Na swój brak cierpliwości wkurzałam się przez całą „Trylogię Zdrajcy”, ale przy „Prawie Millenium” moje wkurzenie osiągnęło swoje apogeum. „Obietnica następcy” jest świetna, ale jak wspaniała to byłaby lektura, gdybym dokładnie pamiętała co było w trzech poprzednich tomach?

Uwielbiam Trudi Canavan za jej umiejętność kreacji światów. Bo choć w czterech cyklach jej powieści można znaleźć wspólne cechy – zawsze bohaterką jest młoda dziewczyna, fabuła obraca się wokół magii i jej poznawania (często zinstytucjonalizowanego), jest miłość, wojny i relacja uczeń-mentor, to każdy z nich jest wyjątkowy i każdy potrafi zaskoczyć. Przez pierwsze kilka stron jeszcze byłam na siebie zła za „wyrwanie z ciągu”, ale te książki mają w sobie coś tak wciągającego, że szybko o tym zapomniałam dając się pochłonąć przerwanej rok wcześniej przygodzie. A luki w pamięci powoli uzupełniały się same.

Trzecia księga „Prawa Millenium” zapewnia nam mały czasowy przeskok – czytelnik poznaje dalsze losy bohaterów pięć lat po śmierci Raena. Pragnienie odnalezienia własnego miejsca, przystosowania się i spokojnego życia na przymusowym wygnaniu oraz próby ogarnięcia chaosu powstałego po zniknięciu uzurpatora.

To także dalsze zgłębianie istoty magii i zmagania z własnymi ograniczeniami. Szalone podróże między światami, ucieczki i pościgi, szpiegowanie i wybuchy, bunty i spiski, ciche szantaże i epickie bitwy magów. Jeśli to wciąż za mało wrażeń, to smaczku z pewnością dodaje koncepcja wskrzeszenia zmarłego i eksperymenty magiczno-mechaniczne, przez co całość zyskuje bardzo niepokojący klimat, gdzie podrasowany czarami stempunk łączy się z nekromancją. A brzydzący się przemocą Tyen, podkręcony determinacją Dalego pogrążonego w rozpaczy po śmierci ukochanego, ma szansę zostać następcą Frankensteina. Oczywiście wszystko to w imię większego dobra. To książka pełna akcji, trudnych miłości i moralnych dylematów. Porywa od pierwszej strony.

„Sęk w tym, ze nie da się jednoznacznie stwierdzić, co jest tu dobre, a co złe. Nic nie jest bezsprzecznym dobrem lub czystym złem.”

Zakochałam się w tym świecie dzięki przekonaniu, że twórczość generuje magię. Teraz kocham go każdą przygodę, którą miałam okazję przeżyć podczas jego przemierzania.

A wiecie co jest najgorsze? To mi nie wygląda na koniec. Coś czuję, że znowu to sobie zrobiłam!

Trudi Canavan, Obietnica następcy (Prawo Millenium – księga trzecia), Kraków: Wydawnictwo Galeria Książki, 2017, 618 s.

Czas na czytanie: „Prawdodziejka” Susan Dennard

Przyznaję, że od początku lektury czułam się w świecie Prawdodziejki wyjątkowo obco – zagubiona w rzeczywistości, której nie znam i nie rozumiem, rzucona od razu na głęboką wodę prosto w sam środek akcji. Wiele kartek minęło, nim wszystko zaczęło mi się powoli klarować.

Cała fabuła to tak naprawdę jedna wielka ucieczka i momentami naprawdę trudno nadążyć za zwrotami akcji. Zanim na dobre dowiedziałam się kto jest kim i jak tak właściwie wszystko w wokół działa (magia, historia, podziały administracyjne, elitarne bractwa, uzdrawiające studnie, widmo wznowienia wojny… – jest sporo do oganiania), zgubiłam się nie raz – rozboje, pertraktacje, pościgi, bale, dworskie intrygi, niechciane narzeczeństwa i brawurowe pojedynki – naprawdę można dostać zawrotów głowy. Ale mniej więcej w połowie lektury przenosimy się na statek i w tym momencie naprawdę się wciągnęłam. Okręty, szanty, abordaże, bunty załogi i krwiożercze morskie potwory – to lubię.

W Czaroziemiach prawom magii podlegają niemalże wszystkie elementy życia – nie tylko żywioły, ale również słowa, metale, krew, czy trucizny. Mamy zatem czarodziejów kontrolujących ogień, wiatr, morskie pływy i ludzkie płyny ustrojowe, potrafiących porozumiewać się na odległość dzięki manipulacji składnikami powietrza, widzących ludzkie emocje i więzi, potrafiących odróżnić prawdę od kłamstwa, oraz manipulujących żelazem.

Podobnie jak w książkach Leigh Bardugo, magia traktowana jest bardzo pragmatycznie – bardziej jak zawód i rzemiosło, niż sztuka, czy nadzwyczajne zdolności. Wobec tego wododzieje i wiatrodzieje zatrudniani są na statkach, głosodzieje służą innym jako telefony, a czary wykorzystuje się nawet w krawiectwie. Choć w magii, jak we wszystkim, bywają jednostki mniej lub bardziej uzdolnione.

Jak często bywa, niesamowicie irytowała mnie główna bohaterka. Safiya jest dziecinną i egzaltowaną panienką stale pakującą się w kłopoty, spoglądającą nie dalej niż czubek własnego nosa i dobro przyjaciółki. I choć w książce nie brakuje przystojnych i zadziornych książąt, jest to przede wszystkim historia o sile przyjaźni. I fakt, że to właśnie przyjaźń, a nie miłość jest najwyżej cenioną wartością czyni tą powieść wyjątkową.

Prawdodziejka nie jest łatwa w odbiorze, bo to szalona podróż po zupełnie nowym, magicznym świecie, który poznajemy w dzikim pędzie (przypomina mi trochę wyjazdy zabytkoznawcze po słonecznej Italii podczas studiów…). To również historia o dorastaniu, mierzeniu się z konsekwencjami podejmowanych decyzji, tragicznym wyborze między wymaganiami rodziny, a własnymi przekonaniami, nabieraniu pewności siebie i wiary we własne możliwości. O przyjaźni zdolnej ocalić umierający świat.

I chociaż nie porzucę swoich czytelniczych planów na rzecz przeczytania drugiego tomu teraz-zaraz, to z pewnością sięgnę kiedyś po kontynuację „Prawdodziejki”.

Susan Dennard, Prawdodziejka, Kraków: Wydawnictwo SQN imaginatio, 2016, 384 s.

Książkę dostałam podczas spotkania „A może nad morze? Z książką!”, serdecznie dziękuję organizatorom imprezy i sponsorom za możliwość lektury i zrecenzowania tej pozycji.

Czas na czytanie: „Hello world” Michał R. Wiśniewski

Bywają książki, które potrafią zaciekawić tak bardzo, że nie sposób się od nich uwolnić. Tak właśnie miałam z „Hello world”, które rzuciło mi się w oczy podczas Warszawskich Targów Książki swoją niebanalną reklamą. Uczciwie przyznaję, że prawie staranowałam stoisko autora potrącając dziwacznego manekina, który śmiertelnie mnie wystraszył. Jednak mając już tą pozycję w ręku doskonale wiedziałam, że to będzie książka nie do końca w moim typie – nie ukrywam, że po okładce, blurbie i notatce o autorze spodziewałam się raczej gniota. A po wydawnictwie pozycji przeintelektualizowanej i przefeminizowanej. A mimo to nie mogłam się od tej książki uwolnić i prześladowała mnie niemalże na każdym kroku. Wiedząc, że istnieje tylko jeden sposób na pozbycie się tej niespodziewanej obsesji zamówiłam jej przedmiot do recenzji.

I powiem tak – to jest naprawdę dziwna książka. Jedno wielkie pomieszanie z poplątaniem, które dopiero pod koniec lektury zaczyna układać się we w miarę logiczną całość. W krótkich rozdziałach poznajemy naprzemiennie historie piątki głównych bohaterów, żyjących w różnych czasach i różnych rzeczywistościach – od szarego PRL’u, przez współczesność, aż do przejaskrawionej dystopijnej przyszłości. Ich losy łączy jeden problem – macierzyństwo. Mamy zatem zagubioną nastolatkę popełniającą głupi błąd, współczesną kobietę, która decydując się na dziecko nie spodziewała się fali oceniania i niechcianych rad, samotną matkę – internetową wojowniczkę, poszukującego w sobie uczuć przyszłego ojca przepracowującego traumę po utracie rodziców poprzez próby naprawienia świata i kobietę przyszłości, dla której to wirtualna rzeczywistość jest „realem”, komunikującą się za pomocą emoji i czerpiącą emocje z łykanych tabletek. I wszystko to byłoby nawet całkiem ciekawe, gdyby nie fakt, że każdy z bohaterów ma psychozę. Naprawdę, jedna z przyszłych mam cierpi na permanentne urojenia, druga natomiast żyje w urojeniu – zdrowo pogrzanym futurystycznym świecie będącym mieszanką słodziutkiej gry obyczajowej dla japońskich nastolatek z cyberpunkową wizją szaleńca, gdzie pokemon jest zdecydowanie bardziej naturalny niż dziecko. Pozostali bohaterowie na szczęście popadają w obłęd tylko raz na jakiś czas.

I choć przesłanie książki naprawdę mi się podoba, antropomorficzne baśniowe metafory, pewna chaotyczność budowy utworu i wizja przyszłości rodem z koszmarów sprawiły, że naprawdę ciężko było mi przebrnąć przez tą pozycję. Choć zarówno pomysł, jak i forma są bardzo oryginalne.

Pod koniec książki sam autor pisze, iż jest to książka o nadziei. I w pewnym sensie rzeczywiście tak jest. A już na pewno o byciu przy nadziei. To opowieść z gruntu feministyczna, gdzie prawdziwa siła kobiecości tkwi we wspólnocie, a największa słabość w ocenianiu siebie i innych. Wiadomo przecież nie od dziś, że kobieta stroi się nie po to, by zaimponować mężczyźnie, a po to, by ściągać zazdrosne spojrzenia innych kobiet. A dowartościowywanie siebie poprzez krytykę pozostałej części babskiej populacji (a już mam w szczególności!) jest raczej na porządku dziennym. No bo przecież „Mój Brajanek w tym wieku już sikał na nocnik/przesypiał noce/deklamował poezję/gotował trzydaniowe obiady…, wobec czego jestem genialną matką. A już na pewno lepszą niż ty.” I choć z przyjemnością dołączyłabym do walki z tym ciągłym ocenianiem (również u siebie), tak wizualizacja takiego sposobu myślenia jako złej królowej elfów kompletnie mi nie leży. Podoba mi się koncepcja książki, w której losy pozornie nie związanych ze sobą bohaterów wzajemnie się przeplatają i dopełniają tworząc ciąg historii macierzyństwa. Nie przypadła mi jednak do gustu cała fantastyczno-wirtualna otoczka.

„- Gdzie ja jestem?
– To holodeck projektu GOOD ENDING. Twoja rzeczywistość została zapauzowana.
– Co to znaczy?
– Rzeczywistość, w której spędziłaś – spędzisz – życie, dopiero ma nadejść. To jedna z wielu możliwych przyszłości, które badamy. Coś w rodzaju wszechświata kieszonkowego, tylko dużo większego niż te znane do tej pory. Serwery kwantowe przestrzeni nieeuklidesowych, hackowanie podświadomości, nie pytaj mnie, nie znam się na informatyce jungowskiej.
– Moje życie było hologramem?
– Będzie, nie było – odpowiada postać – Każde życie jest hologramem. Nasze mózgi to tylko puste pudełka zbierające światło.”

– no nie, naprawdę sie starałam, ale to jednak nie są moje klimaty…

Autor natomiast całkowicie skradł moje serce zawoalowanymi złośliwościami w pod adresem „Kici Koci” i jej wątpliwej jakości artystycznej oraz przekonaniem, że to sztuka i wartościowa literatura dziecięca są w stanie uratować świat.

I w ten sposób wracam do początku – ta książka jest naprawdę dziwna. I jak na pewno nie mogę powiedzieć, że była zła, czy bezwartościowa, tak z pewnością męcząca i nie w moim guście –  raczej odpuszczę sobie pozostałe pozycje autora. Ale jednocześnie była to lektura nie podobna do niczego, co czytałam wcześniej i czuję się bogatsza o nowe doświadczenia.

Michał R. Wiśniewski, Hello world, Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2017, 320 s.

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości portalu sztukater.pl

Czas na czytanie: „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Oryginalny scenariusz” J. K. Rowling

BookAThon powoli zbliża się ku końcowi. Jako, że „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” występowały w moim zestawieniu w dwóch kategoriach – jako książka o zwierzętach i jako książka zekranizowana w 2016 roku i udało mi się je przeczytać już pierwszego dnia maratonu, mam dziś wolne! W ramach uciszenia wyrzutów sumienia przybywam z tą rozentuzjazmowaną recenzją. Zapraszam do lektury, a sama gnam na spotkanie A może nad może z książką zaznać trochę ludzkiego towarzystwa równie zakręconych książkoholików.

Jak już wcześniej pisałam, naprawdę nie planowałam kupowania tej książki. Byłam na filmie (to przecież pozycja obowiązkowa każdego potteromaniaka), i wyszłam z kina urzeczona jego magią, mimo że nie przepadam za odtwórcą głównej roli, który swego czasu grał w co drugim kinowym hicie i po prostu „mi się przejadł”. Ale posiadanie scenariusza filmu, który już widziałam uważałam za przesadę.

 

Moje silne postanowienie zniknęło momentalnie kiedy tylko zobaczyłam tą cudowną okładkę. Ciemnogranatowa ze złotymi zdobieniami (to chyba nawet było kolorystyczne połączenie 2016 roku o ile dobrze pamiętam), wzorowanymi na art decowskiej filigranowej biżuterii, tworzącymi pełną zawijasów groteskę z wplecionymi w nie sylwetkami zwierzęcych bohaterów historii. No a, że mam duszę niuchacza, połyskujące tłoczenia na oprawienie nie pozwoliły mi grzecznie odłożyć książki na półkę i zanim się obejrzałam wyszłam z księgarni z lżejszym portfelem i cięższą torebką.

 

 

W ten oto sposób „Fantastyczne zwierzęta…” trafiły na mój regał wstydu, gdzie prezentowały się bardzo pięknie czekając cierpliwie na odpowiedni moment.

Strasznie się cieszę, że ten moment w końcu nadszedł, bo mimo mojego sceptycznego nastawienia (w końcu po filmie będąc bardzo dobrze wiedziałam co się będzie działo) bawiłam się świetnie. Fantastyczny humor, sympatyczni bohaterowie, komiczne sytuacje i zwierzęta, które najchętniej adoptowałabym w pakiecie. W dodatku, jak to dramat, czyta sie szybko, łatwo i przyjemnie. Naprawdę uwielbiam Rowling, każdy zakątek wykreowanego przez nią świata i magię, z której nigdy nie wyrosnę. Jak dla mnie może powstawać coraz więcej i więcej opowieści ze świata Harrego Pottera – książki, filmy, spektakle teatralne i scenariusze – biorę to wszystko w ciemno i z pocałowaniem ręki. Przeczytałam pół internetu fanfików i chyba już do późnej starości będę uzależniona od Harrego, taki już ze mnie zafiksowany mugol. Niech no tylko Maj jeszcze trochę podrośnie i zabieramy się za ilustrowane wydanie przygód Chłopca, Który Przeżył! Już ja się postaram, żeby moje dziecię miało równie magiczne dzieciństwo, co ja!

A wracając do „Fantastycznych zwierząt” w fantastycznej okładce – wnętrze jest równie fantastyczne. I nie tylko sama urzekająca historia, ale oprawa graficzna to majstarsztyk. Każda ze scen zakończona jest zakręconym ornamentem z odciskiem łapki (w dodatku owych odcisków jest pięć różnych, przez co czytelnik odnosi wrażenie, że każdy jest inny), a sceny rozgrywające się w różnych lokalizacjach rozpoczynają się od fantazyjnych wizerunków zwierząt zbudowanych z kropek i zawijasów.

Piękna okładka, świetna historia, cudowne opracowanie graficzne. No normalnie Gesamtkunstwerk. Uwielbiam.

J. K. Rowling, Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Oryginalny scenariusz, Poznań: Wydawnictwo Media Rodzina, 2016, 312 s.

Czas na czytanie: „Przebudzenie króla” Maggie Stiefvater

Każda historia ma swoje zakończenie i w każdej książce kiedyś kończą się strony. A im bardziej jest wciągająca, tym koniec nadchodzi szybciej.

Zdecydowanie zbyt szybko skończyły mi się strony w „Przebudzeniu króla”. A zakończenie, choć zaskakujące, ani trochę mnie nie rozczarowało.

O ironio, w kruczym cyklu kumulują się wątki, których zazwyczaj unikam w książkach, bo po prostu za nimi nie przepadam. Ani za onirycznymi klimatami, gdzie zamazują się granice między snem a jawą, ani za zaburzeniami czasu, który nie płynie liniowo, a zapętla się i tworzy meandry (Nawet Terminatora znielubiłam, kiedy okazało się, że John Connor jest starszy od swojego ojca. Do dziś nie udało mi się zrozumieć jak to się stało…), ani za różnymi możliwymi wariantami zakończenia. A jednak ani jeden z tych motywów nie drażnił mnie w „Królu kruków”, to musi być jakaś magia.

_20170506_112028

Kolejnym zaskoczeniem jest fakt, że summa summarum skończyłam serię naprawdę lubiąc wszystkich bohaterów. Ronana uwielbiałam od samego początku – buntownik z wyboru, twardy z zewnątrz i miękki w środku, mający swój świat i swoje kredki, chamski, opryskliwy, troskliwy i rodzinny. Blue też dobrze wykorzystała mój kredyt zaufania – pozostała ekscentryczną marzycielką twardo stąpającą po ziemi. A hipokryzja i miłość do jogurtów tylko dodają jej uroku. Gansey, który posiada słabości, bywa bezradny i się myli jest znacznie bardziej ludzki, niż mogłoby się to wydawać w pierwszym tomie. Ale że znajdę w sobie sympatię dla zapatrzonego wyłącznie w siebie i swoje cele, pełnego kompleksów Adama, to naprawdę się nie spodziewałam. W relacji z Ronanem sporo zyskuje i, o dziwo, naprawdę da się lubić. Szczególnie w swojej okropnej Hondayocie.

Dopiero czytając ostatnie 50 stron zauważyłam jak bardzo seria o Kruczych Chłopcach przypomina mi mojego ukochanego Harrego Pottera – jest elitarna szkoła, wróżki i wiedźmy, zaczarowane lasy i magiczne stworzenia. Jest walka z różnicami klasowymi i społecznym wykluczeniem, a pochodzenie nie determinuje przyszłości. Jest akceptacja dziwności i odmienności. Jest heroiczna walka z własnymi słabościami i próby pokonania obezwładniającego strachu. Jest niezwykła siła uprzejmości, gdzie pełna szacunku prośba może zdziałać znacznie więcej niż twardy rozkaz. I w końcu jest magia miłości, przyjaźni i poświęcenia, która zwycięża nawet śmierć. Maggie Stiefvater odnalazła równie magiczny sposób na przekazanie młodemu czytelnikowi tych samych, uniwersalnych wartości. A jej fenomenalny cykl zasługuje na zaszczytne miejsce na liście moich ulubionych książek młodzieżowych, tuż obok serii J.K. Rowling.

Naprawdę korci mnie, żeby nabyć drogą kupna cały cykl i po prostu cieszyć się z samej świadomości posiadania go na półce (a półki są w moim domu na wagę złota). Szczególnie, że okładki są piękne, cudowne i rewelacyjne – równie magiczne jak tekst, który w sobie kryją. Książki to przyjaciele, dobrze jest mieć ich blisko.

To była prawdziwa przygoda, mam nadzieję, że moja córka trafi kiedyś na tą serię. Już ja się o to postaram.

Maggie Stiefvater, Przebudzenie króla, Warszawa: Uroboros, 2016, 462 s.

Czas na czytanie: „Wiedźma z lustra” Maggie Stiefvater

Uwielbiam te książki za lekkie poczucie humoru bohaterów, bezbłędne porównania i błyskotliwe podteksty pojawiające się akurat tam, gdzie kompletnie się ich nie spodziewam. Autorka musi być prywatnie niezłym gagatkiem!

Niecodzienne poszukiwania trwają, a stawka rośnie – teraz to już nie tylko ekspedycja mająca na celu odnaleźć pochowanego przed setkami laty króla, ale misja ratunkowa. Bo mama Blue dosłownie zapadła się pod ziemię i przez przypadek zaginęła w czasie zostawiając jedynie enigmatyczną podpowiedź na temat miejsca swojego pobytu. Okazuje się również, że poza poszukiwanym idolem w podziemiach jest jeszcze dwoje śpiących, a jednego z nich lepiej nie budzić dla dobra własnego i całego świata.

Trzecia część „Króla kruków” pełna jest wilgotnych, tajemniczych jaskiń, w których lęki i obawy, nawet jeśli są głęboko zakopane w sercu, stają się rzeczywistością. Okazuje się, że czarowne Cabeswater może skrzywdzić nawet nieumyślnie. To czas prób, współpracy i ślepych zaułków.

A zgodnie z przepowiednią z nocy wigilii św. Marka Ganseyowi kończy się czas. W dodatku bezwzględni poszukiwacze magicznych artefaktów depczą mu po piętach.

Kolejny tom przygód Kruczych Chłopców połknęłam w jeden dzień i już sięgam po ostatnią część serii. Dlaczego kartki w książkach Maggie Stiefvater kończą się tak szybko?

Maggie Stiefvater, Wiedźma z lustra, Warszawa: Uroboros, 2016, 413 s.