Czas na czytanie: „Bramy Światłości: Tom 2” Maja Lidia Kossakowska

„Gdzie była podniosła, surowa chwała Niebios? Gdzie majestat, bojaźń boża i wszechpotęga? Co się stało z okrutną, lecz sprawiedliwą grozą Piekieł? Nie było ich. Nie istniały. Zamiast tego znalazł tylko wyolbrzymione, zwielokrotnione odbicie dworskich i feudalnych stosunków, które doskonale znał z życia doczesnego. Znów pojawili się wysoko i nisko urodzeni, panowie i plebs, biedacy i bogacze.”

[ Kilka słów o pierwszym tomie TUTAJ]

To typowy przykład tomu przejściowego – tak naprawdę nie dzieje się nic wyjątkowo istotnego dla rozwoju wydarzeń, ekspedycja nie posuwa się jakoś energicznie do przodu, w Królestwie żyją na krawędzi ale jeszcze żadne dramy się nie zadziały. Wszystko jest jakby ciszą przed burzą (całkiem makabryczną ciszą swoją drogą), zbiorem narastających, nieszczególnie ważnych sytuacji będących zapowiedzią nieuniknionego.

DSC_1007

Ale bynajmniej nie jest nudno. Jest wszystko to, za co Kossakowską lubimy – krew, obdzieranie ze skóry, obcinanie głów, malownicze opisy wnętrzności i jątrzących się ran, słodki zapach rozkładu, tragiczne sytuacje i krwawe ofiary składane martwym bóstwom. Tylko aniołów jakoś mało.

W drugim tomie Bram Światłości przede wszystkim wciąż towarzyszymy ekspedycji w jej karkołomnej podróży przez Sfery Poza Czasem. A właściwie samemu Daimonowi, który przypadkowo odłączywszy się od towarzyszy błądzi w piękniej i śmiertelnie niebezpiecznej dżungli niczym dziecko we mgle. Tym razem autorka szykuje nam wykład na temat przeraźliwie krwawych bóstw Inków i Azteków, których imiona nie zawsze byłam w stanie przeczytać, nie mówiąc już o zapamiętaniu pozostających w kontraście do oszałamiającego piękna bujnej, dzikiej roślinności. W miejscu, gdzie wszyscy odrzucili zwierzchność Jasności nawet Anioł Zagłady może poczuć się samotny.

Co mnie zaskoczyło, w tej części jest wyjątkowo dużo użalania się nad sobą, chwil zwątpienia i wyrzutów sumienia – i to nie tylko ze strony malkontenta Lucyfera, ale również samego Daimona, czym niesamowicie mnie wkurzał. Niby Abaddon, a momentami marudził jak baba. Między innymi z tego powodu spadł w rankingu mojego ulubionego bohatera na rzecz swego nowego jaguarokształtnego przyjaciela i rozpieszczonego Asmodeusza w jego archeologicznym szale.

Jednak, podobnie jak Daimon, przez całą lekturę tęskniłam za Królestwem. Bo czytelnik ma szansę odwiedzić je jedynie na dwa mgnienia oka i to wyłącznie komnatę sfrustrowanego Gabriela. Kilka rozdziałów z przetrwania w Głębi zaspokaja nieco apetyt na dworskie intrygi i życie wielkiego miasta, ale mimo wszystko nie mogę się doczekać, aż wreszcie wydostaną się z tych toksycznie barwnych lasów i bohaterowie na nowo poczują pod butami bruk ulicy.

Maja Lidia Kossakowska, Bramy Światłości: Tom 2, Lublin-Warszawa: Fabryka Słów, 2018, 560 s.

Reklamy

Czas na czytanie: „Chłopcy, których kocham” Anna Ciarkowska

Opisywanie wykonywanych czynności i zupełnie zwyczajnych zdarzeń, przenoszenie codzienności na papier automatycznie podnosi jej znaczenie i pomaga uporządkować myśli. Anna Ciarkowska poszła o krok dalej w tej małej nobilitacji – opisując swoje przeżycia i emocje sięga po język poezji. W kilku elegancko złożonych słowach podsumowuje swój dzień, chwyta radości i niepokoje. W ten właśnie sposób powstał tomik „Chłopcy, których kochałam” – zbiór ulotnych urywków z życia autorki, kolekcja bardzo prywatnych wspomnień, nazywanych „mikrohistoriami z życia i mężczyzn”. A książka jest tym bardziej osobista, że ilustrowana szkicami poetki i przetkana fragmentami jej ręcznego pisma.

Na zbiór składają się przede wszystkim krótkie, oniryczne utwory – zamknięte w kilku wersach, lub nawet w kilku słowach – po jednym na stronę. Na każdy z nich przypada jedna ilustracja, również na osobnej stronie, przez co książka mimo wszystko zdaje się być trochę przerostem formy nad treścią, choć wydana jest naprawdę pięknie (tak, głęboki turkus i wodny entourage to moje duże słabości).

W utworach dużo jest mowy o rozsypujących/rozpuszczających się dłoniach (najczęściej trzymanych przez inne dłonie), piasku między palcami, obejmowania pustki, onirycznego dotyku i cienkiej skóry.

„Wczoraj otarliśmy się o koniec świata.
Zamiast deszczu meteorytów
spadł na mnie twój dotyk,
dużo twojego dotyku.”

Na niektóre z wierszy patrzyłam z lekkim politowaniem, bo przywodziły mi na myśl moją własną radosną twórczość okresu okołogimnazjalnego, inne natchnioną egzaltacją i specyficznym zastosowaniem spacji podejrzanie trąciły Rupi Kaur. A jeszcze inne trafiały idealnie „w punkt”, jakby miały oddawać moje własne przemyślenia. Dlatego aż chciałoby się napisać, że Ciarkowska jest w swojej twórczości bardzo nierówna. Ale to chyba nie byłaby prawda. W końcu odbiorze w twórczości artystycznej (a już poetyckiej szczególnie!) bardzo duży wpływ ma również sam odbiorca, jego własny bagaż emocji i doświadczeń.

„Jesteśmy przypadkiem,
więc zdarzajmy się częściej.”

Zarówno poezja, jak i rysunki inspirowane są główne tematyką morską. To właśnie ze spienionych fali zimnych odmętów pochodzą najbardziej poruszające porównania autorki i chyba właśnie to najbardziej mi się podczas czytania podobało. W tym przypadku faktycznie czuję pokrewieństwo dusz, choć sama raczej nie ujęłabym swoich myśli akurat w ten sposób.

„Czy ty się na mnie smucisz? – pytam, a on kręci głową.
Boję się, że nigdy mi się już nie powtórzysz.”

Całość dopełniona jest czterema listami do „Chłopców, których kocham” i na tym etapie lektury przerwałam na moment, by nalać sobie kieliszek wina (już wiele lat temu koledzy z liceum przekazali mi swą tajemną wiedzę, że analiza utworów literackich wychodzi najlepiej właśnie po winie. Przychodząc na sprawdziany z polskiego na lekkim rauszu zawsze zgarniali same najlepsze oceny, dranie. Jako grzeczną i przykładną uczennicę zawsze niesamowicie mnie to irytowało, dziś widzę już tylko same plusy tej metody). Opisy pełne mięczaków, kamieni i rybich porównań czyta się w ten sposób dużo lepiej, szczególnie, że są to opisy okraszone sporą dawką babskiej wrażliwości. Dlatego też polecam czytać z lampką białego wina w dłoni (najlepsze do ryb!), bo naprawdę zdarzają się fragmenty, których naprawdę nie da się ogarnąć na trzeźwo. Ale czy to znowu aż taka wada?

„Jesteś straszną ostrygą. Chłopakiem kamieniem. Mam wrażenie, że jesteś cały zamknięty i tylko w tych krótkich momentach, kiedy dziewczyna się do ciebie tuli, ten dotyk jest erozją. Ja jestem taką dziewczyną. Mnie to nie przeraża. Nie przeraża mnie jeżowiec, który mówi: ze mną nie da się wytrzymać. Nie przeraża mnie pancernik, który powtarza: jestem trudny. Jest trudny.”

„(…) [wiersz o początkach i spotykaniu się po raz pierwszy]
Mleczne zęby znów kiełkują w moich ustach,
kiedy sobie wyobrażam, że się całujemy.”

Mam wrażenie, że przelewając swoje uczucia na papier, tworząc te miniaturowe zapiski autorka przeżywa wszystko podwójnie. I to wydaje mi się być czymś cudownie uskrzydlającym, choć większość jej utworów wcale uskrzydlająca nie jest. I choć czasami bywa nieco zbyt dziwnie. Z trzeciej jednak strony nie ma chyba nic bardziej dziwnego, niż mieszkańcy morskich czeluści.

Raczej nie sięgnę ponownie po wiersze autorki, choć spędziłam z nimi całkiem przyjemny wieczór, a kilka króciutkich myśli nawet sobie „na chwilę” zapisałam.

Anna Ciarkowska, Chłopcy, których kocham, Kraków: Wydawnictwo Otwarte, 2018, 280 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

Czas na czytanie: „Dziewczyna z daleka” Magdalena Knedler

„Poczułam się oszukana. Miałam wuja nazistę, mój ojciec był polskim szlachcicem, mój mąż – muzykiem, kosmopolita i liberałem, a ja uchodziłam za komunistkę. Tymczasem „prawdziwi” komuniści z Rosji właśnie nasłali na nas czołgi.”

Lena Rajska jest młodą, nieustraszoną kobietą. Nieustraszoną do tego stopnia, że przemierza świat pisząc reportaże z tak zwanych „przestrzeni wojny”. Nigdzie nie zatrzymuje się na dłużej i zdaje się ciągle czegoś szukać. Nie ma pojęcia, że najbardziej poruszającą historię skrywa jej własna rodzina.

„(…) wojna wcale nie skończyła się w czterdziestym piątym, ale trwała nadal, w różnych zakątkach świata, i przyjmowała różne oblicza. Dla jednych toczyła się na Syberii, w łagrach na Workucie, dla innych w lasach i więzieniach, dla jeszcze innych w Czeczeni, Afganistanie, Iraku i Syrii. A niektórzy toczyli wojny we własnych domach. Z najbliższymi. Z własnymi demonami. Ze sobą. To się nigdy nie kończyło.”

Babcia Leny – Natasza Slisterwitz to szorstka w obyciu, zgryźliwa i samotna staruszka pozornie nie mająca innym niczego do zaoferowania. Samowystarczalna herod-baba żyjąca na pustkowiu, zawzięcie odstraszająca każde potencjalne towarzystwo. Z wyjątkiem kota Augusta.

Artur Adams, angielski historyk zgłębiający historię swoich dziadków, wpada z butami w życie obu kobiet burząc budowane latami status quo. Nadchodzi czas zwierzeń i czas spowiedzi. Czas, w którym niesympatyczna „stara Niemra”, po wielu latach milczenia ponownie otwiera się na drugiego człowieka. I jednocześnie pozwala sobie na zrzucenie z barków olbrzymiego ciężaru. Jej pokuta nareszcie dobiega końca a historia nareszcie zostaje opowiedziana do końca.

Szalenie sympatyczny Wojtek, policjant z zawodu i powołania, trafia na tą opowieść zupełnie przypadkiem. I znajduje inspirację do dalszego życia.

To książka o zbrodni, winie i karze. O miłości, krzywdzie, oszustwie i olbrzymich wyrzutach sumienia. O wypaczonych ideologiach i koszmarze wojny. O przeszłości, która przekreśla teraźniejszość. Książka, w której każdy bohater jest po trochu ofiarą i czarnym charakterem. I każdemu przychodzi odpokutować zarówno za swoje grzechy, jak i za winę niezawinioną, tragiczne błędy historii. Książka, z którą zarywa się noce, bo taka historia nie pozwala spokojnie zasnąć.

„(…) tamtej dziewczyny z Wileńszczyzny, zagubionej w ideologiach, poglądach, ambicjach i emocjach. Jak to jest, kiedy człowiek dojrzewa w takich warunkach? Dorasta w przyspieszonym tempie i zastanawia się, czy dzień, który właśnie się zaczyna będzie ostatnim?”

Całość okraszona została szczyptą humoru, która dodaje lekturze lekkości i czyni bohaterów bardziej ludzkimi. A historię prawdziwszą. Bo w takie, z pozoru nieprawdopodobne zawirowania losu naprawdę łatwo uwierzyć. Szczególnie, że osadzenie fabuły w tle historycznym poprzedzone zostało gruntownymi badaniami autorki.

„Nie jesteśmy pod okupacją i nie musimy być weganami. Mam kurę w zamrażalniku.”

Magdalena Knedler, Dziewczyna z daleka, Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, s.

Czas na czytanie: „Poszukiwani Poszukiwany” Małgorzata Falkowska

Lektura tej książki skłoniła mnie do przedsięwzięcia naprawdę poważnego postanowienia noworocznego, jakim jest staranniejsza selekcja tytułów do recenzji. Dotychczas w swoich wyborach sugerowałam się przede wszystkim porywem serca sięgając po książki, które wydawały mi się ciekawe, zabawne, czy intrygujące i zwykle moja intuicja sprawdzała się mniej więcej w połowie przypadków – trafiałam i na książki rewelacyjne i na przeciętne, ale w każdej pozycji potrafiłam znaleźć coś dla siebie. Każda lektura zapewniła mi rozrywkę, czegoś mnie nauczyła albo skłoniła do luźnej refleksji, szczególnie, że bardzo cenię sobie różnorodność i próbowanie nowych autorów i gatunków. I tak było aż do tej chwili. Bo oto trafiłam na książkę, która jest tak absurdalnie zła, że gorszej chyba nie czytałam.

DSC_0680

Na powieści Małgorzaty Falkowskiej już od dawna miałam ochotę. Wyobrażałam sobie, że jej powieści to coś pomiędzy „Przyjaciółmi”, a „Lejdis” w książkowej wersji – luźny, pełny humoru babski gang pakujący się w zaskakująco komiczne, ale jakże życiowe sytuacje. Wybór padł na trzecią część cyklu ze względu na jej tematykę – polowanie na męża już nie mieści się w granicach moich zainteresowań, za to macierzyństwo jak najbardziej. No i pomyślałam, że będzie tak jak z „Przyjaciółmi” właśnie – nie ważne, że zaczynasz swoją przygodę od 13 odcinka piątego sezonu – i tak będziesz się świetnie bawić! I faktycznie, książkę można spokojnie czytać bez znajomości poprzednich części – każda z bohaterek została w przedstawiona w kilku zdaniach, a po około 20 stronach wiemy już kto z kim i dlaczego. I to by było na tyle, jeśli chodzi na plusy.

Minusów jest trochę więcej – przede wszystkim kuleje konstrukcja postaci. To wciskanie czytelnikowi papierowych schematów nieskażonych siłą osobowości, mdłych, nieciekawych wydmuszek. Marietta jest kreowana na poważną i ułożoną dyrektorkę, wobec czego nosi okulary, całkiem poważnie zgłasza się do roli protokolanta babskiego spotkania (zwanego również sabatem). Kiedy dowiaduje się, że jej partner ma 18 letniego syna wybucha płaczem, ale nie z powodu życia w kłamstwie, a dlatego, że ten chciałby mieć kolejne dziecko. Z nią. A dzieci są takie niehigieniczne.

„Chcę dziecko, ale to takie niesterylne, brudne i nieuporządkowane (…). Wyobrażacie sobie moje białe dywany, na których byłyby okruszki jedzenia lub walające się zabawki? Dziecka nie nauczy się segregacji jak jest takie małe. To przyjdzie z czasem, a ja nie wiem, czy wytrzymam ten czas oczekiwania, dopóki nie stanie się idealną kopią mnie.” – Tak, to są słowa pani dyrektor, dorosłej kobiety. Tej najrozsądniejszej w towarzystwie.

Za to hitem jest Zosia, która chyba miała być kreowana na rozpuszczoną, roztrzepaną, pełną szalonych pomysłów córeczkę bogatego tatusia, a wyszła po prostu na przygłupią dziewoję myląca znaczenie słów „skorumpowana” i „skomplikowana”…

„Przecież wiadomo, że jak się z wami prześpi, to nie będzie zdrada, bo wy i tak wolicie siebie, znaczy się kobiety. Więc taki trójkąt w czworo nie byłby niczym złym”. – czyż to nie oczywiste?

Ale najlepsze są główne bohaterki tej części – Jola i Monika to będące ze sobą w związku lesbijki pragną dziecka. Ale nie jednego, a dwóch – każda własnego. Synchronicznie – żeby razem być w ciąży, razem rodzić, razem wychowywać. To nie ważne, że jeszcze nawet razem nie mieszkają. I pomijam tu zupełnie naiwne myślenie o tym, że tak łatwo zajść w ciążę, bo sama również miałam na początku wszystko zaplanowane (moja urodzona w styczniu Majka miała być sierpniowym Frankiem :D), ale one nie za bardzo wiedzą jak się do całej sprawy zabrać. Wiec pytają przyjaciółek i wspólnie porównują dostępne opcje.

„Pomysł banku spermy wydawał się całkiem dobry, jednak dla mnie był ostatecznością. Niby jak miałabym z Monią się zapłodnić. Wstrzyknąć sobie spermę strzykawką, czy może wkładać drewnianym patyczkiem?”

Jako, że in vitro jest za drogie, ich przyjaciółki, nie widząc w tym żadnego dylematu moralnego ani najmniejszych powodów do zazdrości (sic!), jako potencjalnych kandydatów na partnera do poczęcia naturalnego rozważają własnych mężów! Ale Jola z Monią odrzucają te propozycje ze względu na charaktery proponowanych im reproduktorów. Wobec tego dwie kochające się, zadeklarowane lesbijki będące wybierają poszukiwanie potencjalnego ojca swoich dzieci na dyskotece. Bo przecież to lepsze wyjście niż dowiedzieć się czy zapłodnić się patyczkiem, czy strzykawką przez pewnego dawcę z banku…

Nie muszę chyba zatem mówić, że bohaterki są infantylne, a ich sposób podejścia do poważnych życiowych decyzji pasowałby bardziej do średnio rozgarniętych trzynastolatek, niż do dorosłych kobiet. W tym momencie (jak już zniechęcona wróciłam do czytania po dobrym miesiącu odrazy do tej książki) sprawdziłam dokładniej autorkę. I faktycznie, jest to osoba stosunkowo młoda – tylko trzy lata starsza ode mnie. Ale jednak 28 lat to nie -naście i jakieś pojęcie o świecie już się ma. To może jest to książka skierowana do nastolatek (chociaż problematyka jakoś mało nastolatkowa)? Też nie – podobno literatura obyczajowa/romans. Nie jest to też debiut autorki… To dlaczego jest tak źle, tak naiwnie? Bo niestety dalej wcale nie robi się lepiej.

Cała książka jest przegadana, męcząca i mało zabawna, a momentami wręcz żenująca. Wypełniona desperacją tragikomedia pozbawiona dojrzałości i zdrowego rozsądku. Pomysł wydawał się fajny, ale w moim odczuciu, jego realizacja jest tragiczna. Chociaż, licząc na odprężającą rozrywkę, nie miałam względem tej książki szczególnie wygórowanych oczekiwań, to i tak mocno się przejechałam – po prostu źle się ją czyta. Bridget Jones była głupawa, ale zabawna. Może dlatego, że była jedyna w swoim rodzaju, a sześć idiotek w jednej powieści to zdecydowanie zbyt wiele nawet dla naprawdę tolerancyjnego czytelnika.

Małgorzata Falkowska, Poszukiwani Poszukiwany, Chorzów: Wydawnictwo Videograf S.A, 2017, 304 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

 

Czas na czytanie: „Mitologia słowiańska” Jakub Bobrowski, Mateusz Wrona

Jak uważam się za osobę całkiem sprawnie poruszającą się po meandrach mitologii grecko-rzymskiej, tak zapytana o wierzenia Słowian odpowiedziała bym zapewne: „Jasne, znam… Światowid – z czterema twarzami… słup taki! I jeszcze ten od piorunów, jak mu tam było…”. A przecież Polacy nie gęsi, i swoje mity mają. W dodatku teraz mają nawet ich przystępne opracowanie!

Autorzy podjęli się niełatwego zadania zebrania obecnej wiedzy na temat wierzeń naszych przodków i przetłumaczenia jej z języka naukowego na ludzki. Przyoblekając suche fakty w płynną narrację zabierają czytelnika do nieznanego mu jeszcze świata bogów i herosów junaków. Poprzedzona krótkim wstępem (którego właśnie usilnie staram się nie plagiatować) książka składa się z trzech części – opowieści o stworzeniu świata, bogów i ludzi; cyklu krótkich opowiadań wyjaśniających naturę biesów i przeróżnych mitycznych stworzeń oraz dwóch opowieści o bohaterach walczących o prawo kultywowania rodzimych wierzeń w starciu z napływającym chrześcijaństwem.

Poznamy zatem dzieje antropomorficznych bogów targanych bardzo ludzkimi namiętnościami, bogobojnych Słowian i całą plejadę nadnaturalnych stworzeń – od skrzatów i duszków pomocnych w domu, przez wiedźmy, strzygi i wilkołaki, aż po, w gruncie rzeczy całkiem sympatyczne, biesy mające pieczę nad naturą.

Powiem tak – nie ma co za bardzo przywiązywać się do bohaterów, bo w większości przypadków zmieniają się w upiory albo jedynie giną straszną śmiercią. Ale za to przecież kochamy mitologie.

Krwawe mity spisane archaizującym językiem, w zestawieniu z nieco niepokojącymi ilustracjami Magdaleny Boffito wprowadzają czytelnika w klimat niesamowitości podszytej z lekka grozą.

A jeśli ktoś nieźle wkręci się w temat i wciąż będzie mu mało atrakcji, to na samym końcu czeka bibliografia pomocna w dalszym zgłębianiu nowej pasji.

Wiem, że jestem w tym względzie niepoprawną optymistką i nie do końca jeszcze wyleczyłam się z młodzieńczego idealizmu, ale szczerze wierzę, że ta pozycja (chociaż we fragmentach!) trafi wkrótce do kanonu lektur. Kto wie, może moja Majka będzie poznawała Daźboga na równi z Heliosem i Ra. Trzymam kciuki!

Jakub Bobrowski, Mateusz Wrona, Mitologia słowiańska, Olszanica: Wydawnictwo BOSZ, 2017, 160 s.

~ Książka została przeczytana w ramach wyzwania czytelniczego WyPożyczone, wspomagającego moje silne postanowienie o nie kupowianiu każdej interesujacej książki, która wpadnie mi w oko. Chociaż prawdę mówiąc, to ja tą książkę jednak kupiłam… Ale na prezent! Sprezentowałam, po czym pożyczyłam chwilę później i lada moment grzecznie oddam! :D ~

Czas na czytanie: „Smocza straż” Brandon Mull + „Księga wyobraźni”

Raz na jakiś czas lubię sobie zrobić przerwę od tej potwornie stresującej dorosłości. Czasami udaje mi się wygospodarować dwie godzinki podczas wyjątkowo długiej majkowej drzemki, kiedy po prostu niczym się nie przejmuję i nic nie muszę. Robię sobie wtedy kakao ze zdecydowanie zbyt słodkimi, piankami rozpuszczającymi się sukcesywnie od gorąca napoju, rozszczelniam okno, by w kontrolowany sposób wpuścić do mieszkania nieco zimowo-jesiennego chłodu, moszczę się wygodnie w puchatym kocyku i sięgam po jakąś magiczną lekturę.

Pierwsze chwile takiego odprężenia w 2018 roku spędziłam czytając „Smoczą Straż” i od razu mogę Wam zaspoilerować, że sprawdziła się świetnie.

DSC_0447

Nie ma co ukrywać – smoki zawsze były moją straszną słabością. Uwielbiam książki młodzieżowe czerpiące pełnymi garściami z powieści fantasy (bo na przykład za sci-fi do dziś nie przepadam – chyba Pan Lem zrobił mi traumę w dzieciństwie). Lasy pełne niesamowitych stworzeń, wróżek, jednorożców, czarodziei, centaurów i innych hybryd, przy których tworzeniu autora ograniczała wyłącznie wyobraźnia to krajobraz, w którym czuję się jak w domu. No i smoki. Pamiętam, jak ponad 10 lat temu, z wypiekami na twarzy czytałam Eragona (pamiętam również, że z jakiegoś powodu robiłam to z latarką pod kołdrą – zapewne odbywałam akurat jeden z moich słynnych szlabanów na czytanie – to jakby ktoś jeszcze nie wiedział z jakiego powodu noszę okulary) – najnowszy cykl Mulla sprawił, że jeszcze raz poczułam się jak książkożerna małolata odkrywająca kolejny zaczarowany świat. I przypomniał mi jakie to fajne uczucie!

„Smocza Straż” otwiera nową, pięciotomową serię, której akcja toczy się w świecie „Baśnioboru”. Martwiłam się trochę, że będą to trochę odgrzewane kotlety, bo jednak tasiemce mają to do siebie, że w pewnym momencie formuła i pomysł się wyczerpują i autor stara się wszystko ciągnąć trochę na siłę. Zapewniam jednak, że ten moment jeszcze nie nadszedł – choć trzymam w dłoniach pierwszy tom serii będącej kontynuacją innej serii, to wciąż jest to porywająca przygoda przypominająca nieco grę w podchody, gdzie każda wskazówka kieruje nas do kolejnej, a do ich znalezienia wykorzystać trzeba sporo sprytu i umiejętności. Smoki przyciągają, to fakt, ale kto raz odwiedził Baśniobór, nie będzie chciał go opuścić – jest niezwykle malowniczy, baśniowy, bardzo rozbudowany i bogaty w przeróżne stworzenia, a jednocześnie rządzi się jasno określonymi, choć momentami naprawdę skomplikowanymi zasadami.

To kolejny cykl skierowany do młodszej młodzieży, który za kilka lat bez wahania podsunę mojej córce – emanujący poczuciem zagrożenia, niepewności i licznych niebezpieczeństw, ale jednoczenie pozbawiony elementów poważnej grozy i masakry, charakterystycznej na przykład dla serii „Pax”. Choć śmierć i żałoba są obecne, oszczędzono młodemu czytelnikowi plastycznych opisów drastycznych scen i widoków. Występują zombie, widma, ożywieńcy i demony, ale nie przyprawią małych moli książkowych o przewlekłą bezsenność. Jedną z niewątpliwych zalet tego autora jest umiejętność znalezienia złotego środka. Podobnie jest z wątkiem romansowym, który występuje w niewinnej, mocno emocjonalnej, ale nie zbyt naiwnej i wyidealizowanej formie (chociaż mnie osobiście zawsze trochę wkurzało, kiedy nadnaturalne, kilkusetletnie istoty zakochują się w nastolatkach, jakoś jest w tym dla mnie coś niewłaściwego).

Kolejnym aspektem, który przypadł mi do gustu jest fakt, że opisywane dzieci cały czas są dziećmi – rozumują i zachowują się jak dzieci. Popełniają błędy, bywają impulsywne, zazdrosne, czy nierozważne. Przejmują się głupstwami i miewają szalone pomysły. A jednocześnie wciąż uczą się, dojrzewają, pokonują własne słabości. To sztuka napisać całkiem niegłupią książkę dla kilkunastoletniego odbiorcy, przekazać określone wartości i wykreować swoich bohaterów jako wzór dla czytelników nie wciskając im jednocześnie dorosłych w dziecięcych przebraniach.

Czego nie lubię? Czekania na kolejny tom. Jednak najprzyjemniejsze na świecie uczucie to to, kiedy przeczytasz naprawdę wciągającą książkę ze świadomością, że na półce czekają kolejne części. Niestety w tym przypadku trzeba będzie poczekać na ich napisanie, chociaż autor obiecał utrzymać tempo jednej książki rocznie. Ale dla mnie to wciąż strasznie dużo czekania!

Na innych równie zniecierpliwionych czeka niespodzianka – „Baśniobór. Księga Wyobraźni” osłodzi czas oczekiwania wciągając fana serii w proces tworzenia tego niezwykłego świata. To zbiór kreatywnych zadań dla młodszych fanów serii. Przed otwarciem warto zaopatrzyć się w dobrze wyposażony piórnik!

Znajdziemy w nim zarówno proste i powszechnie znane aktywności, jak labirynty, kolorowanki, rebusy, czy modele do wycinania i sklejania, jak i bardziej zaskakujące pomysły, jak na przykład instrukcja wiązania węzła ratowniczego, tkania pajęczej sieci, a nawet przepisy kulinarne (i to nie tylko na niepokojąco składem eliksiry i czarodziejski szlam). Są zadania, które rozbawią, nad którymi trzeba będzie się pogłowić i takie, które wystawią na próbę zdolności manualne książkowych moli.

A wszystko to uzupełniono inspirującymi cytatami i klimatycznymi ilustracjami. Szczególnie spodobały mi się kolorowanki – są niebanalne szczegółowe oraz możliwość umieszczenia swojego imienia na okładce – tuż pod nazwiskiem autora (a to jest już COŚ!). Pozytywnie zaskoczył mnie również pomysł wyzwania książki na pojedynek spojrzeń jako trening cierpliwości.

Brandon Mull, Smocza straż, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B., 2017, 385 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Książkę przeczytałam biorąc udział w Olimpiadzie Czytelniczej.

Czas na czytanie: „Ludzie na drzewach” Hanya Yanagihara

Do drugiej wydanej w Polsce książki Yanagihary nie trzeba było nie namawiać ani przez chwilę, a mimo to całkiem długo przeleżała na jednym z wielu „stosików wstydu” zanim wreszcie się za nią zabrałam. Sięgnąć po taką książkę wcale nie jest łatwo, bo choć wciąga niesamowicie, to zostawia czytelnika w rozsypce. Czasami wydaje mi się, że jeszcze nie do końca pozbierałam się po wrażeniu, jakie zrobiło na mnie „Małe życie”.

Yanagihara zabiera czytelnika na przygodę życia, na tajemniczą wyspę skąpaną w baśniowym blasku wierzeń tubylców. Wraz z głównym bohaterem – Nortonem Periną, początkującym lekarzem o wielkich aspiracjach – przyłączamy się do niewielkiej ekspedycji wyruszającej na poszukiwanie nieodkrytej jeszcze społeczności. Przy zeszłorocznej lekturze „Euforii” odkryłam swoją wielką słabość do powieści z wątkiem antropologicznym, która okazała się czymś trwalszym niż jednorazowa fascynacja. Po raz kolejny czuję się oczarowana egzotyczną roślinnością, nieznośnym klimatem i tajemniczą prostotą życia zaginionego mikronezyjskiego plemienia. „Ludzie na drzewach” pozwalają wejść na chwilę do całkiem nowego, niezwykłego świata – ze specyficzną fauną i florą oraz wyobcowaną ludnością kryjącą fascynującą tajemnicę. Odurzającego mnogością zapachów, kolorów i dźwięków. Do świata dzikiego i niedostępnego, choć nie wrogiego. Do świata nieskażonego obecnością zachodniej cywilizacji.

Ale autorka nie byłaby sobą, gdyby nie sprowadziła odbiorcy brutalnie na ziemię.

Bardziej niż względne moralnie zachowania i rytuały plemienne mieszkańców maleńkiej wioski, zadziwia postawa naszego bohatera – jego brak skrupułów, brak chęci niesienia pomocy i obojętność wobec cudzej krzywdy tak łatwo wytłumaczalnej różnicami kulturowymi. Okazuje się, że „dziki” może wykazywać znacznie więcej ludzkich odruchów i poczucia odpowiedzialności za drugiego człowieka, niż wykształcony Amerykanin. Niż lekarz – a to przecież jeden z zawodów cieszących się najwyższym publicznym zaufaniem, nie mówiąc już o autorytecie.

Jak daleko jest w stanie posunąć się pojedynczy człowiek dla sławy i poklasku? Kogo i co jest w stanie poświęcić by dowieźć swojej wartości? A cała ludzkość? Kogo jest gotowa zmiażdżyć w pogoni za samolubnym marzeniem o długowieczności?

Sposób, w jaki autorka uczyniła swojego bohatera jednocześnie ludzkim, i potwornym budzi na plecach zimny dreszcz. Szczególnie, że oddając mu narrację, tworzy coś w stylu rozbudowanej mowy obronnej, w którą naprawdę chce się uwierzyć. Szczególnie, że sam oskarżony do samego końca czuje się niewinny i bezprawnie odrzucony przez społeczeństwo. Autentycznie współczułam Nortonowi jego problemów rodzicielskich, zmęczenia i wypalenia (42 dzieci! kto nie byłby wypalony?). Wybaczyłam nieopatrzne skazanie ludu, który sama zdążyłam pokochać, na zagładę. Więcej, nawet cieszyłam się z eskapistycznego happy endu. Aż do ostatniego podrozdziału. I teraz czuję wstręt nie tylko do Nortona, ale i do samej siebie.

Długo zastanawiałam się nad tym o czym przede wszystkim jest ta powieść. I już wiem – o samouwielbieniu. W mniejszym stopniu również o poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, fascynacji drugim człowiekiem i poczuciu niespełnienia. O samolubnym konsumpcjonizmie i zadufaniu zachodniej cywilizacji. O bezwzględnym unicestwieniu. O wychowywaniu dzieci, o zaślepieniu i o miłości – przede wszystkim tej straszliwie wypaczonej.

Choć brakuje jej wielowątkowości „Małego życia”, jest równie przejmująca, chyba dlatego, że tak bezwzględnie daje i odbiera. I wciąż na nowo zmusza czytelnika do zadawania sobie pytań o granice człowieczeństwa – co wolno człowiekowi? odkrywcy? rodzicowi? Czy są sytuacje, w których można wszystko w imię wyższego celu? Czy odejście od etyki i moralności może mieć jakiekolwiek usprawiedliwienie?

Yanagihara po raz kolejny pozwoliła człowiekowi osiągnąć nieosiągalne, odnaleźć złoty graal, dosięgnąć boskości – tym razem jest to nieśmiertelność. Nieśmiertelność, która podobnie jak amerykański sen „Małego życia” okazuje się być czymś bezwartościowym, przynoszącym jedynie zgubę.

Hanya Yanagihara, Ludzie na drzewach, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B, 2017, 450 s.

To pierwsza książka, którą przeczytałam w ramach tegorocznej Olimpiady Czytelniczej ( i jednocześnie pierwsza, jaką przeczytałam podejmując jakiekolwiek ksiażkowe wyzwanie :D). Ciekawe, czy tego rodzaju motywacja będzie miała wpływ na moje czytelnicze zwyczaje.

Jest to również moja odpowiedź do pierwszej kategorii w Book Challenge „Czytelnicze podróże w nieznane” z Uwaga Czytam – książkowy debiut. Chociaż „Ludzie na drzewach” to druga ksiażka autorki wydana w Polsce, to jednak wciąż pozostaje pierwszą napisaną przez nią powieścią. Swoją drogą widząc debiut na takim poziomie, aż dziw bierze, że ludzie w ogóle sięgają po pióro…

Czas na czytanie: „Psiego najlepszego” W. Bruce Cameron

Zacznijmy od tego, że w moim odczuciu, jest to książka dla dziecięca/młodzieżowa. Przyznaję, że swój egzemplarz zakupiłam impulsywnie, jako artykuł na promocji leżący przy kasie i szczerze nie mam pojęcia na jakim dziale normalnie powinno się go szukać, chociaż jedyne informacje dotyczące gatunku do jakiego przypisuje się tą powieść to literatura obyczajowa albo romans.

Patrząc na „Psiego najlepszego” jak na książkę skierowaną do dorosłego odbiorcy, ocena nie może być pozytywna – historia jest naiwna i wybielona, postacie pozbawione pogłębienia psychologicznego, tło nieznacznie tylko zarysowane, a główni bohaterowie męczący w swej nieporadności. Wszystko to doprawiono frazesami rodem z broszurki informacyjnej.

Josh jest współczesnym pustelnikiem – pracującym zdalnie programistą mieszkającym samotnie w rodzinnym domu w niegościnnej okolicy. Na jego nieprzystosowanie społeczne w dużej mierze wpływ ma niezaleczona trauma rozwodu i rozpadu rodziny oraz rozstanie z dziewczyną. Z marazmu pełnego odgrzewanych w mikrofalówce dań i pisania interfejsów wyrywa go sąsiad podrzucając mu psa. A dokładniej suczkę w stanie wskazującym na zaawansowaną ciążę. Mimo wrodzonej chyba ciapowatości i braku podstawowej wiedzy o zwierzętach nasz bohater radzi sobie nadzwyczaj dobrze i momentami bywa nawet rozczulający – szczególnie kiedy próbuje zrobić masaż swojej psiej przyjaciółce chcąc poprawić jej humor przez zbliżającym się porodem albo śpiewa kołysanki szczeniakom. Które oczywiście pięknie od tego zasypiają. Nie mogło się obyć bez romansu między Joshem, a śliczną pracownicą schroniska, którą prosi o pomoc. Romansu równie nieporadnego, co opieka psami, szczególnie, ze obydwoje nie wiedzą czego chcą i reagują impulsywnie i niedojrzale.  Wydaje mi się jednak, że ocenianie tej książki w takich kategoriach byłoby krzywdzące.

To historia o odpowiedzialności i opiekuńczości, o miłości i przywiązaniu. O radzeniu sobie ze stratą i pozwalaniu odejść temu, kogo kochamy. O umiejętności wypośrodkowania między emocjonalnością i racjonalnością. Są to cechy, które dorosły odbiorca w dużej mierze ma już ukształtowane, przynajmniej na tym poziomie, jaki został przedstawiony w książce. Jednak nie do końca jeszcze dojrzały psychicznie czytelnik – pozwolę sobie użyć fantastycznego sformułowania „młodsza młodzież”, czyli osobnik w wieku, mniej więcej, 12-17 lat – z pewnością na takiej lekturze skorzysta. Dobrze pamiętam jakim przeżyciem było dla mnie przed laty poszukiwanie domów dla kociąt, które jeszcze nie tak dawno dokarmiałam mlekiem z zakraplacza do oczu i przykładałam do ciepłego boku kociej mamy. Dla młodej osoby takie rozstanie to prawdziwy uczuciowy sztorm i w takim przypadku oklepane frazesy w pewnym stopniu się sprawdzą. A opakowane w nieskomplikowaną, pełną świątecznego ciepła fabułę sprawdzą się jeszcze lepiej. Bo wobec miłości każdy bywa czasem tak nieogarnięty jak Josh.

Szkoda, że nie pociągnięto dalej kwestii radzenia sobie ze wspomnieniami o rozwodzie i porzuceniu przez rodziców. Bohater idzie w dobrym kierunku i zaczyna konfrontować swoje odczucia z siostrą, ale ten wątek się urywa. Trochę brakowało mi też prawdziwego uroku świąt, które tutaj zostały jedynie zarysowane, głównie na poziomie dekoracji i wspomnień. Dla mnie to jednak za mało, żeby wczuć się w klimat.

Podsumowując, jest to kiepska książka dla dorosłego, ale bardzo sympatyczna dla młodszego odbiorcy. Urzekła mnie oczekiwaniem na święta już w październiku (mam tak samo!), choć dekoracje Josha są zbyt tandetne nawet jak dla mnie – wielkiej miłośniczki bożonarodzeniowej komerchy. No i jest pełna uroczych szczeniaczków, co przekreśla wszystkie wymienione powyżej minusy.

Bruce Cameron, Psiego najlepszego, Białystok: Wydawnictwo Kobiece, 2017, 296 s.

 

Czas na czytanie: „Kolekcja nietypowych zdarzeń” Tom Hanks

Przyznaję uczciwie, że jeśli chodzi o filmy, to mam jakieś 25 lat zaległości, jestem więc pod tym względem niereformowalna ignorantką. I chociaż nazwisko i twarz Toma Hanksa jako tako kojarzę to potrafię wymienić całą jedną jego rolę. Która w dodatku mi się nie podobała. Zatem to nie sławne nazwisko było powodem, dla którego sięgnęłam po tą lekturę – tym, co zachęciło mnie do przeczytania kolejnej książki kolejnego celebryty były maszyny do pisania.

Oczywiście moja babcia też miała taką machinę. Żadnej renomowanej formy, z pogardzanymi w jednym z tekstów plastikowymi elementami i  niedziałającymi klawiszami, ale i tak dodała mojemu dzieciństwu sporo magii. A uczenie się literek na maszynie do pisania pozostawia jednak w człowieku głęboko zakorzeniony sentyment do takich hipsterskich vintage gadżetów.

„Kolekcja nietypowych zdarzeń” to siedemnaście niezwiązanych ze sobą opowiadań, dziejących się w różnych czasach i różnych miejscach, poruszające odmienną tematykę i grające na odmiennych emocjach. Jedynym, co je łączy jest właśnie motyw maszyny do pisania pojawiający się w każdym z nich – jako niewiele znaczący, zaledwie wspomniany element tła lub jako główny problem utworu.

Ta lektura uświadomiła mi dość brutalnie, że nie przepadam za opowiadaniami – po prostu za bardzo przywiązuję się do bohaterów. Każda z historii wydawała mi się jedynie zarysowaniem jakiegoś problemu, i choć niektóre z nich tworzyły spójną, zamkniętą całość, inne wręcz błagały o ciąg dalszy. Szczególnie, że tylko jedna grupka bohaterów (poza Felietonami Fikcyjnego Felietonisty) doczekała się aż trzech opowiadań ze swoim udziałem. Oczywiście akurat ta, która najmniej przypadła mi do gustu.

To takie trochę znęcanie się nad czytelnikiem – urywanie akcji w kulminacyjnym momencie i zostawianie go samego z burzą emocji. Niestety w związku z tym jest to ten typ książki, który bardzo łatwo porzucić w połowie, co i mi się zdarzyło – miniaturowy kac emocjonalny między opowiadaniami sprawił, że przerwałam czytanie na prawie miesiąc i jakoś nie mogłam wrócić do lektury.

Najtrudniej było mi przebrnąć przez sam początek – opowiadanie o niesamowicie irytującej bohaterce przytłoczyło mnogością kontekstów, których, jako osoba nieobeznana z kulturą i historią Ameryki nie byłam w stanie zrozumieć. I jak przez pierwszą stronę ambitnie próbowałam wszystko posprawdzać, tak bardzo szybko się poddałam i postanowiłam jednak pozostać ignorantką. Całe szczęście, że kolejne historie nie były aż tak najeżone niezrozumiałymi dla mnie nawiązaniami. Albo po prostu nauczyłam się je nieświadomie ignorować. Nieszczęśliwie męcząca bohaterka wraca jeszcze trzykrotnie i za każdym razem irytuje tak samo.

Pod względem tematyki to kompletny miszmasz – w jednej książce znajdziemy traumę wojny w Wietnamie, tęsknotę za kosmosem, problemy początkujących aktorów, dramat rozwodu, surfing na marsie, futurystyczne wizje podróży w czasie, miłość do kręgli, poczucie wyobcowania, zdrady, samotność, bezduszność, ignorancję… może jednak dobrze, że podzielono to wszystko na osobne opowiadania!

Moim zdaniem jak na debiut pisarski, jest to bardzo dobra książka – poprawna literacko, bardzo klimatyczna, wzbudzająca emocje, pełna ciekawych pomysłów. Ale jednocześnie kompletnie nie w moim guście – najchętniej przeczytałabym siedemnaście książek rozwijających rozpoczęte wątki. A tak, to wyszło trochę łapanie dziesięciu srok za ogon i lizanie cukierka przez papierek. Pysznego, cudownie pachnącego, ale jednak niedostępnego (cukierka, nie sroki). I jeszcze w dodatku szybko zabranego przez mamę – fanatyczkę zdrowego odżywiania.

P.S. Okładka jest piękna, cudownie minimalistyczna, elegancka, soczyście czerwona i zostawię sobie tą książkę na wieczną pamiątkę tylko po to, by popatrzeć sobie na nią co jakiś czas. Mistrzostwo świata!

Tom Hanks, Kolekcja nietypowych zdarzeń, Warszawa: Wydawnictwo Wielka Litera, 2017, 400 s.

Recenzja powstała dzięki uprejmości Wydawnictwa Wielka Litera.