Bajki Majki: Seria „Robak Lolek” Anna Litwinek

Przygody Robaka Lolka to seria, która budzi we mnie bardzo ambiwalentne uczucia.

Z jednej strony bardzo podoba mi się pomysł książeczek, które rosną razem z dzieckiem i towarzyszą mu na różnych etapach rozwoju. Wszystkie tomy są całokartonowe, z bezpiecznie zaokrąglonymi rogami, a liczba ich stron zwiększa się wraz z wiekiem czytelnika. Pierwsza część, sugerowana dzieciom w wieku 6 msc+, oparta została na kontraście czerni i bieli. Nie zawiera tekstu przedstawia prostą historię, w której poznajemy głównego bohatera i towarzyszymy u w podróży z łąki do domu, gdzie zbłądził szukając schronienia przed deszczem. Druga część – „Robak Lolek poznaje zwierzęta”- kierowana do roczniaków, choć wciąż pozbawiona jest drukowanej treści, wprowadza dziecko w świat kolorów. Razem z Robakiem Lolkiem poznajemy stworzenia zamieszkujące łąkę, staw, las i podwórze.  Tom trzew trzecim tomie „Robak Lolek w podróży” (dla dzieci w wieku 18 msc+), towarzyszymy Lolkowi w znacznie dalszej i bardziej urozmaiconej podróży wykorzystując wiele różnych środków lokomocji. Ta książka wzbogacona została w proste zdania opisujące wykonywane przez bohatera czynności i pojazdy. Część czwarta „Robak Lolek i przyjaciele” jest najbardziej rozbudowana, zawiera również najwięcej stron – każda strona opisana została czterema zdaniami, a fabuła opisuje dzień, jaki główny bohater spędza ze swoimi przyjaciółmi. Lektura ostatniej części sugerowana jest dla dzieci powyżej drugiego roku życia.

I jak cała koncepcja bardzo mi się podoba, a sam Lolek jest bardzo sympatyczny (w ogóle uczynienie glisty głównym bohaterem to super sprawa), tak wykonanie nie koniecznie mi odpowiada. Fakt, książeczki są bardzo malarskie i niepowtarzalne i z założenia mają rozbudzać wrażliwość artystyczną dziecka. Nie są jednak ani ładne, ani intuicyjnie rozpoznawalne.

W książeczce kontrastowej do przedstawienia rzeczywistości użyto różnych malarskich „faktur” i choć zabieg ten prawdopodobnie ma na celu trening i rozwijanie dziecięcego wzroku, to nie jestem pewna, czy spełnia swoją funkcję. Moim zdaniem na obrazkach panuje zbyt duży chaos, by zupełny maluch mógł się w nich połapać i prawidłowo je zobaczyć – może faktycznie półroczny bobas jest w stanie oddzielić od siebie poszczególne elementy ilustracji, ale moja córka w wieku 6 miesięcy była już znudzona czarno białymi książeczkami i zdecydowanie bardziej wolała kolorowe. Drugi tom jest bardzo nierówny. Na rozmalowanych ilustracjach wciąż bardzo dużo się dzieje i nie jest łatwo wyłapać granice postaci. Tuż obok uroczych, sympatycznie przestawionych stworzeń umieszczono zwierzęta o charakterze niemalże karykaturalnym – z monstrualnie przerośniętymi zębami, o krzywych minach i cienkich, gadzich źrenicach. I choć stanowią one zdecydowaną mniejszość, to wrażenie jest nieco niepokojące (żeby nie powiedzieć przerażające). I jak wyszczerzone zębiska wilka jestem jeszcze w stanie zrozumieć, tak chyba jeszcze nigdy nie widziałam tak nieprzyjemnej sowy, wiewiórki, czy żaby. Bardzo fajny pomysł z rysunkowym potraktowaniem tekstu, które zaczyna się w trzecim tomie (gdzie na przykład literka „o” w słowie „rower” ma formę koła ze szprychami), i rozwija się w ostatniej części, gdzie słowo „jajko” dosłownie jest w jajku, a wyraz „woda” ścieka do zlewu. Jednak sama treść jest już nie do końca fajna. Podczas podróży przez trzecią z kolei książeczkę, Lolek przesiada się kolejno na różne środki lokomocji. Ale nie dlatego, że jest ich ciekawy, ale dlatego, że w poprzednim coś mu nie pasowało, przez co tekst ma raczej negatywny wydźwięk – z roweru robaczek schodzi, bo boi, się upadku, na sankach jest zimno, a auto nie wjedzie na wysoki szczyt. Ponadto Lolek okazuje się być bardzo strachliwym robaczkiem. A budzenie w dziecku strachu przed jazdą na rowerze nie jest chyba niczym pożytecznym.

Wiem, że o gustach raczej się nie dyskutuje, bo to, co nie podoba się mi, może budzić zachwyt w kimś innym. Ale postacie dzieci w ostatniej lolkowej książeczce, to naprawdę małe koszmarki, których twarze rozpływają się niczym zegary na obrazach Dalego, a ich usta wyglądają na szczelnie zacerowane. I choć pod względem treści ta jest najbardziej pożyteczna – pełna pomysłów do wspólnego spędzania czasu, daje również dobry przykład zgodnej zabawy rodzeństwa – to wizualnie odpowiada mi najmniej. Jest mało czytelna i raczej wybazgrana, niż zilustrowana. W ogóle cała seria wygląda jak opracowana w paincie jako projekt ucznia z podstawówki. Choć przyznam, że miałam w podstawówce koleżanki, które w rysowały w tym programie bardziej spójne obrazki.

Wydawnictwo pisze, że: „Malarskie ilustracje Anny Litwinek rozwijają wrażliwość estetyczną dzieci. W pracy nad książkami przyświecała nam myśl Marii Montessori: „Uczyłam się dziecka. Wzięłam to, co dziecko mi przekazało i wyraziłam to.” Nasze książki mogą służyć jako pomoce dydaktyczne zgodne z Pedagogiką Montessori: są adekwatne do etapu rozwoju dziecka, cechują się wysoką jakością wykonania, zawierają wiedzę z otoczenia dziecka, jednocześnie inspirując artystycznie i pobudzając zmysł plastyczny.” Jednak moim zdaniem nie maja nc wspólnego z zasadą decorum i widziałam wiele bardziej wartościowych pozycji dla maluchów. Choć przyznaję szczerze, że metody Montessori również nieszczególnie mnie przekonują, może to dlatego nie potrafię docenić tej serii.

Nie mogę powiedzieć, że „Robak Lolek” jest bezwartościowy, bo ma swoje zalety, a niektóre z ilustracji są naprawdę ciekawe (jestem fanką pszczół, łąki i homara w drugiej części), ale nie mogę jej polecić. Moim zdaniem szkoda czasu i pieniędzy (każda część kosztuje nieemalże 20 zł!) na „Robaka Lolka”.

Anna Litwinek, Robak Lolek, Radom: Wydawnictwo Marruda, 2017, 10 s.
Anna Litwinek, Robak Lolek poznaje zwierzęta, Radom: Wydawnictwo Marruda, 2017, 14 s.
Anna Litwinek, Robak Lolek w podróży, Radom: Wydawnictwo Marruda, 2017, 14 s.
Anna Litwinek, Robak Lolek i przyjaciele, Radom: Wydawnictwo Marruda, 2017, 18 s.

Reklamy

Bajki Majki: „A co to?” Hector Dexet

„Dziurawe” książki to u mojego półtoraroczniaka podobny pewniak, co książeczki z okienkami. Wspominając sympatię, jaką jeszcze do niedawna cieszyła się u nas książeczka „Kto zjadł biedronkę?”, skusiłam się na kolejną pozycję tego samego autora.

Tym razem dziur jest znacznie więcej ;) Malutkich i całkiem sporych, okrągłych, kwadratowych, palczastych, kocich i o zupełnie niezidentyfikowanych, skomplikowanych kształtach.

To książka, która rozwija wyobraźnię przestrzenną i ciekawość świata, trenuje spostrzegawczość, zachęca do zadawania nawet najbardziej szalonych pytań i wciskania paluszków we wszelkie możliwe dziurki ;)

Podczas lektury mały molik książkowy dowie się między innymi jakie stworzonka wykluwają się z jajek, kto wygryza dziury w serze, gdzie chowa się biały królik i gdzie mieszkają nienarodzone jeszcze dzidziusie. Spora dawka humoru i niebanalność poruszanych tematów mają w sobie coś, co potrafi zaciekawić nawet dorosłego, przyznaję, że za pierwszym razem sama nie mogłam się oderwać. I tego właśnie oczekuję szukając książeczki interaktywnej – żeby czytanie jej było świetną, angażującą zabawą!

Kolejny jestem pozytywnie zaskoczona paletą żywych, intensywnych i kontrastowych kolorów, prostotą rysunków i sympatią, jaką potrafią wzbudzić zupełnie prozaiczni bohaterowie.  Książka jest dość gruba, a mimo to stosunkowo lekka, nadaje się do samodzielnego przenoszenia i oglądania (dzięki zaokrąglonym brzegom pozwalam na to bez stresu), ale również całkiem wygodnie czyta się ją wspólnie z bobasem na kolanach. Jedyny minus to dość cienkie (choć kartonowe) strony. W przypadku skomplikowanych okienek ta grubość niestety się u nas nie sprawdziła i moja niezwykle zaciekawiona wyciętymi paluszkami Destrukcja bardzo dokładnie je powyginała. Zalecam zatem nadzór osoby dorosłej dla bezpieczeństwa książki ;)

Bardzo fajna propozycja dla ciekawych świata maluchów.

Hector Dexet, A co to?, Warszawa: Wydawnictwo Mamania, 2017, 36 s.

Bajki Majki: „Raz, DWA, trzy – słyszymy” Joanna Bartosik

Serię RAZ – DWA – TRZY od wydawnictwa Widnokrąg odkryłam stosunkowo niedawno. Maja była już za duża na pierwszy tom poświęcony zmysłowi wzroku – kontrastowe obrazki coraz mniej ją interesowały. Dlatego zdecydowałam zacząć od drugiego kroku (szczególnie, że ta lektura dedykowana jest dzieciom w wieku 1+) i tym oto sposobem zaczęłyśmy przygodę z tą serią od środka.

W przeciwieństwie do „… patrzymy”, gdzie ilustracje zostały oparte na kontraście czterech barw – czerni, bieli, czerwieni i żółcienia, w drugim tomie mamy już do czynienia z całą paletą intensywnych barw. Obrazki są płaskie, wyraźne, o niewielkiej szczegółowości, wciąż mocno kontrastowe. I co najważniejsze – przezabawne! Maja jest fanką psa jadącego na rowerze (tandemie – w końcu ma cztery łapy!), ja uwielbiam nieszczęsną panią w gipsie – w przeciwieństwie do złamanej nogi, ta zdrowa wygina się swobodnie jakby była z gumy, może to stąd to całe biadolenie? :D

Ilustracje wzbogacone zostały o wyrazy dźwiękonaśladowcze – w końcu to właśnie rozwój słuchu jest głównym celem tej pozycji. Wprowadza małego czytelnika arcyciekawy świat onomatopei – dzięcioły robią stuk puk, nurek robi bul bul, a koło gospodyń wiejskich, sprawnie dziergające na spółę długaśny szalik, robi gadu gadu gadu.

Stukanie, pukanie, ojojojanie, turkotanie i paplanie na stałe wpisało się w nasz książeczkowy rytułał i za nic nie chce się znudzić ;)
Wygodny format dopasowany do małych rączek zachęca do samodzielności, a twarde tekturowe kartki i zaokrąglone rogi chronią przed zbyt szybkim zużyciem.

I chociaż jak na razie testowałyśmy tylko jedną część „trylogii”, to z czystym sumieniem polecam całą serię – pierwsza z książeczek polecana jest już dla kilkumiesięcznych bobasów, pozbawiona tekstu skupia się wyłącznie na trenowaniu zmysłu wzroku. Na trzecią już ostrze sobie zęby (niech no tylko Maj zacznie trochę więcej mówić!), trzeci tom wprowadza maluchy w świat tych najtrudniejszych słów, czyli zwrotów grzecznościowych, których zapamiętanie ułatwią zabawne rymowanki.

Świetne ilustratorstwo wzbogacone dużą dawką humoru – majstersztyk!

Joanna Bartosik, Raz, DWA, trzy – słyszymy, Piaseczno: Wydawnictwo Widnokrąg, 2016, 20 s.

Bajki Majki: „Kto zjadł biedronkę?” Hector Dexet

„Kto zjadł biedronkę?” to Mai pierwsza i, jak dotąd, ulubiona książka z dziurą. I choć tytuł ma nieco złowieszczy, nie ma powodów do niepokoju – przy lekturze nie ucierpi żadna biedronka, a cała historia skończy się dobrze ;)

Trzonem historyjki są poszukiwania sympatycznego owada w kropki kojarzonego w Polsce z siecią dyskontów ;P
Choć cały czas widzimy biedroneczkę w samym centrum, wcale nie tak łatwo do niej dotrzeć – podróżujemy coraz bardziej w głąb książeczki poznając kolejne zwierzątka i zastanawiając się, czy któreś z nich przypadkiem nie gustuje w tych niepozornych owadach. Na szczęście upodobania kulinarne kolejnych drapieżników (a już na pewno nie ślimaków) nie zawierają biedronki w karcie ulubionych dań :D

 

Zdecydowanym atutem tej pozycji są fantastyczne ilustracje i genialne kolory – oto wspaniały dowód na to, że książeczki kontrastowe dla najmłodszych nie muszą wcale być czarno-białe! Kolory są soczyste i wyraziste, a zwierzątka, choć proste i schematyczne, są urocze i intuicyjnie rozpoznawalne. Mai zdecydowanym faworytem jest biały pajączek na czerwonym tle, ja uwielbiam różowe flamingi na granacie i biało-niebieskie rybki.

Choć książka jest duża i dość masywna, to wciąż poręczna i bez problemu można nią manewrować jedną ręką, drugą podtrzymując dziecko na kolanach. Strony są naprawdę porządne, co jest dla nas bardzo ważnym kryterium – po ponad pół roku książeczka niemal nie nosi śladów zużycia – nie da się jej podrzeć, powyginać ani zjeść nawet przy samodzielnym obsługiwaniu przez Bobasę, a to prawdziwy wyczyn – jest praktycznie nie do zdarcia.

Bardzo polecamy, „Kto zjadł biedronkę?” to naprawdę godziny wspólnego czytania i już od miesięcy stała pozycja w naszym repertuarze.

Hector Dexet, Kto zjadł biedronkę?, Warszawa: Mamania, 2016, 24 s.