Czas na czytanie: „Hans Memling. Malarz tego drugiego renesansu” Łukasz Pawlak

Panie i Panowie, przed Państwem najniezwyklejsza biografia artysty na świecie, bo zamknięta w formie komiksu. I to komiksu z dużym poczuciem (często bardzo czarnego) humoru „z jajem” i na kompletnym luzie.

Komiks ten dedykowany jest młodym pasjonatom sztuki lub osobom zupełnie nieobeznanym z tematem, jego zrozumienie bowiem nie wymaga posiadania podstawowej choćby wiedzy z zakresu sztuki, czy historii – wszystkie niezbędne fakty i pojęcia zostaną podane czytelnikowi dosłownie „na talerzu”.

Zarówno życie, jak i dzieła Hansa Memlinga zostały opisane przy użyciu przystępnych, „młodzieżowych” zwrotów, które w zestawieniu z tematem historyczno-artystycznym prezentują się nieco egzotycznie, co tylko przyciąga dodatkową uwagę. Zabieg ten ma na celu zmniejszenie dystansu między czytelnikiem z ery smartfonów i internetowych memów, a XV-wiecznym malarzem słynącym z tematów religijnych. I jest bardzo skuteczny  – Memling przestaje być odległym o ponad 500 lat nieboszczykiem, o którego istnieniu świadczą jedynie historyczne zapiski i kilka machnięć pędzlem po desce. Staje się za to dobrze znanym, zupełnie swojskim „równym gościem”, który chodzi z kolegami na piwo, wpada na szalone pomysły oraz dwoi się i troi, by spełnić oczekiwania swoich zleceniodawców zgodnie z ideą „będzie Pan zadowolony!”. To chyba najlepszy patent na biografię – opisać swojego bohatera tak, żeby po prostu dał się lubić. W przypadku twórcy, o którego życiu nie wiadomo zbyt wiele, autor ma duże pole do popisu.

I chociaż początkowo drażniła mnie „kreska” rysownika (odniosłam wrażenie, że wszystko, co przedstawia jest podejrzanie obłe i zdaje się być włochate?), szybko się do niej przyzwyczaiłam. Okazało się również, że same obrazy ukazane zostały znacznie bardziej restrykcyjnie niż chociażby szczegóły anatomiczne bohaterów komiksu. W przeciwieństwie do biało-błękitno-szarej części narracyjnej, przedstawione zostały przy użyciu pełnej gamy kolorystycznej, co jest dużym plusem i na pewno ułatwi laikowi skojarzenie wizji rysownika z oryginałem.

Ten komiks to spora dawka specjalistycznych informacji nieobarczona specjalistycznym językiem. W dynamicznie rozwijającej się historii autor ukradkiem przemyca nowe pojęcia i „trudne słówka”, dzięki czemu lektura jest zarówno przyjemna, jak i pouczająca, szczególnie dla odbiorcy nie mającego dotychczas dużego kontaktu z językiem sztuki. To naprawdę sprytny sposób przekazywania wiedzy, która najzwyczajniej w świecie „sama wchodzi do głowy”.

To świetna alternatywa dla tradycyjnego wykładu, czy zdobywania wiedzy z nudnawej książki naukowej. Z pewnością będzie odświeżającym urozmaiceniem dla wszystkich uczniów, którzy zmierzą się z tą lekturą. Niejednokrotnie miałam wrażenie, że autor konstruuje swoją wypowiedź na podobnej zasadzie, z której korzystałam sama sporządzałam swoje notatki z wykładów – prosty język i zabawne porównania pomogą zapamiętać nawet najbardziej zagmatwane fakty, to znany fakt!

Bardzo się cieszę, że gdański ołtarz Memlinga doczekał się wreszcie promocji z prawdziwego zdarzenia. Jego niesamowity potencjał marketingowy już od dawna strasznie się marnował, wspaniale, że w końcu zaczęto z niego korzystać. Ślicznie poproszę więcej takich inicjatyw!

Łukasz Pawlak, Hans Memling. Malarz tego drugiego renesansu, Gdańsk: Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna im. Josepha Conrada-Korzeniowskiego w Gdańsku, 2017, 48

Czas na czytanie: „Architektki”

Naprawdę nie sądziłam, że wystarczy zaledwie rok spędzony z dala od uczelni, żebym tak bardzo zatęskniła za kontaktem ze sztuką. Tym chętniej sięgnęłam wreszcie po pozycję naukową i to z dziedziny architektury (w dodatku architektury modernistycznej!) – zawsze traktowanej przeze mnie nieco po macoszemu – które jeszcze nie tak dawno zupełnie mi przecież obrzydły. Nawet nie zauważyłam, kiedy w książce skończyły się strony, a po skończeniu lektury pozostał mi uporczywy niedosyt.

Sześciu badaczy, sześć niezwykłych kobiet i sześć esejów, które ich połączyły. Sześć silnych osobowości, sześć postaw, sześć portretów, sześć różnych sytuacji życiowych, sześć spojrzeń na świat. Choć wydaje się, że dzieli je wszystko – od statusu społecznego i materialnego, przez stan cywilny, podejście do wszechogarniających zmian, życiowe wybory, przynależność etniczna, a nawet samo spojrzenie na doktryny architektoniczne, to jednak mają ze sobą zdecydowanie więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. I wcale nie mam tu na myśli cech osobowości kojarzonych z płcią. Łączy je bowiem miłość do architektury, odwaga i wytrwałość w dążeniu do celu, nowatorskość myślenia i pragnienie zmian – społecznych, estetycznych i kulturowych.

Opracowanie podkreśla znaczenie kobiet na polskiej scenie architektonicznej – w latach 20. pojawiła się nowa, nieznana wcześniej grupa zawodowa: profesjonalne i wykształcone architektki.

„Wszystkie należały do generacji „młodych”, czyli urodzonych w latach 1895-1900, i na architektoniczną scenę weszły w latach dwudziestych, reprezentując postawę modernistyczną w pełnym tego słowa znaczeniu. Traktowały architekturę nowoczesną jako ostateczne spełnienie awangardowego idealistycznego projektu syntezy wszystkich sztuk w celu stworzenia nowej przestrzeni i nowej estetyki dla Nowego Człowieka. Niemal wszystkie były żonami lub partnerkami architektów, tworząc z nimi związki małżeńsko-architektoniczne, które w środowisku awangardy były szczególnym rodzajem prymarnych grup artystycznych, gdzie dochodziło do skomplikowanych relacji seksualno-małżeńsko-artystycznych, rozgrywających się na cienkiej granicy między tym, co prywatne, osobiste, intymne, ukryte w ścianach życia rodzinnego, a tym, co jawne i oficjalne, gdzie obowiązywała restrykcyjna „reguła patriarchalna (…) To właśnie te artystyczne/architektoniczne małżeństwa i nieformalne związki były najbardziej trwałymi elementami w zmiennym, niestabilnym środowisku awangardy i to tutaj dochodziło do akumulacji i koncentracji kapitału symbolicznego, budującego nowy kod języka plastycznego.”

Marta Leśniakowska, Barbara Brukalska: subtelna budownicza płaszczyzn i form [w:] Architektki, red. Tomasz Kunz, Kraków: Wydawnictwo EMG, 2016, s 40-41.

Kreatorki przyszłości, zdobywając wykształcenie, doświadczenie, szacunek i uznanie w dziedzinie dotychczas całkowicie zdominowanej przez mężczyzn przecierały szlaki dla przyszłych pokoleń kobiet-badaczek, kobiet-inżynierów w ich zawodowej emancypacji. To między innymi dzięki ich wytrwałości kobiety zyskały możliwość studiowania kierunków technicznych, obejmowania atrakcyjnych posad i pozyskiwania lukratywnych zleceń w całkowicie „męskim” świecie. Jako pierwsze w historii polskiej architektury, przestały pełnić zaledwie rolę pomocniczą wspierającą swych mężów – architektów, lub zadowalając się drugorzędnymi realizacjami. Stały się równymi partnerkami odpowiedzialnymi za najbardziej sztandarowe projekty epoki.

Powstałe eseje są wynikiem dogłębnych studiów i pracochłonnych poszukiwań źródłowych autorów. Mamy tu do czynienia z badaniem roli kobiety w tworzeniu się polskiej awangardy. Pada pytanie: Czy istnieje podstawa do wyodrębnienia grupy „kobiecej awangardy” o specyficznych cechach wynikających z doświadczenia płci?
„Architektki” są zbiorem sześciu esejów o niezwykłych kobiecych osobowościach, których losy rozgrywały się  w niezwykłych czasach. Każda z bohaterek w unikalny sposób miała wpływ na rozwój architektury modernistycznej zajmując indywidualne miejsce w historii polskiej nowoczesności.
Każdy z tekstów może być wstępem zarówno do pogłębionych badań biograficznych, estetycznych, jak i genderowych.

Teksty poświęcone Dianie Reiterównie (autorka Barbara Zdroja), Barbarze Brukalskiej (autorka Marta Leśniakowska), Helenie Syrkusowej (autor Rafał Ochęduszko), Halinie Skibniewskiej (autorka Marta A. Urbańska), Jadwidze Grabowskiej-Hawrylak (autor Łukasz Wojciechowski), i Anatolii Hryniewskiej-Piotrowskiej (autor Szymon Piotr Kubiak) stanowią unikalny komentarz do historii dynamicznych zmian dwudziestowiecznej Polski, rozwijających się wzniosłych idei, postawy wobec powojennego socrealizmu. Tych sześć zupełnie odmiennych życiorysów wypełnionych energią do walki z przeciwnościami, dylematami rasowymi, życiowymi, zawodowymi i etycznymi stanowi niezwykły obraz przełomowej epoki.

Teksty obrazujące rzeczywistość czasów wojennych, nawet te o charakterze naukowo-biograficznym, czyta się z zapartym tchem. Ale jeśli do trudnej sytuacji ustrojowej i politycznej, do walk o wolność i godność człowieka dołożymy tą nieco mniej widowiskową, choć wcale nie mniej ważną walkę o emancypację i faktyczne równouprawnienie, otrzymamy historię, od której trudno się oderwać. Tym bardziej poruszającą, że przecież najzupełniej prawdziwą.

Architektki, red. Tomasz Kunz, Kraków: Wydawnictwo EMG, 2016, 164 s.

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Stowarzyszenia Sztukater.

Czas na czytanie: „Kobieta dość doskonała” Sylwia Kubryńska

Oto i ona – książka, którą kiedyś wygrałam jako niespodziankę w pewnym facebookowym konkursie. Czytałam o niej sporo pozytywnych opinii więc do lektury podeszłam entuzjastycznie. Za pierwszym razem nie udało mi się wciągnąć i odłożyłam ją na lepsze czasy. Tak samo było również za drugim i trzecim razem – po prostu już po 50 stronach miałam dość. Spodziewałam się czegoś z ironicznym humorem i sporą dawką dystansu. A dostałam, no cóż, gniota.

Do kolejnego podejścia zainspirowało mnie jedno z wyzwań wakacyjnego bookAThonu – ta pozycja była pierwszą, która przyszła mi do głowy po przeczytaniu hasła „zła książka”. I chociaż było ciężko, zawzięłam się i zmęczyłam ją do końca, chociaż trwało to ponad trzy dni i nieco pokrzyżowało moje maratonowe plany.

IMG_20170705_212142_854

„Kobieta dość doskonała” to opowieść o uniwersalnej bohaterce o wielu imionach (a może po prostu ja gdzieś się w pewnym momencie pogubiłam), będącej trochę sobą, a trochę każdą z polskich kobiet. Kasia jest również Zosią, a także córką, dziewczyną, narzeczoną, żoną, matką polką i babką. Jest specjalistką od odejmowania błędnych życiowych wyborów i magnesem na wszelkie zawirowania.

To smutny portret dziewczynki z rozbitej rodziny, dorastającej w czasach PRLu, która samotnie mierzy się z pierwszymi (i kolejnymi) kompleksami kobiecości. Nikomu nie ufa, nie potrafi odpoczywać, stale obarcza siebie coraz to kolejnymi obowiązkami. Jest zakompleksiona, chaotyczna i beznadziejna w planowaniu. Żyje ciągłymi skurczami w pogoni za nieosiągalnym ideałem. Miota się od euforii do rozpaczy, od tragedii do tragedii i wszystkie dokładnie rozpamiętuje wpędzając się w coraz głębszy dołek. A za całe swoje psychiczne rozedrganie i życiowy bałagan oskarża praktycznie wszystkich ludzi, których spotkała na każdym kolejnym etapie swojego rozwoju.

Niestety, moim zdaniem ta powieść to po prostu bełkot. Jeden wielki ciąg niepoukładanych emocji, pełen przesady, patosu i egzaltacji. I kiedy bohaterka jest jeszcze nastolatką, tego typu narracja jest do przyjęcia. Ale kiedy cieleśnie (wreszcie!) wyrasta z tego okresu, mentalnie nie podlega żadnemu rozwojowi i staje się po prostu potwornie męcząca. Podobnie jak składnia, stylistyka i porównania autorki.

Co ja tu, kurwa robię?!
Człowiekowi niełatwo jest zrozumieć, co on tu, kurwa, robi. Człowiek może sobie takie pytanie powtarzać jak mantrę, ale odpowiedzi nie zna. Człowiek w przestrzeniach wewnętrznych może się trząść jak zmarznięty ratler, ale wewnętrznych przestrzeni nie opuszcza. Trzęsie się więc, ale przecież biega, biega jak w kołowrotku. A póki biega (choćby w kółko), zdaje mu się, że w tej bieganinie jest jakiś sens.
Żeby ujrzeć obraz, trzeba opuścić jego ramy.
Ale człowiek ram nie opuści, człowieka z tych ram musi coś wyrzucić, wystrzelić brutalnie a boleśnie.”

I tak dalej i tak dalej. Prawie 300 stron obramowanego zmarzniętego ratlerka w kołowrotku bezsensu. I nasuwa się refleksja: „Co ja czytam?!”.

Ani przez sekundę nie udało mi się utożsamić z żadnym z bohaterów tej książki, nie nawiązaliśmy najcieńszej nawet nici porozumienia, chociaż naprawdę się starałam. Czasem wydawało mi się, że już, już będziemy miały jakąś wspólną cechę, ale wszystkie te momenty kończyły się totalnym rozczarowaniem.

Może mój problem w zrozumieniu sytuacji głównej bohaterki tkwi w tym, że jest ode mnie kompletnie różna – jak mogłabym ogarnąć wszystkie te małe wielkie tragedie, skoro sama jestem typową „dziewczynką z dobrego domu”, która wychowała się w szczęśliwej i kochającej rodzinie, w dużym mieście, w czasach kapitalizmu, a w dzieciństwie nigdy nie widziała wódki na stole? Jak mogłabym zrozumieć te dramaty samoakceptacji, kiedy moja mama nie miała najmniejszego problemu, by porozmawiać ze mną o miesiączce, a poza oczywistymi wymaganiami samych piątek i grzecznego dziewczyńskiego zachowania wpoiła mi również sporą dawkę pewności siebie, wiarę we własne możliwości, umiejętność podejmowania decyzji i akceptację samej siebie. Wiadomo, że kiedy przyniosłam do domu nieszczęsne cztery z plusem zawsze słyszałam „A co dostała Asia?”. Wiadomo, że zawsze towarzyszyły mi większe lub mniejsze kompleksy, ale mimo to zawsze bardzo Asię lubiłam i podziwiałam jej trud włożony w naukę, a eksperymenty z farbowaniem włosów i pierwszym makijażem były zawsze wyłącznie dobrą zabawą, a nie desperackimi próbami naprawienia błędów natury.

Może jestem ze zbyt młodego pokolenia. Może miałam „zbyt dobre” dzieciństwo i zbyt wiele do powiedzenia i dlatego kompletnie mi ta książka nie leży?

A może to dlatego, że znalazłam sobie fantastycznego męża i nie mam problemu z poproszeniem go o pomoc, ani (o zgrozo!) z oddaniem mu części domowych obowiązków, żebym mogła sobie (o zgrozo na z zgrozami!) odpocząć?

Ale jakoś mimo wszystko nie żałuję.

Owszem, zgadzam się, że stały pościg za nieosiągalnymi ideałami prowadzi do samooceny, i mnie w moim, jak na razie bardzo krótkim, życiu zdążyła już dopaść deprecha (chociaż w porównaniu z opisywanym w tej książce przypadkiem jestem oazą spokoju i mistrzynią zen całkowicie pogodzoną z kosmosem). Ale wobec tego mamy się nie starać? Zaniżać do „gorszych” zamiast starać się dorównać „lepszym”? Z własnego doświadczenia wiem, że babskie emocje są trudne do opanowania, ale w połączeniu z odrobiną zdrowego rozsądku potrafią stać się olbrzymią siłą napędową. Bo nie da się ukryć i „jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”, a biadolenie nad złem tego świata w niczym nie pomoże.

Dlatego dzięki Ci Mamo, za wspaniałe dzieciństwo i za wspaniałego Tatę i świetne dzieciństwo, nawet kiedy raz za razem planowałam ucieczki z domu (bo przecież tak mi w nim źle, skoro rodzice każą odrabiać lekcje i zachowywać się przywozicie, zamiast skakać po drzewach do późnej nocy i zachowywać się „jak chłopak”). Dzięki wam za to, że jestem „dziewczynką z dobrego domu” i że mogę spokojnie uznać tą książkę za beznadziejną, bo nie o mnie. I wiecie co? Zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby moja córka też taka była. Bo mam na to wpływ.

_20170706_161828

I jeszcze jedna przemądrzała uwaga do autorki:

Ze szpitala poszłyśmy z matką do kościoła i tam zobaczyłam ten obraz, „Sąd Ostateczny” Memlinga, I wtedy dopiero poraził mnie piorun wszetecznej, pierwszej i w swoim pierwszeństwie absolutnie niedorzecznej miłości. Piekielnym zrządzeniem sił zmagających się na obrazie, pojęłam występną, acz wielce kuszącą urodę „poliamoryzmu”. Zakochałam się bowiem w diabłach, w aniołach, w potępieńcach, w Jezusie nawet trochę, a przede wszystkim w tej rudej spod deski. I jakby było tego mało, dalej się zakochiwałam, na łeb na szyję leciał przebrany za Neptuna Amor i przebijał trójzębem kolejne moje serca, skazując jednocześnie na potępienie miłosne. I tak pokochałam ramę, a właściwie trzy ramy obrazu, z rozpędu pokochałam Pietę z kapliczki po prawej, zakochałam się też w surowej posadzce, w niebotycznych sklepieniach, przepadłam wśród posępnych ław i zapachu kamienia, totalnie oszalałam na punkcie ciemnej cegły i strzelistych wież, a główna, ta monumentalna, na którą się wspięłam, wręcz zawróciła mi w głowie.

Pani Sylwio, pani bohaterka nie mogła w latach 80., ani tym bardziej 90. zobaczyć obrazu „Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga „w kościele” (mniemam iż chodzi o Kościół Mariacki), gdyż od 1958 roku ołtarz ten był przechowywany w Muzeum Pomorskim (dziś Muzeum Narodowe w Gdańsku). Wiem, że obejrzenie obrazu w świątyni jest znacznie romantyczniejszą wizją, ale jednak w takiej sytuacji mało realistyczną. Chyba, że Kasia przeżyła swoją małą ekstazę pod wpływem bardzo kiepskiej dziewiętnastowiecznej kopii, która obecnie się tam znajduje, ale to uważam za jeszcze mniej realistyczne. Wiem, wiem – trochę się czepiam, ale jakoś nie potrafię się powstrzymać.

Suma summarum z całej książki za wartościowe uważam dosłownie kilka stron, do których niezwykle trudno się dostać, bo wymaga to przebrnięcia przez skłębioną masę infantylnej emocjonalnej burzy bez szansy na jakikolwiek rozwój. Po prostu szkoda czasu na tego gniota.

Sylwia Kubryńska, Kobieta dość doskonała, Poznań: Wydawnictwo Czwarta Strona, 2015, 286 s.

Czas na czytanie: „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Oryginalny scenariusz” J. K. Rowling

BookAThon powoli zbliża się ku końcowi. Jako, że „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” występowały w moim zestawieniu w dwóch kategoriach – jako książka o zwierzętach i jako książka zekranizowana w 2016 roku i udało mi się je przeczytać już pierwszego dnia maratonu, mam dziś wolne! W ramach uciszenia wyrzutów sumienia przybywam z tą rozentuzjazmowaną recenzją. Zapraszam do lektury, a sama gnam na spotkanie A może nad może z książką zaznać trochę ludzkiego towarzystwa równie zakręconych książkoholików.

Jak już wcześniej pisałam, naprawdę nie planowałam kupowania tej książki. Byłam na filmie (to przecież pozycja obowiązkowa każdego potteromaniaka), i wyszłam z kina urzeczona jego magią, mimo że nie przepadam za odtwórcą głównej roli, który swego czasu grał w co drugim kinowym hicie i po prostu „mi się przejadł”. Ale posiadanie scenariusza filmu, który już widziałam uważałam za przesadę.

 

Moje silne postanowienie zniknęło momentalnie kiedy tylko zobaczyłam tą cudowną okładkę. Ciemnogranatowa ze złotymi zdobieniami (to chyba nawet było kolorystyczne połączenie 2016 roku o ile dobrze pamiętam), wzorowanymi na art decowskiej filigranowej biżuterii, tworzącymi pełną zawijasów groteskę z wplecionymi w nie sylwetkami zwierzęcych bohaterów historii. No a, że mam duszę niuchacza, połyskujące tłoczenia na oprawienie nie pozwoliły mi grzecznie odłożyć książki na półkę i zanim się obejrzałam wyszłam z księgarni z lżejszym portfelem i cięższą torebką.

 

 

W ten oto sposób „Fantastyczne zwierzęta…” trafiły na mój regał wstydu, gdzie prezentowały się bardzo pięknie czekając cierpliwie na odpowiedni moment.

Strasznie się cieszę, że ten moment w końcu nadszedł, bo mimo mojego sceptycznego nastawienia (w końcu po filmie będąc bardzo dobrze wiedziałam co się będzie działo) bawiłam się świetnie. Fantastyczny humor, sympatyczni bohaterowie, komiczne sytuacje i zwierzęta, które najchętniej adoptowałabym w pakiecie. W dodatku, jak to dramat, czyta sie szybko, łatwo i przyjemnie. Naprawdę uwielbiam Rowling, każdy zakątek wykreowanego przez nią świata i magię, z której nigdy nie wyrosnę. Jak dla mnie może powstawać coraz więcej i więcej opowieści ze świata Harrego Pottera – książki, filmy, spektakle teatralne i scenariusze – biorę to wszystko w ciemno i z pocałowaniem ręki. Przeczytałam pół internetu fanfików i chyba już do późnej starości będę uzależniona od Harrego, taki już ze mnie zafiksowany mugol. Niech no tylko Maj jeszcze trochę podrośnie i zabieramy się za ilustrowane wydanie przygód Chłopca, Który Przeżył! Już ja się postaram, żeby moje dziecię miało równie magiczne dzieciństwo, co ja!

A wracając do „Fantastycznych zwierząt” w fantastycznej okładce – wnętrze jest równie fantastyczne. I nie tylko sama urzekająca historia, ale oprawa graficzna to majstarsztyk. Każda ze scen zakończona jest zakręconym ornamentem z odciskiem łapki (w dodatku owych odcisków jest pięć różnych, przez co czytelnik odnosi wrażenie, że każdy jest inny), a sceny rozgrywające się w różnych lokalizacjach rozpoczynają się od fantazyjnych wizerunków zwierząt zbudowanych z kropek i zawijasów.

Piękna okładka, świetna historia, cudowne opracowanie graficzne. No normalnie Gesamtkunstwerk. Uwielbiam.

J. K. Rowling, Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Oryginalny scenariusz, Poznań: Wydawnictwo Media Rodzina, 2016, 312 s.

Środa z Bajkowirem: „Kreatywne dzieci. 21 przepisów na twórcze popołudnie” Renata Kochan

To już czwarty wpis z cyklu „Środa z Bajkowirem”, to znaczy, że moja przygoda z tym blogiem ma już okrągły miesiąc!

Z tej okazji, dzięki uprzejmości wydawnictwa Zysk i S-ka, możecie przeczytać recenzję książki pełnej fantastycznych pomysłów na wspólne spędzanie czasu z dzieckiem. Korzystając z jednej z inspiracji Renaty Kochan, moja Maj w dniu dzisiejszym, mając 18 miesięcy, stworzyła swój pierwszy portret/martwą naturę w stylu Arcimbolda! Moja dusza historyka sztuki płacze że wzruszenia i radości, a serce rozpiera duma ♥

Recenzję można przeczytać TUTAJ, serdecznie zapraszam!

Czas na czytanie: „Hygge. Duńska sztuka szczęścia” Marie Tourell Søderberg

W zeszłą sobotę miałam przyjemność uczestniczyć w spotkaniu z autorką książki na temat cieszący się ostatnio niesłabnącą popularnością. W końcu wiem jak prawidłowo wymówić to słynne „hygge”!

Marie Tourell Søderberg, duńska aktorka filmowa i dubbingowa, po śmierci ojca przewartościowała swoje życiowe pragnienia. Odnalazła radość w małych rzeczach, szczególnie podczas momentów spędzanych z mamą i siostrą oraz w gronie najbliższych przyjaciół. Okazało się że te niewielkie codzienne radości mają znacznie większy wpływ ogół jej dobrego samopoczucia, niż dalekie podróże, sława i sukcesy zawodowe. To odkrycie, będące dla niej całkowitą zmiana światopoglądu, było natchnieniem do napisania bestselleru „Hygge. Duńska sztuka szczęścia.”

Samo hygge to atmosfera, specyficzny stan kojarzony głównie ze spokojem, harmonią, ciepłem domowego ogniska, pielęgnowaniem drobnych codziennych rytuałów i zapomnianych tradycji. Jest przeciwieństwem rywalizacji, troską o komfort drugiego człowieka, podążaniem za autentycznością.

Choć hygge ma swoje atrybuty, wynikające głównie z uwarunkowań geograficznych kraju, w którym powstało – gruby koc, świece i ogień w kominku, kubek z gorącą herbatą – to  jednak poczucie przynależności i więzi społeczne w wąskiej, hermetycznej grupie najbliższych osób są cenione bardziej niż estetyka, porządek i standardy.

Podczas lektury poznamy relacje kilku osób w różnym wieku i o różnym statusie społecznym żyjących według tej filozofii, dowiemy się czym jest hygge dla wybranych postaci ze świata kultury, badaczy zachowań ludzkich i samej autorki. Znajdziemy też kilka słów o etymologii i wymowie samego „hygge” i próby wytłumaczenia jego powstania w historii, kulturze i pogodzie Danii oraz kojarzonym z tym pojęciem designie.

Właściwie trudno podłączyć tą pozycję bod jakiś konkretny gatunek – w dużej mierze jest to poradnik, znajdziemy w nim pomysły na wprowadzenie atmosfery hygge do naszego domu, przepisy na hygge jedzenie i inspiracje do wspólnego spędzania hygge czasu z rodziną.

Nie odnajdziemy tu głębokich analiz społeczno-psychologicznych, daleko jej również od uwznioślonego manifestu filozoficznego. Choć zdaje sito raczej krótki wykład na temat nie do końca uchwytnego zjawiska kulturowego, charakteryzującego się dużym subiektywizmem odczuwania. To trochę przepis na hygge według Marie – próba jak najbardziej przejrzystego określenia tego pojęcia wraz z przykładami tego, co może być hygge dla danych osób.

Książka jest przepięknie wydana (to jedna z niewielu pozycji, które chciałam mieć w twardej oprawie), z magiczną okładką, ilustrowana klimatycznymi fotografiami. Nie kryje się w niej jednak dużo treści, a całość spokojnie można przeczytać podczas jednego hyggowania w gorącej kąpieli. To zdecydowanie bardziej estetyczny artefakt, niż rozprawa naukowa czy choćby dokładna analiza pojęcia. Ta książka jest jednak przyjemnym wprowadzeniem w temat i to chyba całkowicie mi wystarczy.

Tym, co mnie w hygge urzekło, jest stanie w opozycji do tak modnych obecnie fit diet, wegańskich zamienników zdrowego odżywiania. W hygge dużą rolę odgrywa jedzenie, jako źródło przyjemności i satysfakcji oraz czas spędzony wspólnie z rodziną przy stole i podczas gotowania, a nie jedynie niewygodny sposób na zaspokojenie podstawowej potrzeby, jaką jest głód. Uwielbiam jeść i dla mnie puchar lodów z bitą śmietaną, albo gołąbki w asyście zacnego kopczyka ziemniaków są znacznie bardziej hygge niż idealnie szczupła sylwetka. Oczywiście bolące stawy i choroby wynikające z otyłości już zupełnie nie są hygge. Podobnie jak uparte wciskanie w siebie gluta ze zmielonego banana i awokado wmawiając sobie, że to pyszny mus czekoladowy, choć ani nam nie smakuje, ani nie ma nic wspólnego z czekoladą.

Drugą cechą, za którą pokochałam hygge, jest zachęta do WYLUZOWANIA, czyli coś, z czym od dłuższego czasu mam spory problem.

„Zauważyłam, że w moim życiu najwięcej hygge też pojawia się właśnie wtedy, gdy przestaję wszystko kontrolować i pozwalam sobie odrobinę luzu.”

W końcu tylko spokój nas uratuje. A przynajmniej mnie.

I to wcale nie tak, że dopóki mniej więcej rok temu nowy trend i powszechna moda nie powiedziały nam, że Duńczycy wynaleźli (nazwali?) coś takiego jak hygge, to wcześniej go nie odczuwaliśmy, lub w innych kulturach w ogóle nie występuje. Wręcz przeciwnie, wierząc na słowo autorce, w niektórych krajach hygguje się lepiej niż w Danii, gdzie hygge „wynaleziono” – na przykład w krajach południowych, jak Francja, czy Włochy, ludzie są znacznie bardziej otwarci, a ich własny sposób na hygge pozbawiony jest tak typowej dla Skandynawów hermetyczności. Dążenie do szczęścia i czerpanie niewielkich radości z codzienności to bardzo ludzkie zachowanie, tym bardziej pożądane w coraz bardziej przyspieszającym świecie. A moda na hygge ma chyba na celu zachęcić do poświęcenia tym chwilom uwagi, do skupienia na tych momentach wyciszenia i bliskości z innymi. I wśród całej komercyjnej otoczki, to przesłanie jest super.

„Popularne powiedzenie mówi, że trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie płotu, czyli, że inni mają zapewne życie ciekawsze, lepsze i bogatsze od naszego. To nieprawda: trwa jest bardziej zielona tam, gdzie ją podlewamy! Pamiętajcie o tym!” – te słowa Marie podsumowujące spotkanie, (cytat z artykułu Sebastiana Łupak „Autorka z Kopanhagi wyjaśnia w Gdańsku hygge duńską sztukę szczęścia” na portalu gdańsk.pl) bardzo przypadły słuchaczom do gustu i stały się niekwestionowanym cytatem dnia. Trzeba przyznać, że coś w nich jest :D

Marie Tourell Søderberg, Hygge. Duńska sztuka szczęścia, Kraków: Wydawnictwo Insignis Media, 2016, 224 s.

Spotkanie z Marie Søderberg, w którym uczestniczyłam, odbyło się 24 czerwca, w Filii nr 9 Miejskiej i Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Gdańsku. Podsumowujący je artykuł można przeczytać TU.

 

Czas na czytanie: „100 zabaw z tatą. Najlepsze pomysły na spędzanie czasu z dzieckiem” Gilles Diederichs

„Tata jest trochę jak drzewo, pod którym maluch może się schronić, ale także znaleźć pocieszenie i wsparcie przy powstawaniu z upadku.”

Tą niewielką książkę sprezentowałyśmy Tacie z okazji dzisiejszego święta. Zawiera ona ponad 100 pomysłów i inspiracji na wspólne spędzanie chwil, które my nazywamy „czasem tatusia z bobasem”.

Wszystkie zabawy przedstawione zostały w prosty i zwięzły sposób – wypunktowane, wzbogacone jedną lub dwiema dobrymi radami, czasem dopełnione ilustracją. W końcu który tata, mając pod opieką (najczęściej uciekającego albo już rozbierającego dom na części pierwsze) bobasa ma czas na czytanie elaboratów? Potrzebny jest szybki dostęp do fajnego pomysłu na zajęcie czasu potomka. I to właśnie to zapewnia ta lektura. Co ważne, format książki pozwala na jej obsługę również przy użyciu jednej ręki!

 

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Książeczka podzielona została na trzy części zawierającymi zabawy dostosowane do wieku dziecka – maluszki, czyli bobasy od urodzenia do 2 lat, starszaki od 2 do 5 lat i dzieci od 5 do 10 lat.

Piktogramy umieszczone przy każdej z inspiracji pozwolą określić orientacyjny czas, jaki trzeba zarezerwować na daną zabawę, wiek i stopień rozwoju dziecka oraz czy zabawa wymaga poczynienia wcześniej określonych przygotowań lub materiałów.

A samych zabaw jest mnóstwo – od wyciszających masażyków do pełnych śmiechu szaleństw, od zabaw paluszkowych, do brudzących prac plastycznych, od pierwszej wspólnej gimnastyki aż po zawody sumo, od zabaw nie wymagających żadnych przygotowań aż po pomysły na gadżety i akcesoria DIY (a wiadomo jak tatusiowie uwielbiają majsterkować), od prostych ćwiczeń oddechowych aż po dramę. Znajdą się zabawy do wykorzystania w domowym zaciszu, w podróży i na podwórku, rymowanki i pokazywanki, ćwiczenia statyczne i ćwiczenia ruchowe. A poza samymi zabawami znajdą się również inne pomysły na wspólne spędzanie czasu – gotowanie wraz z prostymi przepisami dla całej rodziny, inspiracje na wspólne odkrywanie świata i natury oraz wiele innych aktywności pomagających poznać siebie nawzajem. Zabawy wspomagają rozwój dziecka, pomagają w budowaniu więzi, koncentrują sie na przyjemności wynikającej z bycia razem.

Dodatkowo ta pozycja jest bardzo atrakcyjna wizualnie – bardzo przejżysta, intuicyjna w obsłudze, kolorowa, wzbogacona o sympatyczne ilustracje i pomocne schematy. Niewielka i lekka, bez problemu można zabrać ją ze sobą na wyjazd lub spacer.

Zazwyczaj tego typu poradniki skupiają się na pomocy mamom w zorganizowaniu dziecku wolnego czasu, najlepiej w sposób jak najbardziej wspierajacy rozwój malucha. Super, że ktoś w końcu wziął się za aktywizację tatusiów, bo oni sami przecież aż rwą się do zabawy. A mama na pewno chętnie troszkę odpocznie ;)

Mała książka, mało tekstu, dużo treści i mnóstwo zabawy. Całą rodziną serdecznie polecamy!

Gilles Diederichs, 100 zabaw z tatą. Najlepsze pomysły na spędzanie czasu z dzieckiem, Kielce: Wydawnictwo JEDNOŚĆ, 2016, 112 s.

Bajki Majki: „Mój tata” Anthony Browne

O pierwszym naszym spotkaniu z tym autorem i książeczką „Moja mama” pisałam przy okazji Dnia Mamy. Dziś mamy kolejne super ważne święto i kolejną adekwatną lekturę.

„Mój tata” to równie ciepła, przesympatyczna historyjka o niekwestionowanym autorytecie, jakim test tata. Pełna jest codziennych zachwytów tatowymi cechami i zdumiewającymi umiejętnościami. Bo tata jest prawdziwym bohaterem – nie boi się nawet złego wilka, potrafi przeskoczyć księżyc i jest silniejszy od olbrzyma. Autor nie szczędzi mu też wielu cech zwierzęcych – tata jest mądry jak sowa, miękki jak miś, silny jak goryl, je tyle co koń i jest wesoły jak hipopotam (to zdecydowanie moje ulubione porównanie). A w dodatku jest wielki jak koń i szurnięty jak szczotka :D

Kartonowa książeczka z zaokrąglonymi rogami jest wytrzymała i bezpieczna, a jej niewielki format i grube strony są przyjazne małym rączkom, dlatego można czytać ją wspólnie, jak i spokojnie dać dziecku do samodzielnego oglądania.

I w tym przypadku jestem zachwycona pewną autentycznością ilustracji – doskonale widać, że tata jest niewyspany, niedogolony i nie ma czasu na wizytę u fryzjera, a wygrana w szkolnym wyścigu ojców to nie bułka z masłem i wymaga nie lada wysiłku. Ale czego się nie robi dla uśmiechu swojej pociechy?

Po raz drugi nieposkromiona wyobraźnia autora stworzyła małe dzieło sztuki. Polecamy wszystkim dzieciom, ale przede wszystkim każdemu SUPERTACIE w dniu jego święta i na co dzień.

Tatusiowie, kochamy was bardzo mocno! I nigdy nie przestniemy!

Anthony Browne, Mój tata, Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2016, 24 s.

Czas na czytanie: „Ruina i rewolta” Leigh Bardugo

Trzeci tom Trylogii Grisza zdecydowania utarł spory kawałek mojego zarozumiałego nosa. Żywione przeze mnie podejrzenia okazały się być chybione (nieznacznie, ale jednak), a złośliwe żarty – naprawdę myślałam, że mimo tylu ochoczych adoratorów Alina umrze w czystości jak na świętą przystało – okazały się nie mieć pokrycia.

_20170620_213038

Cykl Bardugo jest bardzo dobrym przykładem rozwoju warsztatu pisarskiego – każdy kolejny tom jest lepszy, bardziej zaskakujący i dopracowany. Postacie ewoluują i dojrzewają, zyskujemy również szerszy ogląd na sytuację społecznopolityczną Ravki. Warsztat ten osiągnie mistrzostwo w kolejnej dylogii autorki – „Szóstce wron” i „Królestwie kanciarzy”.

Wbrew moim smętnym podejrzeniom, mimo sporych strat (pewnej ognistorudej postaci wciąż nie mogę odżałować) i krwi, która w tym tomie leje się całkiem wartkimi strumieniami, dostałam całkiem disneyowskie szczęśliwe zakończenie. Takie z białym welonem, biegającymi wokół dziećmi, domkiem na peryferiach i przyjaźniami aż po grób. I w sumie świetnie się składa, bo ja przecież lubię takie zakończenia. Najwyraźniej podobne przyciąga podobne.

Jeśli coś nie podpasowało mi w całej serii, to jest to tłumaczenie. Jasne, to zupełnie naturalne, że wolę to, do którego jestem przyzwyczajona, czyli po prostu to, które czytałam pierwsze. Jako, że zaczęłam czytać Bardugo od końca, jest to tłumaczenie Wojciecha Szypuły i Małgorzaty Strzelec z „Szóstki wron”. Wydaje mi się, że lepiej trafili z nazwami zakonów griszów i bardziej wystrzegają się długich i udziwnionych odmian. Jakoś lepiej mi brzmi „stal griszów” niż „griszaicka stal”, a „nowoziemczański zwyczaj” już zupełnie mnie przerasta. I przyznaję się tu do paskudnej hipokryzji, bo sama przecież wymyślam i używam masę przedziwnych odmian i słowotwórczych nazw jak „majojogurty”, czy „poddupniczek”. Ale to chyba po prostu rzecz gustu, a powszechnie wiadomo, że są gusta i guściki i się o nich nie dyskutuje ;)

Jakby ktoś się jeszcze zastanawiał nad sięgnięciem po tą serię, to polecam. Nie jest to może i mistrzostwo świata, ale na pewno świetna przygoda.

Leigh Bardugo, Ruina i rewolta, Słupsk: Wydawnictwo Papierowy księżyc, 2015, 437 s.