Czas na czytanie: „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Oryginalny scenariusz” J. K. Rowling

BookAThon powoli zbliża się ku końcowi. Jako, że „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” występowały w moim zestawieniu w dwóch kategoriach – jako książka o zwierzętach i jako książka zekranizowana w 2016 roku i udało mi się je przeczytać już pierwszego dnia maratonu, mam dziś wolne! W ramach uciszenia wyrzutów sumienia przybywam z tą rozentuzjazmowaną recenzją. Zapraszam do lektury, a sama gnam na spotkanie A może nad może z książką zaznać trochę ludzkiego towarzystwa równie zakręconych książkoholików.

Jak już wcześniej pisałam, naprawdę nie planowałam kupowania tej książki. Byłam na filmie (to przecież pozycja obowiązkowa każdego potteromaniaka), i wyszłam z kina urzeczona jego magią, mimo że nie przepadam za odtwórcą głównej roli, który swego czasu grał w co drugim kinowym hicie i po prostu „mi się przejadł”. Ale posiadanie scenariusza filmu, który już widziałam uważałam za przesadę.

 

Moje silne postanowienie zniknęło momentalnie kiedy tylko zobaczyłam tą cudowną okładkę. Ciemnogranatowa ze złotymi zdobieniami (to chyba nawet było kolorystyczne połączenie 2016 roku o ile dobrze pamiętam), wzorowanymi na art decowskiej filigranowej biżuterii, tworzącymi pełną zawijasów groteskę z wplecionymi w nie sylwetkami zwierzęcych bohaterów historii. No a, że mam duszę niuchacza, połyskujące tłoczenia na oprawienie nie pozwoliły mi grzecznie odłożyć książki na półkę i zanim się obejrzałam wyszłam z księgarni z lżejszym portfelem i cięższą torebką.

 

 

W ten oto sposób „Fantastyczne zwierzęta…” trafiły na mój regał wstydu, gdzie prezentowały się bardzo pięknie czekając cierpliwie na odpowiedni moment.

Strasznie się cieszę, że ten moment w końcu nadszedł, bo mimo mojego sceptycznego nastawienia (w końcu po filmie będąc bardzo dobrze wiedziałam co się będzie działo) bawiłam się świetnie. Fantastyczny humor, sympatyczni bohaterowie, komiczne sytuacje i zwierzęta, które najchętniej adoptowałabym w pakiecie. W dodatku, jak to dramat, czyta sie szybko, łatwo i przyjemnie. Naprawdę uwielbiam Rowling, każdy zakątek wykreowanego przez nią świata i magię, z której nigdy nie wyrosnę. Jak dla mnie może powstawać coraz więcej i więcej opowieści ze świata Harrego Pottera – książki, filmy, spektakle teatralne i scenariusze – biorę to wszystko w ciemno i z pocałowaniem ręki. Przeczytałam pół internetu fanfików i chyba już do późnej starości będę uzależniona od Harrego, taki już ze mnie zafiksowany mugol. Niech no tylko Maj jeszcze trochę podrośnie i zabieramy się za ilustrowane wydanie przygód Chłopca, Który Przeżył! Już ja się postaram, żeby moje dziecię miało równie magiczne dzieciństwo, co ja!

A wracając do „Fantastycznych zwierząt” w fantastycznej okładce – wnętrze jest równie fantastyczne. I nie tylko sama urzekająca historia, ale oprawa graficzna to majstarsztyk. Każda ze scen zakończona jest zakręconym ornamentem z odciskiem łapki (w dodatku owych odcisków jest pięć różnych, przez co czytelnik odnosi wrażenie, że każdy jest inny), a sceny rozgrywające się w różnych lokalizacjach rozpoczynają się od fantazyjnych wizerunków zwierząt zbudowanych z kropek i zawijasów.

Piękna okładka, świetna historia, cudowne opracowanie graficzne. No normalnie Gesamtkunstwerk. Uwielbiam.

J. K. Rowling, Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Oryginalny scenariusz, Poznań: Wydawnictwo Media Rodzina, 2016, 312 s.

Czas na czytanie: „Przebudzenie króla” Maggie Stiefvater

Każda historia ma swoje zakończenie i w każdej książce kiedyś kończą się strony. A im bardziej jest wciągająca, tym koniec nadchodzi szybciej.

Zdecydowanie zbyt szybko skończyły mi się strony w „Przebudzeniu króla”. A zakończenie, choć zaskakujące, ani trochę mnie nie rozczarowało.

O ironio, w kruczym cyklu kumulują się wątki, których zazwyczaj unikam w książkach, bo po prostu za nimi nie przepadam. Ani za onirycznymi klimatami, gdzie zamazują się granice między snem a jawą, ani za zaburzeniami czasu, który nie płynie liniowo, a zapętla się i tworzy meandry (Nawet Terminatora znielubiłam, kiedy okazało się, że John Connor jest starszy od swojego ojca. Do dziś nie udało mi się zrozumieć jak to się stało…), ani za różnymi możliwymi wariantami zakończenia. A jednak ani jeden z tych motywów nie drażnił mnie w „Królu kruków”, to musi być jakaś magia.

_20170506_112028

Kolejnym zaskoczeniem jest fakt, że summa summarum skończyłam serię naprawdę lubiąc wszystkich bohaterów. Ronana uwielbiałam od samego początku – buntownik z wyboru, twardy z zewnątrz i miękki w środku, mający swój świat i swoje kredki, chamski, opryskliwy, troskliwy i rodzinny. Blue też dobrze wykorzystała mój kredyt zaufania – pozostała ekscentryczną marzycielką twardo stąpającą po ziemi. A hipokryzja i miłość do jogurtów tylko dodają jej uroku. Gansey, który posiada słabości, bywa bezradny i się myli jest znacznie bardziej ludzki, niż mogłoby się to wydawać w pierwszym tomie. Ale że znajdę w sobie sympatię dla zapatrzonego wyłącznie w siebie i swoje cele, pełnego kompleksów Adama, to naprawdę się nie spodziewałam. W relacji z Ronanem sporo zyskuje i, o dziwo, naprawdę da się lubić. Szczególnie w swojej okropnej Hondayocie.

Dopiero czytając ostatnie 50 stron zauważyłam jak bardzo seria o Kruczych Chłopcach przypomina mi mojego ukochanego Harrego Pottera – jest elitarna szkoła, wróżki i wiedźmy, zaczarowane lasy i magiczne stworzenia. Jest walka z różnicami klasowymi i społecznym wykluczeniem, a pochodzenie nie determinuje przyszłości. Jest akceptacja dziwności i odmienności. Jest heroiczna walka z własnymi słabościami i próby pokonania obezwładniającego strachu. Jest niezwykła siła uprzejmości, gdzie pełna szacunku prośba może zdziałać znacznie więcej niż twardy rozkaz. I w końcu jest magia miłości, przyjaźni i poświęcenia, która zwycięża nawet śmierć. Maggie Stiefvater odnalazła równie magiczny sposób na przekazanie młodemu czytelnikowi tych samych, uniwersalnych wartości. A jej fenomenalny cykl zasługuje na zaszczytne miejsce na liście moich ulubionych książek młodzieżowych, tuż obok serii J.K. Rowling.

Naprawdę korci mnie, żeby nabyć drogą kupna cały cykl i po prostu cieszyć się z samej świadomości posiadania go na półce (a półki są w moim domu na wagę złota). Szczególnie, że okładki są piękne, cudowne i rewelacyjne – równie magiczne jak tekst, który w sobie kryją. Książki to przyjaciele, dobrze jest mieć ich blisko.

To była prawdziwa przygoda, mam nadzieję, że moja córka trafi kiedyś na tą serię. Już ja się o to postaram.

Maggie Stiefvater, Przebudzenie króla, Warszawa: Uroboros, 2016, 462 s.

Czas na czytanie: „Wiedźma z lustra” Maggie Stiefvater

Uwielbiam te książki za lekkie poczucie humoru bohaterów, bezbłędne porównania i błyskotliwe podteksty pojawiające się akurat tam, gdzie kompletnie się ich nie spodziewam. Autorka musi być prywatnie niezłym gagatkiem!

Niecodzienne poszukiwania trwają, a stawka rośnie – teraz to już nie tylko ekspedycja mająca na celu odnaleźć pochowanego przed setkami laty króla, ale misja ratunkowa. Bo mama Blue dosłownie zapadła się pod ziemię i przez przypadek zaginęła w czasie zostawiając jedynie enigmatyczną podpowiedź na temat miejsca swojego pobytu. Okazuje się również, że poza poszukiwanym idolem w podziemiach jest jeszcze dwoje śpiących, a jednego z nich lepiej nie budzić dla dobra własnego i całego świata.

Trzecia część „Króla kruków” pełna jest wilgotnych, tajemniczych jaskiń, w których lęki i obawy, nawet jeśli są głęboko zakopane w sercu, stają się rzeczywistością. Okazuje się, że czarowne Cabeswater może skrzywdzić nawet nieumyślnie. To czas prób, współpracy i ślepych zaułków.

A zgodnie z przepowiednią z nocy wigilii św. Marka Ganseyowi kończy się czas. W dodatku bezwzględni poszukiwacze magicznych artefaktów depczą mu po piętach.

Kolejny tom przygód Kruczych Chłopców połknęłam w jeden dzień i już sięgam po ostatnią część serii. Dlaczego kartki w książkach Maggie Stiefvater kończą się tak szybko?

Maggie Stiefvater, Wiedźma z lustra, Warszawa: Uroboros, 2016, 413 s.

Czas na czytanie: „Złodzieje snów” Maggie Stiefvater

Jakiś czas temu, robiąc rozeznanie w popularnych książkach młodzieżowych, sięgnęłam po „Króla kruków” – bardziej z ciekawości niż z potrzeby wsiąknięcia w dłuższą przygodę. Ot, chciałam zobaczyć co teraz młodzieży czytają. No i wsiąknęłam kompletnie. Bo przecież raz zaczętej serii nie da się odzacząć. Zatem zamiast wyczytywać sukcesywnie swój stosik wstydu (Regał. Regał wstydu…), pobiegłam do biblioteki po dalszą część tej niezwykłej przygody.

Drugi tom serii o Kruczych Chłopcach jest znacznie bardziej mroczny, tajemniczy, oniryczny. Zaciera się granica między snem a jawą i już nie do końca wiadomo co jest realne, a co jest jedynie efektem wyjątkowego snu. Albo koszmaru.

Pojawiają się płatni zabójcy, porywacze, poszukiwacze mitycznych skarbów, fajerwerki i różowe noże sprężynowe, podejrzane psychotropowe substancje, nielegalne wyścigi samochodowe i jeszcze mniej legalne pocałunki. A to, co jeszcze niedawno zdawało się być zupełnie fizyczne i łatwe do odnalezienia nagle znika. Wrogowie zmieniają się w sprzymierzeńców, a sprzymierzeńcy we wrogów. Jedne tajemnice zostają rozwiązane, inne stają się jeszcze bardziej tajemnicze.

Uwalniając się z cienia niebanalnej osobowości Ganseya, na pierwszy plan wysuwają się Ronan z Adamem, stając się głównymi bohaterami tej historii. A poszukiwania Glendowera stają w miejscu i muszą na chwilę ustąpić znacznie bardziej naglącym problemom. Co jak co, ale nuda chłopakom nie grozi.

Pierwsza część cyklu była przede wszystkim o sile przyjaźni, w drugiej owe przyjaźnie się rozluźniają. Chłopcy odkrywają swoje indywidualności , są zmuszeni sami radzić sobie ze swoimi koszmarami. Samodzielnie stawiają czoła przeznaczeniu jednocześnie wspierając się wzajemnie. Ich relacje stają się bardziej dojrzałe nie tracąc przy tym swojego uroku.

Co tu dużo mówić, pierwszy tom bardzo mi się podobał, ale po drugim już zupełnie nie widzę odwrotu. Pozostaje tylko czym prędzej zacząć trzeci.

Maggie Stiefvater, Złodzieje snów, Warszawa: Wydawnictwo Uroboros, 2016, 480 s.

Czas na czytanie: „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” oraz „Quidditch przez wieki” – porównanie z pierwszym wydaniem.

Sowi kurier przyniósł mi dziś pod drzwi, tak wyczekiwane przez polskich fanów, wznowione wydanie dodatków do Harrego Pottera: „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”, „Quidditch przez wieki” i „Baśnie Barda Beedle’a”. Chociaż, będąc szczęśliwą posiadaczką dwóch z nich, nie wyczekiwałam tej premiery tak niecierpliwie jak inni potteromaniacy, to jednak z Harrego nie wyrosnę nigdy i otwieranie paczki było dla mnie prawdziwym powrotem do dzieciństwa.

Na samym wstępie chciałabym bardzo podziękować wydawnictwu Media Rodzina za nowe wydanie – to naprawdę super, że ulegliście jękom i marudzeniom fanów. Super też, że po raz kolejny cały dochód ze sprzedaży zostaje przekazany organizacjom charytatywnym Comic Relief i Lumos. I chociaż nie wiem, czy skoro książeczki zostały napisane przez Rowling właśnie po to, by wspomóc dzieci i najuboższych, w ogóle możliwe byłoby wydanie komercyjne, ale to nie ma znaczenia. Nowe wydanie – nowe zakupy, więcej wsparcia. A pomoc zawsze jest en vogue. Zatem wielkie dzięki, jesteście najlepsi.

Różnice obu wydań są widoczne na pierwszy rzut oka. Przede wszystkim różnią się formatem – pierwsze wydanie to bardziej broszurki, niż książki (no, może książeczki). W miękkiej oprawie, niewielkie i cienkie, liczyły po około 50 stron. Nowe wydanie prezentuje się znacznie bardziej imponująco – wielkości standardowej książki (zbliżonej do A5) i w twardej oprawie. Co ciekawe, kolory oprawy zostały zamienione – wcześniej „Quidditch…” miał zieloną okładkę, a „Fantastyczne zwierzęta…” czerwoną, obecnie jest odwrotnie. Dzięki większej czcionce, lepszemu papierowi i dużej ilości ilustracji książki liczą obecnie około 150 stron.

DSC_090721

Jeśli chodzi o różnice w treści, to z „Fantastycznych zwierząt…” zniknęła przedmowa Albusa Dumbledore’a zastąpiona przedmową Newta Skamandera jako autora podręcznika. Ich treść jest zbliżona i dotyczy przekazywania funduszy na rzecz wymienionych wcześniej organizacji charytatywnych. Notka „O autorze” została przeniesiona z początku książki na jej koniec. Na końcu umieszczono również informacje o organizacjach Lumos i Comic Relief.
Wielkim plusem są fantastyczne ilustracje fantastycznych zwierząt – dekoracyjne inicjały i duże ryciny to coś, czego tej książce brakowało, w pierwszym wydaniu przedstawienia zwierząt były malutkie i pojawiały się sporadycznie. Zniknęły natomiast notatki i „bazgroły” Harrego i Rona obecne w broszurce.

DSC_0933
Ilustracje są wspaniałe. No i wszyscy kochają Niuchacze <3

Zmiany między okładkami „Quidditcha…” są mniej zauważalne – podobnie jak w „Fantastycznych zwierzętach…” informacje o autorze podręcznika zostały przeniesione na koniec, gdzie dodano również ustępy o organizacjach. Książka zyskała kilka nowych ilustracji, a te obecne w pierwszym wydaniu powiększono. Dodano ozdobne strony tytułowe rozdziałów i dekoracyjne rysuneczki otaczające numery stron.

DSC_0923
Nowe ryciny genialnie oddają klimat „Quidditcha przez wieki”.
DSC_0922
Urocze detale <3

Za wyższą jakością wydania idą również różnice w cenie – wydane w 2001 roku książeczki kosztowały 10 zł (9 sykli i 7 knutów ;)), cena okładkowa nowych wydań to 25 złotych. Jednak większe dochody, to większe wsparcie udzielone organizacjom charytatywnym i w tym przypadku z przyjemnością wydałam i więcej złotówek i sykli (choć kurs czarodziejskiej waluty na dzień dzisiejszy nie został podany).

W moim porównaniu pomijam „Baśnie Barda Beedle’a”, ponieważ mimo że czytałam je w dzieciństwie, to jednak nigdy nie miałam własnego egzemplarza. Aż do dziś! Pamiętam jednak, że pierwsze wydanie „Baśni…” znacznie różniło się od podręczników – było większe i w twardej, błękitnej oprawie. Obecnie wszystkie trzy dodatki są spójne wizualnie.

Absolutny must have każdego potteromaniaka! <3

DSC_0917J. K. Rowling, Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć, Poznań: Media Rodzina, 2017, 152 s.
J. K. Rowling, Quidditch przez wieki, Poznań: Media Rodzina, 2017, 144 s.
J. K. Rowling, Baśnie Barda Beedle’a, Poznań: Media Rodzina, 2017, 144 s

Czas na czytanie: „Bramy Światłości” Maja Lidia Kossakowska

14 dni. Tyle dokładnie zajęło mi wytrawianie w noworocznym postanowieniu o nie kupowaniu nowych książek dopóki nie wyczytam wszystkich zachomikowanych na regale (i w szafkach, koło łóżka, na komodzie i w kartonie). A potem nieopatrznie weszłam do empiku „tylko popatrzeć” i zgrzeszyłam. Bardzo dziękuję Pani Kossakowska za czynienie zwykłemu szaremu człowiekowi takich pokus i pisanie kolejnych części „Zastępów Anielskich”, żeby zwykły szary człowiek im ulegał i bankrutował. Bo po „Bramy Światłości” sięgnęłam w ciemno i bez wahania udałam się świńskim truchtem w stronę kasy. Nie darowałabym sobie zostawienia nowych przygód moich aniołków samotnych na sklepowym regale.

_20170130_090238

I tutaj trochę się zwiodłam, bo, poza Daimonem, moich ukochanych aniołków było w „Bramach Światłości” jak na lekarstwo. Pierwszym rozczarowaniem, już na pierwszych stronach, okazało się wprowadzenie nowego bohatera – podróżniczki, byłej uczennicy Razjela, w której Książę Magów był zakochany, a która w swej zarozumiałości odrzuciła jego zaloty. Sorry, ale zawsze uważałam, że Razjel kręci z Gabrielem – tak, jestem z tych skrzywionych – a tu niespodziewanie wtrynia mi się jakiś babsztyl. I to w dodatku zupełnie nieciekawy i pretensjonalny. Bardzo mi to nie w smak, ale trudno. Prawdę mówiąc nawet nie zapamiętałam jej imienia.

Owa podróżniczka przynosi swojemu byłemu mistrzowi wieść, iż gdzieś daleko daleko w Sferach Poza Czasem natknęła się na obecność Jasności. By to potwierdzić Gabriel wysyła straceńczą ekspedycję z Daimonem na czele. Akcja powieści toczy się w niegościnnych rejonach, do których wpływy królestwa niemalże nie docierają. Podczas ich kreacji autorka sięgnęła po mitologię indyjską, zatem przemierzane krainy zamieszkane są przez poddanych Brahmy, Waju, Rudry, Jamy i innych bogów hinduistycznych. Z jednej strony były to dla mnie niemal zupełnie nowe tematy, bo jednak zdecydowanie bardziej jesteśm obcykana w mitologii greckiej i rzymskiej, zatem dowiedziałam się wielu nowych rzeczy (słowniczek z tyłu książki okazał się bardzo pomocny). Z drugiej jednak jestem mocno przywiązana do klimatu początków cyklu – po prostu uwielbiałam te wszystkie przekręty wśród anielskiej elity Hajot Hakados, niebiasko-głębiańskie spiski i pałacowe knowania. Całą lekturę tęskniłam za archaniołami, bo sceny z ich udziałem można było policzyć na palcach jednej ręki – podobne uczucie do lizania cukierka przez papierek. A kolejne śmiertelnie niebezpieczne przygody prowadzonej przez Daimona wycieczki i kolejne cudowne ocalenia pod koniec stały się już nieco nużące.

I mimo, iż moje oczekiwania chyba trochę przerosły tą pozycję, to pochłonęłam ją w mgnieniu oka i z niecierpliwością czekam na tom drugi. To już chyba nieuleczalny nałóg.

Maja Lidia Kossakowska, Bramy Światłości. Tom 1, Lublin: Fabryka Słów, 2017, 512 s.

Czas na czytanie: „Książę Lestat” Anne Rice

Tak właściwie, to ten dział powinien nazywać się „Zaległe recenzje”. Jak to się dzieje, że czyta się tak szybko, a opisuje w tempie ślimaka?

Kiedy natrafiłam w internetach na zapowiedź kontynuacji Kronik Wampirów, aż podskoczyłam z radości prawie gubiąc Majkę, za co pracowicie skopała mi pęcherz. Zasada nr 23918273957092 – ciężarówki nie podskakują, motylami nie są już od dawna.

Książkę oczywiście musiałam zakupić już, teraz, natychmiast – w końcu szansa na sentymentalną podróż do czasów dzieciństwa nie zdarza się codziennie. Dobrze pamiętam wszystkie noce spędzone z latarką pod kocem, kiedy z zapartym tchem śledziłam losy bohaterów ośmiu pierwszych tomów cyklu (przez „Posiadłość Blackwood” nigdy nie udało mi się przebrnąć).

Całe szczęście Pani Rice mnie nie zawiodła. Mimo tylu lat przerwy kolejna opowieść nie odbiegała od kanonu i jak najbardziej spełniła moje oczekiwania. Lestat wciąż jest egoistą i wciąż się z tym kryguje („Nie nie, wcale nie chcę władzy nad światem i wszystkim wampirami zły głosie w mojej głowie!”), Louis wciąż „słaby, ale wrażliwy i wszyscy go kochają”, Armand zazdrośnie pilnuje swoich zabawek i swojej piaskownicy, a Gabrielle nadal jest nie do strawienia. Historia jest ciekawa, nowi bohaterowie są z „krwi i kości”, starzy nie tracą swoich temperamentów. Jedynym minusem, do którego początkowo nie mogłam się przyzwyczaić, było pisanie każdego z rozdziałów z perspektywy innej osoby. Przez ponad pół książki nie mogłam wczuć się do końca, „zanurzyć się w historię”, bo każda zmiana narracji wytrącała mnie z rytmu. Jednak z perspektywy całości rozumiem dlaczego autorka zastosowała ten zabieg i jestem w stanie się z nim zgodzić.

Z książką spędziłam bardzo przyjemne dwa wieczory, choć tym razem bez latarki i nie pod kocem (uroki tak zwanej „dorosłości”, kiedy rodzice już nie zabraniają czytać po nocach). Niecierpliwie czekam na kolejną część, którą zapewne przeczytam z równym entuzjazmem.

Ann Rice, Książę Lestat, Rebis: Poznań 2015, 592 strony.

Czas na czytanie: „Zauroczenie” (Saga o Ludziach Lodu, tom 1) Magrit Sandemo

Podczas tracenia fortuny na upragnionych truskawkach i botwince w osiedlowym warzywniaku skusiła mnie ta niewielka książeczka leżąca niepozornie między włoszczyzną, a ziemniakami. Spotkałam się z kilkoma bardzo pochlebnymi opinii o tej serii i byłam ciekawa, czy mnie również wciągnie na śmierć i życie (czyli na wszystkie 47 tomików) – zatem bez większych wyrzutów sumienia uległam pokusie i w siatce z włoszczyzną przyniosłam do domu pierwszy tom „Sagi o Ludziach Lodu”.

11012703_10203049461555997_9188972826697048456_n

Po tego rodzaju tasiemcu nie spodziewałam się żadnych głębokich przemyśleń natury egzystencjalnej ani specjalnie literackiego języka – i bardzo dobrze, bo srogo bym się rozczarowała. Zarówno poprzez miejsce zakupu, jak i dzięki dumnemu znacznikowi z tyłu książki: „Fakt. Kolekcja” nastawiałam się raczej na lekką i przyjemną lekturę, idealną na leniwy poranek w hamaku na balkonie. Mimo to książka mnie rozczarowała.

Zaczęło się całkiem ciekawie – szesnastoletnia Silie po śmierci rodziny usiłuje przetrwać kolejny dzień w ogarniętym zarazą Trondheim. Okazuje się być dobrą duszą, przygarnia więc dwoje małych dzieci znalezionych po drodze i namówiona przez tajemniczego i potwornego Zwierzoczłeka (w opisie całkowicie różnego od zawadiackiego Janosika na okładce) ratuje pewnego przystojnego drania przed malowniczo zaplanowaną egzekucją. Kolejne wydarzenia to ciąg ucieczek i pościgów oraz porywy serca to w kierunku to Przystojnego Drania, to odrażającego Zwierzoczłeka kryjącego w sobie demoniczną tajemnicę.

Być może za bardzo się wyzłośliwiam, a tego rodzaju książka po prostu miała taka być (w końcu cena 4.99 nie wzięła się z kosmosu). Lekka rozrywka dla zabieganych, nic więcej. Ale po prostu nie potrafię traktować poważnie pełnych egzaltacji wyznań targanych emocjami bohaterów i zamiast westchnienia grozy powodują one u mnie raczej parsknięcia śmiechu: „Złożyłem sobie przysięgę, że to okrutne dziedzictwo umrze wraz ze mną. Nigdy nie będę leżeć w objęciach kobiety, by niebezpieczne nasienie, które nosze w sobie, nie przeszło na innych.” – s. 123
„Jest w niej smocze nasienie, które wlał w nas zły Tengel. Smocze nasienie!” – s. 125
Oczywiście już 100 stron później (UWAGA – SPOILER) Zwierzoczłek leży w objęciach kobiety i robi użytek ze swojego złego nasienia. Co za niespodzianka.
„Gdy drżał na całym ciele, to, mimo że był już u niej tego wieczoru, otwierała przed nim swe łono, bo to przynosiło mu ukojenie.” – s. 225. Czyż to nie romantyczny i bardzo namiętny opis? Ale oczywiście „Czyniła to z pewnym smutkiem, gdyż jak większość kobiet uznawała wspólnotę duchową za ważniejszą.” Jakże by inaczej.

Samej książki nie czytało się źle, choć topornie stylizowany na szesnastowieczny język wypowiedzi bohaterów bywa męczący w swej nieudolności. Trochę się pośmiałam, trochę odmóżdzyłam (bardzo przyjemne w czasie sesji – polecam). Wolę jednak, w chwilach słabości i z potrzeby bezrefleksyjnego relaksu, tego rodzaju telenowele oglądać na ekranie telewizora („Zbuntowany anioł” i „Gorzka zemsta” <3). I choć końcówka robi się ciekawsza, może nawet trochę intrygująca, na szczęście nie czuję potrzeby sięgnięcia po kolejny tom – mój portfel chwilowo jest bezpieczny.

Margit Sandemo, Zauroczenie, Waszawa: NORDI-PRESS, 2015, 237 stron.