Bajki Majki: Mały Teatr Ilustracji – „Księżyc” Dobrosławy Rurańskiej

Koncepcja Małego Teatru Ilustracji urzekła mnie momentalnie, gdy tylko na nią trafiłam.

W swoich działaniach, jej twórcy inspirują się bowiem tradycyjnym japońskim teatrem Kamishibai polegającym na opowiadaniu historii przy pomocy ilustrowanych plansz prezentowanych w drewnianym parawanie z okiennicami. Adaptując ten pomysł na naszym rodzimym gruncie Mały Teatr Ilustracji prowadzi warsztaty plastyczne dla dzieci i wystawia niepowtarzalne spektakle. Ale mają pewien minus – odbywają się głównie w Warszawie a z Gdańska to jednak ładny kawałek drogi, szczególnie, że moje wiecznie kicające dziecko rozniosłoby Pendolino już po 20 minutach.

Być może z myślą o wszystkich tych, którym pomysł obrazkowego teatrzyku bardzo się podoba, ale nie mogą wziąć udziału w szerokiej ofercie wydarzeń wymyślono Małe Teatrzyki – domowe książeczki obrazkowe. Jedną z nich jest „Księżyc”, który testujemy już od dłuższego czasu.

Zestaw składa się 27 kart w formacie A5, ilustrujących pewną historię, której treść… tak naprawdę musimy wymyślić sami; strony tytułowej z instrukcją obsługi (jak dobrze, że o tym pomyślano!) oraz kolorowanki i trzech figurek postaci to wycięcia i złożenia. A wszystko to zamknięto w dwóch kartonikach z okienkami, które – po odpowiednim złożeniu i odrobinie praktyki – zmieniają się w najprawdziwszy, choć miniaturowy, teatrzyk obrazkowy.

Pierwszym, co (tuż po niezwykłej formie przedstawienia) przyciąga uwagę są niezwykle bogate ilustracje, które od razu wydały nam się znajome. Pamiętacie „Myszkę” Doroty Gellner, którą zachwycamy się już od dawna? „Księżyc” wyszedł spod kredek tej samej ilustratorki, Dobrosławy Rurańskiej. I choć na pierwszy rzut oka widać sporo podobieństw, (szczególnie jeśli chodzi o ten sam klimat lekkiej niesamowitości) po chwili już wiadomo, że tym razem autorka jeszcze bardziej popuściła wodze fantazji. Znajdujemy się bowiem w niesamowitym, baśniowym lesie pełnym bliżej niezidentyfikowanych stworzonek i bujnej roślinności, której próżno by szukać w botanicznych atlasach. A przecież to książka bez ani jednego słowa! Zatem wszystkie nazwy o określenia wymyślić musi sam czytający z pomocą swoich małych słuchaczy.

Najwięcej kłopotu sprawił nam główny bohater – na początku wzięliśmy go za długouchego króliczka, ale trąbka (jakby do spijania nektaru) ni jak nam królika nie przypomina. Motylek i muszka również nie pasowały, bo skrzydełek brak. Ni to robaczek, ni to ssak został zatem przez nas ochrzczony Leśnym Duszkiem i tak już się w mojej narracji przyjęło. Leśny Duszek jest marzycielem i najbardziej na świecie marzy o dotknięciu księżyca. Mały kombinator próbuje różnych sposobów na osiągnięcie swego celu, jednak każdy z nich kończy się jedynie obitymi pośladkami i coraz większym rozczarowaniem. Kiedy przychodzi moment załamania, jego rozpaczliwy płacz zostaje usłyszany przez… drugiego bohatera, który u nas raz bywa Olbrzymem, a innym razem Nocą we własnej osobie. Tak zaczyna się ta nieprawdopodobna przyjaźń.

To piękna historia o determinacji, pogoni za marzeniami, chęci niesienia pomocy, sile przyjaźni i szukaniu twórczych rozwiązań. Fantastycznie zilustrowany świat, wyjątkowi bohaterowie i … niesamowity trening dla wyobraźni!

Uczciwie przyznaję – myślałam, że animowanie takiego teatrzyka będzie trochę łatwiejsze. A tu wyzwanie goni wyzwanie – każdy element wymaga przecież swojej nazwy, faktury, zapachu i charakteru. Ilustracje są niezwykle wręcz szczegółowe i stale inspirują do dopowiadania nowych elementów, a poza głównymi bohaterami pojawiają się również drugoplanowi, którzy również miewają wpływ na historię.

Teatrzyk towarzyszył nam na dwóch spotkaniach Bobasowego Klubu Książki i choć całkiem poważnie się przygotowywałam, za każdym razem opowiedziałam inną historię! Choć przecież dwuletnie maluszki jeszcze bardziej interesowały się niecodzienną formą bajki i przesuwaniem się kolejnych kart, niż dopowiadaniem zdarzeń i nazywaniem narysowanych obiektów. Nie mogę się doczekać aż moja publiczność trochę podrośnie i bardziej aktywnie włączy się w opowiadanie podrzucając swoje pomysły i rozwiązania!

DSC_0858

Za to sami rodzice zdawali się być nieco przerażeni koniecznością wymyślania tekstu samodzielnie i niemalże jednogłośnie opowiedzieli się za Małym Teatrzykiem ilustrującym dobrze znaną i osłuchaną już bajkę  – na szczęście w tej formie powstała również książeczka o „Jasiu i Małgosi”, której opowiadanie zapewne przysparza nieco mniej problemów, bo nie wszystko trzeba wymyślać samemu od podstaw. Ta wersja zawiera również ułatwienie w postaci tekstu na odwrocie.

Nie sądziłam nawet, że za pomocą tylko i wyłącznie ilustracji można przekazać tak wiele treści! Bo wszystkie wartości, które wcześniej wymieniłam – przyjaźń, wsparcie, empatia, czy marzenia – są naprawdę doskonale czytelne i wypowiedzenie ich na głos to tak naprawdę kwestia formalności. Ale nad nadaniem werbalnej formy całej rozbudowanej otoczce trzeba się już nieźle nagimnastykować. I to jest super!

Bardzo fajnie, że na odwrocie każdej ze stron jest miejsce na zanotowanie swoich pomysłów – naprawdę można się zaplątać i ściąga bywa przydatna. No i po jakimś czasie miło jest zerknąć na swoje wcześniejsze pomysły. Fantastycznie też, że karty zostały ponumerowane. Poza samym oglądaniem przesuwających się obrazków, moja córa uwielbia rozkładać je wokół siebie, grupować i nadawać własną kolejność. Niedługo pewnie sama zacznie mi opowiadać.

Ta kompletnie nietypowa książeczka zabiera swoich czytelników w podróż do baśniowego lasu zamieszkałego przez fantastyczne i niesamowicie sympatyczne stworzonka. Rozwija słownictwo, wystawia na próbę wyobraźnię i dzieci i dorosłych, przekazuje uniwersalne wartości i… cieszy oko.

Razem z Majką bardzo polecamy do rodzinnego czytania w domu i organizowania wspólnych spektakli, na przykład w przedszkolu.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Małego Teatru Ilustracji. Swój własny, domowy teatrzyk można kupić TU, a TUTAJ oferta pełnowymiarowych spektakli dla szczęściarzy mieszkających w okolicach stolicy.

 

Reklamy

Bajki Majki: „Jakie to szczęście, że cię znalazłem” Guido van Genechten

Chyba od zawsze mam słabość do długouchych kitajców opowiadających o miłości, co już od dłuższego czasu staram się przekazać Majce. Wydaje mi się, że to pokłosie jednej z moich ulubionych książeczek późnego dzieciństwa – „Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham”. Tym razem jednak wpadła mi w oko zupełnie nowa historia o zakochanych zającach, równie urocza, choć tym razem już nie o miłości rodzicielskiej, a romantycznej – „Jakie to szczęście, że cię znalazłem”.

Pełen energii zajączek Kicek do złudzenia przypomina mi moją córę – rozbrykany i rozkicany, stale skory do psot, niepotrafiący usiedzieć choć chwili w jednym miejscu. Prowadzi całkiem sympatyczne, życie pełne skakania, smakołyków i krótkich drzemek, czyli tego, co małe zajączki lubią najbardziej. Jak każdy zając jest świetny w kicaniu. Ma też jeszcze jedną niezwykle przydatną umiejętność – superczuły nos, który za każdym razem bezbłędnie doprowadza go na grządkę najbardziej soczystych marchewek i między korzenie jodły idealnej na drzemkę. Kicek ufa swojemu nosowi całkowicie, dlatego gdy pewnego dnia wywąchał nowy, intrygujący zapach pomknął za nim jak strzała. Tym razem czuły nosek zaprowadził go do czegoś wyjątkowego – prosto do zajączkowej dziewczynki.

Tak właśnie poznali się Kicek i Zuzia i od tej pory dzielili wspólnie wszystkie małe przyjemności – razem kicali, razem chrupali słodkie marchewki i razem odpoczywali pod jodłą. A wszystko to dzięki noskowi, który pomógł im się odnaleźć.

Pięknie ilustrowana, ciepła, przeurocza opowieść o przyjaźni, zakochaniu i poszukiwaniu szczęścia.

Choć książka ma papierowe strony, usztywnienie w postaci twardej okładki dobrze się sprawdza i spokojnie można czytać już z dwulatkiem. Ilustracje zdecydowanie dominują nad tekstem (uwielbiam sposób, w jaki autor potrafi zawrzeć mnóstwo wartościowej treści w niewielu prostych słowach!), dzięki czemu maluszek nie ma szansy się zniecierpliwić, a uniwersalność historii wzruszy i starszaka i czytającego rodzica też.

Genechten po raz kolejny nas nie zawiódł!

Guido van Genechten, Jakie to szczęście, że cię znalazłem, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2016, 32 s.

plakat kampanii KOCHANIEprzezCZYTANIE

Recenzja powstała w ramach akcji #KOCHANIEprzezCZYTANIE organizowanej przez Save the Magic Moments. Serdecznie zapraszam do zapoznania się z wpisami innych uczestniczek kampanii i zachęcam do czytania dzieciom nie tylko w lutym. Wspólne czytanie to jeden z najpiękniejszych sposobów budowania więzi.

~ Książeczkę wypożyczyłyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

 

Bajki Majki: Maluszkom o miłości

Miłość jest (a przynajmniej tak było w przypadku Majki) pierwszym wyższym uczuciem, z którym spotyka się dziecko w chwili narodzin. I potem już towarzyszy mu przez całe życie. Nie ważne, czy jest to miłość rodzicielska, platoniczna, romantyczna, braterska, nieszczęśliwa czy uskrzydlająca – od tej emocji nie można uciec. Dlatego lepiej oswoić się z nią już na wstępie.

Kocham Cię Mamo! – czyli o miłości rodzicielskiej

„Nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham” Sam McBratney, Anita Jeram – jedna najukochańszych książek mojego dzieciństwa. Duży Brązowy Zając i Mały Zającek prześcigają się w jak najdokładniejszym opisywaniu swojej miłości. Ciepła, niesamowicie wzruszająca opowieść o emocji wymykającej się definicjom, o zrozumieniu i dziecięcym postrzeganiu świata.

Sam McBratney, Nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham, Warszawa: Egmont, 2004, 32 s.

„Miłość” Astrid Desbordes, Pauline Martin – mama kocha zawsze – nie tylko kiedy Archibald jest grzeczny, czyściutki i akurat się przytulają, ale nawet wtedy, gdy czasem skrzyczy swojego małego psotnika. Ta mądra i niezwykle prawdziwa opowieść pięknie obrazuje stałość rodzicielskich uczuć i poczucie bezpieczeństwa, jakie potrafi dać tylko mama.

Astrid Desbordes, Pauline Martin, Miłość, Warszawa: Wydawnictwo Entliczek, 2016, 44 s.

„Moja Mama” i „Mój Tata” Anthony Browne – no właśnie, nikt nie kocha nas tak mocno, jak nasi rodzice. A za co my ich kochamy? Wszystkie te pozornie niewielki rzeczy, które składają się na codzienność rodziców, a w dziecięcych oczach zyskują niezwykłe znaczenie zebrane zostały w tych dwóch niewielkich kartonówkach. Autror z przymrużeniem oka zgaduje kim rodzice mogliby być, gdyby nie byli właśnie rodzicami i kim są nimi będąc. Co dla dorosłego nie jest wcale takie oczywiste.

Anthony Browne, Moja mama, Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2016, 24 s.
Anthony Browne, Mój tata, Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2016, 24 s.

„Pisklak” Dorota Gellner – krótka, humorystyczna opowieść o bezwarunkowej miłości. Pełna ciepła rodzicielskich uczuć, radości z sukcesów i komfortu, jaki daje wsparcie bliskich. Jedna z tych pozycji, które bawią i równocześnie robi się od nich po prostu ciepło na serduchu.

Dorota Gellner, Jona Jung, Pisklak, Warszawa: Wydawnictwo Bajka, 2017, 24 s.

„Kicia Kocia i Nunuś. Kochamy!” Anita Głowińska – jak zazwyczaj nie jestem wielką fanką Kici Koci, tak ta pozycja jest bardzo sympatyczna. Kocia rodzeństwo spędza wspólnie czas, jest dla siebie wyrozumiałe i wspiera sie wzajemnie. Bardzo fajna książeczka o miłości, ale i o posiadaniu braciszka lub siostrzyczki.

Anita Głowińska, Kicia Kocia i Nunuś. Kochamy!, Poznań: Wydawnictwo Media Rodzina, 2017, 16 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

Co to za dziwne uczucie? O emocjach i pierwszych porywach serca.

„W moim sercu. Księga uczuć” Jo Witek, Christine Roussey – rodzice dobrze wiedzą, że emocje maluszków potrafią zmieniać się jak w kalejdoskopie. Ta „encyklopedia serca” pomoże zrozumieć dziecku co tak właściwie dzieje się z nim dzieje kiedy odczuwa i oswoić cały kalejdoskop uczuć.

Jo Witek, Christine Roussey, W moim sercu. Księga uczuć, Warszawa: Mamania, 2016, 48 s.

Wątek miłości pojawia się również w naszej najulubieńszej książeczce o emocjach – „Myszka” Doroty Gellner prowadzi nas przez to niezwykłe uczucie od początkowego zawstydzenia, przez zakochanie, aż do powiązanej z nim tęsknoty.

Dorota Gellner, Dobrosława Rurańska, Myszka, Warszawa: Wydawnictwo Bajka, 2016, 24 s.

„Mały Szekspir. Romeo i Julia. Moje pierwsze cyfry” Alison Oliver, Jennifer Adams – najsłynniejsza historia miłosne wszechczasów w wersji dla najmłodszych czytelników. Obrazkowa historia do opowiadania przez rodzica pozwala bobasom na liźnięcie klasyki. A ponadto jest dwujęzyczna i pomaga w nauce cyferek!

Alison Oliver, Jennifer Adams, Mały Szekspir. Romeo i Julia. Moje pierwsze cyfry, Wrocław: Wydawnictwo FORMAT, 2014, 22 s.

„O wilku, który chciał się zakochać” Orianne Lallemand, Éléonore Thuillier – bycie samotnym podczas, gdy wokół kwitnie miłość nie jest ani fajnie, ani przyjemnie. Dlatego właśnie Wilk, zgodnie z zasadą społecznej słuszności, postanawia się zakochać. Ale czy znalezienie wybranki serca jest takie łatwe, nawet przy mnogości dobrych raz od niezastąpionych przyjaciół? I czy szybsze bicie serca jest kwestią wyboru? Z Wilkiem jak zwykle nie można się nudzić – tym razem nasz bohater zderzy się z miłością. Dosłownie.

Orianne Lallemand, Éléonore Thuillier, O Wilku, który chciał się zakochać, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2016, 32 s.

Miłość różne ma oblicza – o miłości do przedmiotów.

„Peppa Loves. A touch-and-feel playbook” – chyba właśnie dzieci wiedzą najlepiej, że kochać można nie tylko drugiego człowieka, ale również przedmioty. Pluszowy miś, kocyk, ulubiona łyżeczka – maluszki bardzo przywiązują się do rzeczy. „Peppa Loves…” to właśnie taki zbiór najukochańszych gadżetów ulubionej bohaterki mojej córy. Peppa uwielbia swoją przyjaciółkę Suzy i bawić się w przebieranki, ale kocha również swoje błyszczące kalosze, gumową kaczuszkę i pluszowego misia. Książeczka dedykowana jest najmłodszym odbiorcom, którym grube kartonowe strony stawią dzielny opór. Nad tekstem dominują ilustracje, którym atrakcyjności dodają elementy zapewniające różne wrażenia dotykowe.

Peppa Loves. A touch-and-feel playbook, London: Ladybird Books, 2017, 12 s.

„O dzieciach, które kochają książki” Peter Carnavas – to książka z którą osobiście mocno się identyfikuję. Moment, w którym miłość do szeleszczących kartek ukrytych między twardymi okładkami przekracza możliwości ich przechowywania nigdy nie jest łatwy. Książki muszą zniknąć, bo zwyczajnie się nie mieszczą. Okazuje się, jednak, że bez nich nic już nie będzie takie samo. Poruszająca opowieść o tym, że czasami do szczęścia nie potrzeba wiele, a wspólne czytanie zbliża jak nic innego. I nie wiem co jeszcze jest w tej pozycji, ale jest tak wzruszająca, że za każdym razem ryczę przy niej jak bóbr.

Peter Canavas, O dzieciach, które kochają książki, Gdańsk: Wydawnctwo Adamada, 2017, 32.

„Agnes kocha jednorożce” – wszyscy fani Minionków wiedzą, że wielką miłością Agnes są jednorożce. Książeczka jest streszczeniem losów naszej tej małej bohaterki i jej sióstr znanych ze wszystkich minionkowych filmów. Towarzyszymy jej w momentach najważniejszych dla małej dziewczynki, gdzie adopcja i wygranie pluszowego jednorożca są traktowane na równi. To podróż w kierunku spełniania marzeń, opowieść o przyjaźni dziecka i przytulanki oraz o poświęceniu, jakiego Agnes jest w stanie się podjąć dla swojej rodziny. To również duża dawka wiary w baśnie i legendy, wgląd do świata widzianego oczami dziecka i podróż w poszukiwaniu mitycznego stworzenia.

Gru, Dru i minionki. Agnes kocha jednorożce, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2017, 29 s.

Całą recenzję możecie przeczytać na Bajkowirze.

„Różowa walizka” Susie Morgerstern, Serge Bloch – czasem w życiu zdarza się miłość od pierwszego wejrzenia. Miłość, która jest w stanie przetrwać wszystkie przeciwności, która opiera się dezaprobacie najbliższych, i społecznemu ostracyzmowi. Która pomyślnie przechodzi próbę czasu. Takie właśnie uczucie zdarzyło się Beniaminowi już we wczesnym dzieciństwie. Pokochał… różową walizkę.
Trudno o bardziej sympatyczną, pełną ciepłego humoru, bajkę o przyjaźni między dzieckiem i „pluszakiem”. To opowieść o samoakceptacji, posiadaniu własnego zdania i nieprzykładaniu wielkiej wagi do opinii innych. O odwadze bycia sobą nawet mimo przeciwności i dezaprobaty najbliższych. A także o wielkim znaczeniu wsparcia, jakie daje rodzina, o trudnej sztuce kompromisu i nieograniczonej dziecięcej wyobraźni.

Susie Morgenstern, Różowa walizka, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2017, 32 s.

Kochacie jeszcze jakieś książki?

Bajki Majki: Książeczki o urodzinach dla dwulatka i nie tylko

Wczoraj był wielki dzień – Maja z prawie dwulatki oficjalnie stała się dwulatką. Już od kilku tygodni wprowadzamy się w urodzinowo-imprezkowy klimat, który chyba zagości u nas na trochę dłużej, bo książeczki o urodzinach bardzo przypadły Bobasie do gustu. Oto nasze wybory:

„Mała biała rybka ma urodziny” Guido van Genechten – uwielbiamy książki Genechtena i bała biała rybka nie jest wyjątkiem. Tym razem nasza bohaterka ma drugie urodzinki i zaprasza gości – małych i dużych, grubych i chudych, długich i krótkich… tak, to książeczka o przeciwieństwach! A ponadto, jak wszystkie pozycje z tej serii sprawdzi się idealnie przy nauce kolorów. A wyjątkowymi, malarsko- wycinankowymi ilustracjami na jednolitym czarnym tle trudno się nie zachwycić.

Guido van Genechten, Mała biała rybka ma urodziny, Warszawa, Wydawnictwo Mamania, 2016, 24 s.

„Urodziny Miffy” Dick Bruna – przyznam, że sama nigdy nie sięgnęłabym po przygody Miffy, gdyby nie rekomendacja naszej Pani Bibliotekarki. Bardzo opisowy wierszyk płynnie prowadzi czytelnika przez dzień urodzin głównej bohaterki, dzięki czemu wszystko ładnie porządkuje – to taki trochę schemat idealnych urodzin dla początkujących. Przyznam jednak, że dość mocno drażniło mnie liberalne podejście do interpunkcji i wypieranie istnienia dużych liter. Schematyczne, maksymalnie uproszczone ilustracje utrzymane są w czystych barwach, dzięki czemu z powiedzeniem mogą pełnić rolę książeczki kontrastowej. Szkoda, że strony są papierowe, bo Miffy chyba lepiej sprawdziłaby się jako kartonówka dla maluszków. Osobiście wolę raczej bardziej puchate króliczki (ponadto te „zasznurowane” usta jakoś mnie niepokoją), Maja chętnie słucha, ale jak na razie nie zapowiada się na jakąś wielką miłość.

Dick Bruna, Urodziny Miffy, Wrocław: Wydawnictwo FORMAT, 2008, 32 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Drugie urodziny Prosiaczka” Aleksandra Woldańska-Płocińska – Prosiaczek ma drugie urodziny i jego przyjaciele prześcigają się w pomysłach na ich wspólne celebrowanie. Ale solenizant za każdym razem znajduje jakieś „ale”… Niewielka, urocza kartonówka wypełniona niebanalnymi ilustracjami i wyjątkowo artystycznie potraktowanym tekstem. Przybliży maluchom nazwy zwierząt i ich (prawdziwe, lub stereotypowe) zamiłowania do spędzania czasu. I przede wszystkim przekaże niezwykle ważne przesłanie: nieważne co robimy, najważniejsze, że jesteśmy razem!

Aleksandra Woldańska-Płocińska, Drugie urodziny Prosiaczka, Kraków: Wydawnictwo Czerwony Konik, 2012, 32 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„O Wilku, który obchodził urodziny” Orianne Lallemand, Éléonore Thuillier – Wilk nie może doczekać się swoich urodzin i zaplanował już wspaniałe przyjęcie. Jest tylko jeden problem – żadne z jego przyjaciół nie chce na nie przyjść prześcigając się w wymyślaniu wymówek. Dlatego gdy rozżalony ich odpowiedzą Wilk spotyka dżina z magicznej lampy, jego życzenie jest proste: chce być jak najdalej od swoich wszystkich znajomych! Ale czy można się cieszyć przygodą w pięknym miejscu bez towarzystwa najbliższych?

Orianne Lallemand, Éléonore Thuillier, O Wilku, który obchodził urodziny, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2016, 32 s.

 „Tupcio Chrupcio. Urodzinowy prezent” Eliza Piotrowska – dopiero zaczynamy przygodę z tym bohaterem, ale od samego początku Bobasa jest bardzo zainteresowana jego przygodami. Jest to książeczka skierowana już raczej do przedszkolaków – strony są papierowe, a wciąż dominującym ilustracjom towarzyszą już całkiem długie partie tekstu, a historię uzupełniają tematy do rozmowy. Maja jednak cierpliwie słucha i choć jeszcze nie wdaje się w dyskusję, z zaangażowaniem opisuje obrazki.
Tupcio Chrupcio z niecierpliwością oczekuje urodzin. Marzy o pewnym wyjątkowym rowerze i usilnie próbuje namówić rodziców na zdradzenie mu jaką to prezentową niespodziankę dla niego szykują. Mama jednak milczy jak zaklęta, a pewnego dnia wymarzony rower zostaje przez kogoś kupiony i znika ze sklepowej wystawy.
To przede wszystkim opowieść o marzeniach i uroku niespodzianek, przez co urodziny skupiają się wokół koncepcji prezentu. Zabrakło mi trochę położenia nacisku na wyjątkowości dnia urodzin jako czasu spędzonego wspólnie z rodziną i przyjaciółmi, ale nie oszukujmy się, dla przedszkolaka prezenty są dość wysoko na liście priorytetów.

Eliza Piotrowska, Marco Campanella, Tupcio Chrupcio. Urodzinowy prezent, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2016, 24 s.

„Martynka ma urodziny” – to jedno z opowiadań ze zbioru „Martynka. Moje pierwsze historyjki”, która ostatnimi dniami bardzo zyskała na popularności podczas naszych czytanek. Ta króciutka, kilkuzdaniowa opowieść, podobnie jak Tupcio Chrupcio, opiera się głównie na problematyce prezentu. Podczas spaceru Martynka z mamą trafiają do sklepu z zabawkami, gdzie dziewczynka widzi najpiękniejszą lalkę na świecie. A zbliżające się urodziny są idealnym pretekstem do spełnienia tego marzenia.

Martynka ma urodziny [w:] Gilbert Delahaye, Marcel Marlier, Martynka. Moje pierwsze historyjki, Poznań: Wydawnictwo Publicat S. A., 2014.

Motyw urodzin pojawia się również w bardzo lubianej przez Majkę kartonówce „Matyldo, co robią kury?” Alexandra Steffensmeiera, gdzie wśród ulubionych zabaw kur najulubieńszą są właśnie gry i konkursy na przyjęciach urodzinowych. Nie trzeba chyba wspominać, że są niepokonane w noszeniu jajek na łyżeczkach, szukaniu ukrytego garnka i grze w „Gorące krzesła”? Uwielbiają również tańce!

Alexander Steffensmeier, Matyldo, co robią kury?, Poznań: Wydawnictwo Media Rodzina, 2017, 16 s.

Możecie polecić coś jeszcze w urodzinowym klimacie? Wiem, że jest jeszcze „Basia i urodziny w muzeum”, ale akurat ktoś nam ją wypożyczył.

Bajki Majki: „Ojej! Zmalowane” Anna Jankowska, Adam Święcki

Poznajcie Czarusia. To artysta na miarę naszych czasów – charakteryzuje go otwarty umysł, duży potencjał twórczy, bezmiar wyobraźni i rozmach malarskich realizacji – bez chwili wahania realizuje swoje najśmielsze wizje. Czaruś jest też kotem. Pomarańczowym, pluszowym kotem gwoli ścisłości.

Pewnego dnia natchniony Czaruś postanawia wyżyć się twórczo i zupełnym przypadkiem tworzy prawdziwe dzieło sztuki. Które bez wątpienia musi być zaczarowane, bo tam, gdzie artysta widzi kwiecistą łąkę, jego gałgankowi przyjaciele dostrzegają zupełnie inne rzeczy. Jak to możliwe?

„Bo z prawdziwą sztuką to tak dziwnie jest.”

Nie ma wielu książek dla tak młodych odbiorców, które odważnie podejmują temat sztuki. I to sztuki nowoczesnej. A już na pewno nie ma drugiej tak wyjątkowej – „Ojej! Zmalowane” to komiks. Pedagog i mamowa blogerka w duecie ze świetnym rysownikiem stworzyli przesympatyczną, pełną humoru opowieść, która w minimalnej ilości słów zawiera maksimum treści. To komiks o sztuce nowoczesnej, potędze wyobraźni, różnicach w postrzeganiu świata.

Ja po pięciu latach studiowania historii sztuki nie czuję się w pełni komfortowo opowiadając o dziełach sztuki współczesnej, a ta książeczka „rozwaliła” cały problem na kilku stronach. Warto dodać, że to strony składające się głównie z obrazków ;)
Bo owszem, można maluchom dywagować o konotacjach, symbolach i dyskursywnych paradygmatach, ale po co? Skoro sztuką można się po prostu dobrze bawić? I zupełnie przy okazji nauczyć się nazw kolorów, jeśli jeszcze trochę się mieszają.

Krótka historyjka o pomarańczowym kocie wykracza poza granice standardowo wyznaczane przez okładki. Kod QR na okładce otwiera drogę do dalszej zabawy. Właśnie tak – zabawy. Zgodnie z ideą aktywnego czytania autorka przygotowała pomysły na ożywienie swojej historii i jej kontunuowanie nawet po zamknięciu książki. Mamy zatem do wyboru trzy rodzinne gry rozwijające twórcze myślenie, ćwiczące pamięć, umiejętności kojarzenia faktów, skupiania uwagi i pracy w grupie, a nawet bronienie własnego zdania. Wszystkie zabawy oparte są o tematykę kolorów, a do zagrania wystarczą podstawowe przedmioty, które znajdziemy w każdym domu. Ogranicza nas wyłącznie wyobraźnia, która po kilku wspólnych rozgrywkach zacznie nas ograniczać coraz mniej.

Ale to nie wszystko! Znajdziemy tu również kolorowanki, dzięki którym czytelnik, wraz z Czarusiem, stworzy własne dzieło sztuki (abstrakcyjne lub zupełnie realistyczne, martwą naturę, wedutę, portret, animalistykę albo co tylko przyjdzie na myśl małemu artyście). A sześciostronicowe opowiadanie powie nam więcej zarówno o samym kocie, jak i o całej, znanej z komiksu, sytuacji.

Możemy połączyć opowiadanie z kolorowanką i stworzyć własną czarusiową przygodę. Możemy też wymyślić zupełnie nową historię i stworzyć książkę jedyną w swoim rodzaju.

„Dorośli mówili, że to wielka sztuka, a ja wyobraziłam sobie, że kamienie to zaklęte trolle, puszki to kosmiczne roboty, a śmieci to szczątki dinozaurów. I wtedy dopiero ta cała sztuka od razu zaczęła mi się bardziej podobać.”

Chodźmy, wyobrażajmy!

Anna Jankowska, Adam Święcki, Ojej! Zmalowane, Wrocław: Atomedia, 2017, 30 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości autorki.

PS. Książeczka dedykowana jest dzieciom od 3 do 7 lat, ale i ja i Majka bawiłyśmy się przednio!

Bajki Majki: „Zasypianki”

Spanie – to jeden z tematów, który spędza sen z powiek młodym rodzicom. No dobra, ten sen, to im spędzają dzieci – dzieci, które nie garną się do spania tak bardzo jak byśmy chcieli… Ustalamy zatem rytmy, zwyczaje i rytuały ogrywając moment zasypiania z samozaparciem godnym laureatów Oskara. Przemieniamy się w szamanów próbując ściągnąć na nasze małe wulkany niewyczerpanej energii choć kilka godzin spokojnego, niezmąconego niczym snu

Jednym z niezastąpionych elementów naszego wieczornego rytuału jest wspólne czytanie tuż przed położeniem Bobasy do łóżeczka – rozsiadamy się w fotelu i przy małej lampce sięgamy do podręcznego księgozbioru sprytnie ukrytego w pufie. Od niedawna wśród „pufowych skarbów” prym wiedzie zbiór polskich wierszyków i kołysanek od lat deklamowanych i podśpiewywanych maluchom na dobranoc – „Zasypianki”.

Ta poręczna całokartonowa książeczka zawiera dwadzieścia dwa krótkie utwory – niektóre z nich mogłam deklamować z pamięci jeszcze przed otwarciem „Zasypianek”, niektóre obiły mi się wcześniej o uszy, a jeszcze inne usłyszałam po raz pierwszy dopiero czytając Majce na głos. I jak to w takich zbiorach bywa, część wierszyków przyjęła się wspaniale, a inne omijamy nie poświęcając im ani chwili uwagi. Do takich pogardzanych wierszyków należą na przykład „A, a – kotki dwa” – dotychczas korzystaliśmy z innej wersji (a zapewne tyle jest wersji, ile babć), więc za każdym razem jak zaczynam czytanie, Maj strofuje mnie, że czytam źle. Upodobała sobie za to inny szlagier – „Jadą, jadą misie”. Swoją drogą zaskoczyło mnie, jak różnorodne rytmicznie wierszyki zestawiono ze sobą w jednej książce. Przyznaję, że nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby przed snem śpiewać tak skoczną melodię i obawiałam się, że misiaki będą mi rozbudzać wyciszone już dziecko. I faktycznie – Majka za każdym razem troszkę się ożywia, po czym na nowo się uspokaja skupiając uwagę na kolejnych wierszykach. Cel zostaje zatem osiągnięty, a ponadto uniknięto jednostajnego, nudnego opracowania, na którym przysypiają i dzieci i dorośli.

Różnorodność objawia się nie tylko w sferze tekstu, ale również w ilustracjach. W książce przeplatają się ilustracje dwojga autorów – Elżbiety Jarząbek i Ryszarda Mateckiego. Majka jak zwykle szczególnie upodobała sobie wszystkie kotki, ja zaś wymiękam na widok zmorzonych snem wróżek. No i personifikacja nieba z „Idzie niebo” to mistrzostwo świata.

Majka niedługo skończy dwa latka i powoli wchodzi w wiek powtarzania rymowanek – dzięki tej pozycji poznała mnóstwo nowych, ponadczasowych wierszyków. Ja zaś odnalazłam w niej ukochaną kołysankę mojego dzieciństwa – „Już gwiazdy lśnią” – śpiewałam ją również Majce jak jeszcze była kompletnym brzdącem i spała wyłącznie na moim ramieniu. Nie miałam jednak pojęcia, że właśnie tak brzmi jej tytuł.

Sama książka okazała się być całkiem wytrzymała (szczególnie na upadanie), mimo, że jej liczne strony wykonano ze stosunkowo cienkiego kartonu. Wielki plus za bezpiecznie zaokrąglone rogi i śliską powierzchnię odporną na wycieranie śliny – moje słodkie jak cukierek dziecię całuje na dobranoc każdą ze śpiących na ilustaracjach postaci.

Ciepła, magiczna, ponadczasowa. Książeczka, która łączy pokolenia. Polecamy zarówno tym młodszym – jako jedno z pierwszych spotkań z klasyką – jak i starszym czytelnikom (mamom, ciociom czy babciom) – jako nostalgiczny powrót do czasów dzieciństwa.

Zasypianki, Poznań: Wydawnictwo Publicat S. A., 2017, 40 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Martynka. Moje pierwsze historyjki.” Gilbert Delahaye, Marcel Marlier

Jakiś czas temu pisałam o nowym wydaniu „Martynki”, od którego Maja zaczęła swoją przygodę z jedną z bohaterek mojego dzieciństwa. I choć cudne ilustracje przykuwały jej uwagę, a usztywniane strony oparły się niszczycielskiej działalności ciekawskich paluszków, to same opowiadania okazały się być jeszcze zbyt długie i rozbudowane na ograniczoną cierpliwość mojej prawie dwulatki.

Jest jednak jedna martynkowa publikacja skierowana do najmłodszych książkowych molików – jeszcze w wieku przedprzedszkolnym, czasami się śliniących i potrafiących degustować literaturę również dosłownie – i to ona jest naszym strzałem w dziesiątkę. Choć przesyłkę od Wydawnictwa Palpilon odebrałam dopiero 27 grudnia, to „Martynka” jest jednym z najbardziej trafionych prezentów świątecznych Bobasy.

Książeczka jest naprawdę spora – kwadratowa, wydana na grubych tekturowych stronach o bezpiecznie zaokrąglonych rogach – jest wobec tego dość ciężka, ale podoba się tak bardzo, że Majka daje radę trzymać ja na kolanach i oglądać sama nawet podczas nocnikowego posiedzenia.

W tym przypadku zdecydowanie prym wiodą ilustracje – jedna, maksymalnie dwie na stronie zajmują praktycznie całą ich powierzchnię. Maj jest tym faktem zachwycona (szczególnie jeśli chodzi o zwierzątka i, z jakiegoś powodu, deszcz), a ja nigdy wcześniej nie miałam szansy dojrzeć w „Martynce” aż tylu szczegółów. Zbiór zawiera cztery historyjki – „Martynka idzie na bal”, „Martynka bawi się w mamę”, „Martynka ma urodziny” oraz „Martynka i osiołek”. Każde z opowiadań zostało skrócone do maksimum – zajmują po 4 do 5 stron, po maksymalnie trzy zdania na każdej – a mimo to powyciągane z większego kontekstu wersy wciąż układają się w spójną i logiczną całość, która całkowicie wystarcza małemu, niecierpliwemu czytelnikowi.

Rymy Wandy Chotomskiej są melodyjne i zapadają w pamięć, a że moje dziecię zakochało się w tej książce bez pamięci, to znam je już na wyrywki i mogę recytować nawet w środku nocy. Ale najpiękniejsze jest to, że w trakcie wspólnego czytania albo samodzielnego oglądania, Majka patrząc na obrazek sama buduje zdania i opowiada mi co właśnie Martynka i jej przyjaciele porabiają. To pierwsza książka, która skłoniła ją do czegoś więcej niż wskazywanie paluszkiem i nazywanie przedmiotów przedstawionych na ilustracjach, nie ukrywam więc, że za każdym razem mocno się wzruszam.

Jeśli mogłabym coś zmienić, to osobiście zwiększyłabym czcionkę. Jest na to jeszcze sporo miejsca, a dziadkowie narzekają na małe literki. Wydaje mi sie nawet, że całość wyglądałaby wtedy estetyczniej.

Polecamy z całego serduszka wszystkim maluchom, które jeszcze Martynki nie znają, i ich mamom, które być może pamiętają ją z własnego dzieciństwa!

Gilbert Delahaye, Marcel Marlier, Martynka. Moje pierwsze historyjki, Poznań: Wydawnictwo Publicat S. A., 2014, 18 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Miasteczko z bajki” Dorota Gellner, z ilustracjami Joli Richter-Magnuszewskiej

Wpadające w ucho rymy Doroty Gellner towarzyszą nam już od dawna – „Myszka” niezmiennie nas wzrusza, „Pisklak” bawi, a wierszyk o jamniczku znam już na pamięć, bo Bobasa życzy sobie go odczytywać przynajmniej raz dziennie. Dlatego też do „Miasteczka z bajki” podeszłam ze sporym entuzjazmem – jak się okazało – zupełnie słusznie.

Między okładkami kryje się bowiem pełna dziwów mieścina zamieszkana przez niesamowicie sympatycznych zwierzęcych bohaterów. A każdy z nich ma swoje przygody. Majka na swojego faworyta bezsprzecznie wybrała niemalże czarny charakter – tajemniczego kota – łakomego kataryniarza i hotelarza noszącego się niczym Szpieg z Krainy Dreszczowców, wciskającego tu i ówdzie swoje zaostrzone pazurki. Bardzo podobają się jej również żaby i rodzina myszek, mnie zaś urzekł pająk dziergający koronki, który decyduje się rzucić wszystko i „wyjechać w Bieszczady”. W Miasteczku z Bajki domek susła ziewa wraz ze swoim gospodarzem, nietoperz nosi lakierki, most dzwoni, z pędzącej dorożki w groszki spadają elementy deseniu, a ratusz wieńczy koronkowa kokarda. Nie można się tu nudzić – króliki kicają, a hotel odwiedza tajemniczy smok… Wszystkie te szalone przygody opisane zostały w 20 niedługich, zabawnych i momentami zaskakujących wierszykach, których melodyjne rymy zostają w pamięci na długo po zamknięciu książeczki.

Dużym plusem jest właśnie wykorzystanie krótkich form – choć wszystkie utwory układają się w spójną całość, bez problemu można skończyć szybciej i wrócić do lektury następnego dnia albo wybierać tylko ulubione wierszyki. Takie zabiegi znacznie ułatwiają mi czytanie odkąd Maj straciła cierpliwość do dłuższych partii tekstu i często przewraca strony zanim skończę czytać.

Całość została zilustrowana w niebanalny, „wycinankowy sposób”. Mnogość szczegółów zachwyca moją małą fankę „Ulicy Czereśniowej”, ćwiczy spostrzegawczość i – co moim zdaniem naprawdę ważne, a coraz częściej zapominane – całkiem dokładnie obrazuje tekst. I to zarówno jeśli chodzi o bohaterów wierszyków i ich przygody, a także samą topografię miasta, które samo w sobie może pretendować do roli bohatera tej książeczki.

Książka jest całkiem duża, dzięki czemu czytelna. Całokartonowe, bezpiecznie zaokrąglone strony ułatwiają samodzielne poznawanie bajkowego miasteczka, a niewielki ciężar pozwala wygodnie czytać z maluszkiem na kolanach.

Dorota Gellner, Miasteczko z bajki, Poznań: Wydawnictwo Publicat S.A; 2017, 32 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Papilon.

Bajki Majki: „Mały atlas ptaków Ewy i Pawła Pawlaków”

U niektórych śnieg już leży, u innych jeszcze go nie widać – za naszym oknem zima to się pojawia, to znika. Odkąd na początku jesieni zainstalowaliśmy na balkonie karmnik dla ptaków, razem z Mają dbamy, aby codziennie pojawiły się w nim jakieś ziarenka albo okruszki.

Zanim jeszcze na stałe wprowadziła się do nas całkiem urocza parka gołębi, przylatywały najróżniejsze okazy – od olbrzymich mew, przez krakające kawki aż do malutkich żółtobrzuchych sikorek i pospolitych wróbelków. Ale części naszych gości nie byliśmy w stanie zidentyfikować. I wtedy wpadł mi w oko przepiękny atlas ptaków dla najmłodszych.

„Mały atlas ptaków Ewy i Pawła Pawlaków” to spora, całokartonowa pozycja składająca się z 20 plansz poświęconych 20 gatunkom ptaków. Co ciekawe, jest on ilustrowany nie tylko zdjęciami, ale również kolażami z tkanin, akwarelowymi szkicami, zdjęciami piór „wklejonych” do atlasu, a nawet dziecięcymi rysunkami. Całość układa się w różnorodny, nico barokowy miszmasz – będący tak naprawdę przygotowywanym wspólnie przez całą rodzinę, intymnym albumem dokumentującym wspólne zainteresowania.

Co zaskakujące jak na atlas – jest on narracyjny, a wszystkie informacje o ptaszkach podawane są za pomocą historyjek z życia pewnej rodziny, całkiem podobnej do naszej, która również decydowała się podglądać przylatujących do karmnika gości. Dzięki temu całość czyta się niesamowicie przyjemnie – tekst jest zabawny, pełen ciekawostek i nieobciążający młodziutkich umysłów nadmiarem specjalistycznej wiedzy i trudnych określeń. Autorzy zarażają swoją pasją i pozwalają małemu czytelnikowi zerknąć do swojego świata. Razem z nimi zmieniamy obserwowanie przylatującego po okruchy ze śniadania ptactwa w wielką przygodę. Jesienią niejednokrotnie zastałam czekającą przy drzwiach balkonowych Majkę z jej pluszową sikorką w pod pachą i atlasem otwartym na odpowiedniej stronie, czekającą na śniadanie dla ptaszków, gotową na porównywanie ilustracji z rzeczywistością. A nasza kotka-emerytka za każdym razem dzielnie jej towarzyszy.

DSC_1030

To właśnie dzięki tej fantastycznej pomocy naukowej zidentyfikowaliśmy naszego najbardziej zagadkowego amatora ziarenek – ptaszka z kremowym łebkiem w kropki i niebieskimi paskami na skrzydłach – jako sójkę. I razem z majotatą cieszyliśmy się tym odkryciem dokładnie tak samo jak nasza Bobasa.

Chcecie wiedzieć jaki ptak ma tak dobry słuch, że słyszy ruchy robaków pod ziemią? Który z ptaków się śmieje, a który jest zawsze skory do bijatyki? Jeśli tak, koniecznie sięgnijcie po tą pozycję! Bardzo polecam wszystkim ciekawym natury maluszkom i wszystkim dorosłym rozkochanym w niebanalnej ilustracji dziecięcej. Bo to książka mądra, pożyteczna i naprawdę wyjątkowa pod względem estetycznym.

Ewa Kozyra-Pawlak, Paweł Pawlak, Mały atlas ptaków Ewy i Pawła Pawlaków, Warszawa: Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2017, 42 s.