Czas na czytanie: „Hans Memling. Malarz tego drugiego renesansu” Łukasz Pawlak

Panie i Panowie, przed Państwem najniezwyklejsza biografia artysty na świecie, bo zamknięta w formie komiksu. I to komiksu z dużym poczuciem (często bardzo czarnego) humoru „z jajem” i na kompletnym luzie.

Komiks ten dedykowany jest młodym pasjonatom sztuki lub osobom zupełnie nieobeznanym z tematem, jego zrozumienie bowiem nie wymaga posiadania podstawowej choćby wiedzy z zakresu sztuki, czy historii – wszystkie niezbędne fakty i pojęcia zostaną podane czytelnikowi dosłownie „na talerzu”.

Zarówno życie, jak i dzieła Hansa Memlinga zostały opisane przy użyciu przystępnych, „młodzieżowych” zwrotów, które w zestawieniu z tematem historyczno-artystycznym prezentują się nieco egzotycznie, co tylko przyciąga dodatkową uwagę. Zabieg ten ma na celu zmniejszenie dystansu między czytelnikiem z ery smartfonów i internetowych memów, a XV-wiecznym malarzem słynącym z tematów religijnych. I jest bardzo skuteczny  – Memling przestaje być odległym o ponad 500 lat nieboszczykiem, o którego istnieniu świadczą jedynie historyczne zapiski i kilka machnięć pędzlem po desce. Staje się za to dobrze znanym, zupełnie swojskim „równym gościem”, który chodzi z kolegami na piwo, wpada na szalone pomysły oraz dwoi się i troi, by spełnić oczekiwania swoich zleceniodawców zgodnie z ideą „będzie Pan zadowolony!”. To chyba najlepszy patent na biografię – opisać swojego bohatera tak, żeby po prostu dał się lubić. W przypadku twórcy, o którego życiu nie wiadomo zbyt wiele, autor ma duże pole do popisu.

I chociaż początkowo drażniła mnie „kreska” rysownika (odniosłam wrażenie, że wszystko, co przedstawia jest podejrzanie obłe i zdaje się być włochate?), szybko się do niej przyzwyczaiłam. Okazało się również, że same obrazy ukazane zostały znacznie bardziej restrykcyjnie niż chociażby szczegóły anatomiczne bohaterów komiksu. W przeciwieństwie do biało-błękitno-szarej części narracyjnej, przedstawione zostały przy użyciu pełnej gamy kolorystycznej, co jest dużym plusem i na pewno ułatwi laikowi skojarzenie wizji rysownika z oryginałem.

Ten komiks to spora dawka specjalistycznych informacji nieobarczona specjalistycznym językiem. W dynamicznie rozwijającej się historii autor ukradkiem przemyca nowe pojęcia i „trudne słówka”, dzięki czemu lektura jest zarówno przyjemna, jak i pouczająca, szczególnie dla odbiorcy nie mającego dotychczas dużego kontaktu z językiem sztuki. To naprawdę sprytny sposób przekazywania wiedzy, która najzwyczajniej w świecie „sama wchodzi do głowy”.

To świetna alternatywa dla tradycyjnego wykładu, czy zdobywania wiedzy z nudnawej książki naukowej. Z pewnością będzie odświeżającym urozmaiceniem dla wszystkich uczniów, którzy zmierzą się z tą lekturą. Niejednokrotnie miałam wrażenie, że autor konstruuje swoją wypowiedź na podobnej zasadzie, z której korzystałam sama sporządzałam swoje notatki z wykładów – prosty język i zabawne porównania pomogą zapamiętać nawet najbardziej zagmatwane fakty, to znany fakt!

Bardzo się cieszę, że gdański ołtarz Memlinga doczekał się wreszcie promocji z prawdziwego zdarzenia. Jego niesamowity potencjał marketingowy już od dawna strasznie się marnował, wspaniale, że w końcu zaczęto z niego korzystać. Ślicznie poproszę więcej takich inicjatyw!

Łukasz Pawlak, Hans Memling. Malarz tego drugiego renesansu, Gdańsk: Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna im. Josepha Conrada-Korzeniowskiego w Gdańsku, 2017, 48

Czas na czytanie: „Architektki”

Naprawdę nie sądziłam, że wystarczy zaledwie rok spędzony z dala od uczelni, żebym tak bardzo zatęskniła za kontaktem ze sztuką. Tym chętniej sięgnęłam wreszcie po pozycję naukową i to z dziedziny architektury (w dodatku architektury modernistycznej!) – zawsze traktowanej przeze mnie nieco po macoszemu – które jeszcze nie tak dawno zupełnie mi przecież obrzydły. Nawet nie zauważyłam, kiedy w książce skończyły się strony, a po skończeniu lektury pozostał mi uporczywy niedosyt.

Sześciu badaczy, sześć niezwykłych kobiet i sześć esejów, które ich połączyły. Sześć silnych osobowości, sześć postaw, sześć portretów, sześć różnych sytuacji życiowych, sześć spojrzeń na świat. Choć wydaje się, że dzieli je wszystko – od statusu społecznego i materialnego, przez stan cywilny, podejście do wszechogarniających zmian, życiowe wybory, przynależność etniczna, a nawet samo spojrzenie na doktryny architektoniczne, to jednak mają ze sobą zdecydowanie więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. I wcale nie mam tu na myśli cech osobowości kojarzonych z płcią. Łączy je bowiem miłość do architektury, odwaga i wytrwałość w dążeniu do celu, nowatorskość myślenia i pragnienie zmian – społecznych, estetycznych i kulturowych.

Opracowanie podkreśla znaczenie kobiet na polskiej scenie architektonicznej – w latach 20. pojawiła się nowa, nieznana wcześniej grupa zawodowa: profesjonalne i wykształcone architektki.

„Wszystkie należały do generacji „młodych”, czyli urodzonych w latach 1895-1900, i na architektoniczną scenę weszły w latach dwudziestych, reprezentując postawę modernistyczną w pełnym tego słowa znaczeniu. Traktowały architekturę nowoczesną jako ostateczne spełnienie awangardowego idealistycznego projektu syntezy wszystkich sztuk w celu stworzenia nowej przestrzeni i nowej estetyki dla Nowego Człowieka. Niemal wszystkie były żonami lub partnerkami architektów, tworząc z nimi związki małżeńsko-architektoniczne, które w środowisku awangardy były szczególnym rodzajem prymarnych grup artystycznych, gdzie dochodziło do skomplikowanych relacji seksualno-małżeńsko-artystycznych, rozgrywających się na cienkiej granicy między tym, co prywatne, osobiste, intymne, ukryte w ścianach życia rodzinnego, a tym, co jawne i oficjalne, gdzie obowiązywała restrykcyjna „reguła patriarchalna (…) To właśnie te artystyczne/architektoniczne małżeństwa i nieformalne związki były najbardziej trwałymi elementami w zmiennym, niestabilnym środowisku awangardy i to tutaj dochodziło do akumulacji i koncentracji kapitału symbolicznego, budującego nowy kod języka plastycznego.”

Marta Leśniakowska, Barbara Brukalska: subtelna budownicza płaszczyzn i form [w:] Architektki, red. Tomasz Kunz, Kraków: Wydawnictwo EMG, 2016, s 40-41.

Kreatorki przyszłości, zdobywając wykształcenie, doświadczenie, szacunek i uznanie w dziedzinie dotychczas całkowicie zdominowanej przez mężczyzn przecierały szlaki dla przyszłych pokoleń kobiet-badaczek, kobiet-inżynierów w ich zawodowej emancypacji. To między innymi dzięki ich wytrwałości kobiety zyskały możliwość studiowania kierunków technicznych, obejmowania atrakcyjnych posad i pozyskiwania lukratywnych zleceń w całkowicie „męskim” świecie. Jako pierwsze w historii polskiej architektury, przestały pełnić zaledwie rolę pomocniczą wspierającą swych mężów – architektów, lub zadowalając się drugorzędnymi realizacjami. Stały się równymi partnerkami odpowiedzialnymi za najbardziej sztandarowe projekty epoki.

Powstałe eseje są wynikiem dogłębnych studiów i pracochłonnych poszukiwań źródłowych autorów. Mamy tu do czynienia z badaniem roli kobiety w tworzeniu się polskiej awangardy. Pada pytanie: Czy istnieje podstawa do wyodrębnienia grupy „kobiecej awangardy” o specyficznych cechach wynikających z doświadczenia płci?
„Architektki” są zbiorem sześciu esejów o niezwykłych kobiecych osobowościach, których losy rozgrywały się  w niezwykłych czasach. Każda z bohaterek w unikalny sposób miała wpływ na rozwój architektury modernistycznej zajmując indywidualne miejsce w historii polskiej nowoczesności.
Każdy z tekstów może być wstępem zarówno do pogłębionych badań biograficznych, estetycznych, jak i genderowych.

Teksty poświęcone Dianie Reiterównie (autorka Barbara Zdroja), Barbarze Brukalskiej (autorka Marta Leśniakowska), Helenie Syrkusowej (autor Rafał Ochęduszko), Halinie Skibniewskiej (autorka Marta A. Urbańska), Jadwidze Grabowskiej-Hawrylak (autor Łukasz Wojciechowski), i Anatolii Hryniewskiej-Piotrowskiej (autor Szymon Piotr Kubiak) stanowią unikalny komentarz do historii dynamicznych zmian dwudziestowiecznej Polski, rozwijających się wzniosłych idei, postawy wobec powojennego socrealizmu. Tych sześć zupełnie odmiennych życiorysów wypełnionych energią do walki z przeciwnościami, dylematami rasowymi, życiowymi, zawodowymi i etycznymi stanowi niezwykły obraz przełomowej epoki.

Teksty obrazujące rzeczywistość czasów wojennych, nawet te o charakterze naukowo-biograficznym, czyta się z zapartym tchem. Ale jeśli do trudnej sytuacji ustrojowej i politycznej, do walk o wolność i godność człowieka dołożymy tą nieco mniej widowiskową, choć wcale nie mniej ważną walkę o emancypację i faktyczne równouprawnienie, otrzymamy historię, od której trudno się oderwać. Tym bardziej poruszającą, że przecież najzupełniej prawdziwą.

Architektki, red. Tomasz Kunz, Kraków: Wydawnictwo EMG, 2016, 164 s.

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Stowarzyszenia Sztukater.

Czas na czytanie: „Za drzwiami pałacu” Cay Garcii

Każda mała dziewczynka, nawet, jeśli planuje karierę astronauty, w którymś momencie beztroskiego dzieciństwa marzy o byciu księżniczką. Piękne pałace, wystawne bale, bajeczne suknie, służba gotowa spełnić każdą twoją zachciankę – niewinne dziecięce marzenia niedające się zrealizować (wyjątek -> patrz. Kate Middleton).

A jednak i w XXI wieku niektórym dziewczynkom trafia się „los na loterii” – rodzą się w rodzinie królewskiej i dostają to, o czym marzą wszystkie inne dziewczynki na całym świecie. Mieszkają w pałacach, trwonią pieniądze, latają na zakupy do Paryża, pomiatają służbą, spędzają czas na wystawnych balach, otaczają się dziełami sztuki. Brzmi zbyt bajkowo, żeby było prawdziwie, zatem i w tej bajce czai się pewien haczyk. Kiedy jesteś księżniczką w Arabii Saudyjskiej mogąc wszystko jednocześnie nie możesz nic. Świat nieograniczonych (jak by się wydawało) możliwości okazuje się być światem szczelnie zamkniętym, podporządkowanym restrykcyjnym zasadom wiary i woli mężczyzny. Bycie księżniczką przestaje być fajne, kiedy twój „książę z bajki” może rozwieźć się z tobą przy pomocy praktycznie trzech słów kilka miesięcy po ślubie, a kosztowne stroje ukrywa się pod ciężkim materiałem abai.

Książka „Za drzwiami pałacu” pozwala czytelnikowi na małe zerknięcie w ten hermetyczny, odizolowany świat. Główna bohaterka, po zrobieniu elitarnego kursu kamerdynerskiego, zostaje zatrudniona jako osobista asystentka księżniczki Arabelli. Spisując swoje wspomnienia ze swojej kilkumiesięcznej przygody w Arabii Saudyjskiej raz na zawsze pozbawiła mnie dziecięcych marzeń o księżniczkowaniu. Bardzo przyjemnie było zatopić się w lekturze i przez chwileczkę stać się uczestnikiem karawany księżniczki podczas wyprawy na pustynię, czy wyobrazić sobie smak wszystkich opisanych dań a potem zamknąć książkę i z powrotem być szarym człowieczkiem bezpiecznym w świecie zachodu. A stosunku do kotów nigdy Arabom nie wybaczę.

Nutka egzotyki na wyciągnięcie ręki, wciąga jak ruchome piaski.

Cay Garcia, Za drzwiami pałacu, Kraków: Znak Literanowa, 2016, 266 stron.

Za przyjemność lektury dziękuje wydawnictwu Znak.

 

Czas na Czytanie: „Juliusz Studnicki (1906-1978)” – katalog wystawy.

Tak akurat wypadło, że w Światowy Dzień Książki trzeba było połączyć przyjemne z pożytecznym. Lenistwo lenistwem, ale prace jakoś nie chcą się same pisać. Choćbym nie wiem jak długo zapewniała wszystkim zebranym materiałom wspaniałe warunki pełne ciepła i świętego spokoju, nie za bardzo chcą kiełkować.

DSC_1196~2

Tym razem misja zakupienia katalogu z niedawno zakończonej wystawy poświęconej Studnickiemu, zakończyła się sukcesem. Oczywiście Lew jak zwykle pokręcił  godziny otwarcia i zaczął dobijać się do wejścia Muzeum Sopotu piętnaście minut za wcześnie. Nagrodą za taką nadgorliwość było całe 15 minut na nieplanowany spacer po plaży (i dodatkowe pieniążki wrzucone do przepastnej paszczy łakomego parkometru).

DSC_1131

Edit 24.04
Świętowanie Dnia Książki w toku, dzisiaj same prezenty <3. W skrzynce na listy znalazłam przeuroczą, małą paczuszkę z równie uroczym notesem od Czytam, bo lubię – nagrodę za udział i relację z Maratonu Czytania. Okazało się również, że wygrałam w facebookowym konkursie zorganizowanym przez Noc Muzeów i Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna w Gdańsku wielkie tomiszcze Encyklopedii Gdańskiej – jest boska, choć potrzebuję na nią nową półkę. Ale, jak wiadomo, półek na książki nigdy za wiele – to mieszkanie jest za małe.

DSC_1240~3