Czas na czytanie: „Bramy Światłości: Tom 2” Maja Lidia Kossakowska

„Gdzie była podniosła, surowa chwała Niebios? Gdzie majestat, bojaźń boża i wszechpotęga? Co się stało z okrutną, lecz sprawiedliwą grozą Piekieł? Nie było ich. Nie istniały. Zamiast tego znalazł tylko wyolbrzymione, zwielokrotnione odbicie dworskich i feudalnych stosunków, które doskonale znał z życia doczesnego. Znów pojawili się wysoko i nisko urodzeni, panowie i plebs, biedacy i bogacze.”

[ Kilka słów o pierwszym tomie TUTAJ]

To typowy przykład tomu przejściowego – tak naprawdę nie dzieje się nic wyjątkowo istotnego dla rozwoju wydarzeń, ekspedycja nie posuwa się jakoś energicznie do przodu, w Królestwie żyją na krawędzi ale jeszcze żadne dramy się nie zadziały. Wszystko jest jakby ciszą przed burzą (całkiem makabryczną ciszą swoją drogą), zbiorem narastających, nieszczególnie ważnych sytuacji będących zapowiedzią nieuniknionego.

DSC_1007

Ale bynajmniej nie jest nudno. Jest wszystko to, za co Kossakowską lubimy – krew, obdzieranie ze skóry, obcinanie głów, malownicze opisy wnętrzności i jątrzących się ran, słodki zapach rozkładu, tragiczne sytuacje i krwawe ofiary składane martwym bóstwom. Tylko aniołów jakoś mało.

W drugim tomie Bram Światłości przede wszystkim wciąż towarzyszymy ekspedycji w jej karkołomnej podróży przez Sfery Poza Czasem. A właściwie samemu Daimonowi, który przypadkowo odłączywszy się od towarzyszy błądzi w piękniej i śmiertelnie niebezpiecznej dżungli niczym dziecko we mgle. Tym razem autorka szykuje nam wykład na temat przeraźliwie krwawych bóstw Inków i Azteków, których imiona nie zawsze byłam w stanie przeczytać, nie mówiąc już o zapamiętaniu pozostających w kontraście do oszałamiającego piękna bujnej, dzikiej roślinności. W miejscu, gdzie wszyscy odrzucili zwierzchność Jasności nawet Anioł Zagłady może poczuć się samotny.

Co mnie zaskoczyło, w tej części jest wyjątkowo dużo użalania się nad sobą, chwil zwątpienia i wyrzutów sumienia – i to nie tylko ze strony malkontenta Lucyfera, ale również samego Daimona, czym niesamowicie mnie wkurzał. Niby Abaddon, a momentami marudził jak baba. Między innymi z tego powodu spadł w rankingu mojego ulubionego bohatera na rzecz swego nowego jaguarokształtnego przyjaciela i rozpieszczonego Asmodeusza w jego archeologicznym szale.

Jednak, podobnie jak Daimon, przez całą lekturę tęskniłam za Królestwem. Bo czytelnik ma szansę odwiedzić je jedynie na dwa mgnienia oka i to wyłącznie komnatę sfrustrowanego Gabriela. Kilka rozdziałów z przetrwania w Głębi zaspokaja nieco apetyt na dworskie intrygi i życie wielkiego miasta, ale mimo wszystko nie mogę się doczekać, aż wreszcie wydostaną się z tych toksycznie barwnych lasów i bohaterowie na nowo poczują pod butami bruk ulicy.

Maja Lidia Kossakowska, Bramy Światłości: Tom 2, Lublin-Warszawa: Fabryka Słów, 2018, 560 s.

Reklamy

Bajki Majki: Mały Teatr Ilustracji – „Księżyc” Dobrosławy Rurańskiej

Koncepcja Małego Teatru Ilustracji urzekła mnie momentalnie, gdy tylko na nią trafiłam.

W swoich działaniach, jej twórcy inspirują się bowiem tradycyjnym japońskim teatrem Kamishibai polegającym na opowiadaniu historii przy pomocy ilustrowanych plansz prezentowanych w drewnianym parawanie z okiennicami. Adaptując ten pomysł na naszym rodzimym gruncie Mały Teatr Ilustracji prowadzi warsztaty plastyczne dla dzieci i wystawia niepowtarzalne spektakle. Ale mają pewien minus – odbywają się głównie w Warszawie a z Gdańska to jednak ładny kawałek drogi, szczególnie, że moje wiecznie kicające dziecko rozniosłoby Pendolino już po 20 minutach.

Być może z myślą o wszystkich tych, którym pomysł obrazkowego teatrzyku bardzo się podoba, ale nie mogą wziąć udziału w szerokiej ofercie wydarzeń wymyślono Małe Teatrzyki – domowe książeczki obrazkowe. Jedną z nich jest „Księżyc”, który testujemy już od dłuższego czasu.

Zestaw składa się 27 kart w formacie A5, ilustrujących pewną historię, której treść… tak naprawdę musimy wymyślić sami; strony tytułowej z instrukcją obsługi (jak dobrze, że o tym pomyślano!) oraz kolorowanki i trzech figurek postaci to wycięcia i złożenia. A wszystko to zamknięto w dwóch kartonikach z okienkami, które – po odpowiednim złożeniu i odrobinie praktyki – zmieniają się w najprawdziwszy, choć miniaturowy, teatrzyk obrazkowy.

Pierwszym, co (tuż po niezwykłej formie przedstawienia) przyciąga uwagę są niezwykle bogate ilustracje, które od razu wydały nam się znajome. Pamiętacie „Myszkę” Doroty Gellner, którą zachwycamy się już od dawna? „Księżyc” wyszedł spod kredek tej samej ilustratorki, Dobrosławy Rurańskiej. I choć na pierwszy rzut oka widać sporo podobieństw, (szczególnie jeśli chodzi o ten sam klimat lekkiej niesamowitości) po chwili już wiadomo, że tym razem autorka jeszcze bardziej popuściła wodze fantazji. Znajdujemy się bowiem w niesamowitym, baśniowym lesie pełnym bliżej niezidentyfikowanych stworzonek i bujnej roślinności, której próżno by szukać w botanicznych atlasach. A przecież to książka bez ani jednego słowa! Zatem wszystkie nazwy o określenia wymyślić musi sam czytający z pomocą swoich małych słuchaczy.

Najwięcej kłopotu sprawił nam główny bohater – na początku wzięliśmy go za długouchego króliczka, ale trąbka (jakby do spijania nektaru) ni jak nam królika nie przypomina. Motylek i muszka również nie pasowały, bo skrzydełek brak. Ni to robaczek, ni to ssak został zatem przez nas ochrzczony Leśnym Duszkiem i tak już się w mojej narracji przyjęło. Leśny Duszek jest marzycielem i najbardziej na świecie marzy o dotknięciu księżyca. Mały kombinator próbuje różnych sposobów na osiągnięcie swego celu, jednak każdy z nich kończy się jedynie obitymi pośladkami i coraz większym rozczarowaniem. Kiedy przychodzi moment załamania, jego rozpaczliwy płacz zostaje usłyszany przez… drugiego bohatera, który u nas raz bywa Olbrzymem, a innym razem Nocą we własnej osobie. Tak zaczyna się ta nieprawdopodobna przyjaźń.

To piękna historia o determinacji, pogoni za marzeniami, chęci niesienia pomocy, sile przyjaźni i szukaniu twórczych rozwiązań. Fantastycznie zilustrowany świat, wyjątkowi bohaterowie i … niesamowity trening dla wyobraźni!

Uczciwie przyznaję – myślałam, że animowanie takiego teatrzyka będzie trochę łatwiejsze. A tu wyzwanie goni wyzwanie – każdy element wymaga przecież swojej nazwy, faktury, zapachu i charakteru. Ilustracje są niezwykle wręcz szczegółowe i stale inspirują do dopowiadania nowych elementów, a poza głównymi bohaterami pojawiają się również drugoplanowi, którzy również miewają wpływ na historię.

Teatrzyk towarzyszył nam na dwóch spotkaniach Bobasowego Klubu Książki i choć całkiem poważnie się przygotowywałam, za każdym razem opowiedziałam inną historię! Choć przecież dwuletnie maluszki jeszcze bardziej interesowały się niecodzienną formą bajki i przesuwaniem się kolejnych kart, niż dopowiadaniem zdarzeń i nazywaniem narysowanych obiektów. Nie mogę się doczekać aż moja publiczność trochę podrośnie i bardziej aktywnie włączy się w opowiadanie podrzucając swoje pomysły i rozwiązania!

DSC_0858

Za to sami rodzice zdawali się być nieco przerażeni koniecznością wymyślania tekstu samodzielnie i niemalże jednogłośnie opowiedzieli się za Małym Teatrzykiem ilustrującym dobrze znaną i osłuchaną już bajkę  – na szczęście w tej formie powstała również książeczka o „Jasiu i Małgosi”, której opowiadanie zapewne przysparza nieco mniej problemów, bo nie wszystko trzeba wymyślać samemu od podstaw. Ta wersja zawiera również ułatwienie w postaci tekstu na odwrocie.

Nie sądziłam nawet, że za pomocą tylko i wyłącznie ilustracji można przekazać tak wiele treści! Bo wszystkie wartości, które wcześniej wymieniłam – przyjaźń, wsparcie, empatia, czy marzenia – są naprawdę doskonale czytelne i wypowiedzenie ich na głos to tak naprawdę kwestia formalności. Ale nad nadaniem werbalnej formy całej rozbudowanej otoczce trzeba się już nieźle nagimnastykować. I to jest super!

Bardzo fajnie, że na odwrocie każdej ze stron jest miejsce na zanotowanie swoich pomysłów – naprawdę można się zaplątać i ściąga bywa przydatna. No i po jakimś czasie miło jest zerknąć na swoje wcześniejsze pomysły. Fantastycznie też, że karty zostały ponumerowane. Poza samym oglądaniem przesuwających się obrazków, moja córa uwielbia rozkładać je wokół siebie, grupować i nadawać własną kolejność. Niedługo pewnie sama zacznie mi opowiadać.

Ta kompletnie nietypowa książeczka zabiera swoich czytelników w podróż do baśniowego lasu zamieszkałego przez fantastyczne i niesamowicie sympatyczne stworzonka. Rozwija słownictwo, wystawia na próbę wyobraźnię i dzieci i dorosłych, przekazuje uniwersalne wartości i… cieszy oko.

Razem z Majką bardzo polecamy do rodzinnego czytania w domu i organizowania wspólnych spektakli, na przykład w przedszkolu.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Małego Teatru Ilustracji. Swój własny, domowy teatrzyk można kupić TU, a TUTAJ oferta pełnowymiarowych spektakli dla szczęściarzy mieszkających w okolicach stolicy.

 

Czas na czytanie: „Chłopcy, których kocham” Anna Ciarkowska

Opisywanie wykonywanych czynności i zupełnie zwyczajnych zdarzeń, przenoszenie codzienności na papier automatycznie podnosi jej znaczenie i pomaga uporządkować myśli. Anna Ciarkowska poszła o krok dalej w tej małej nobilitacji – opisując swoje przeżycia i emocje sięga po język poezji. W kilku elegancko złożonych słowach podsumowuje swój dzień, chwyta radości i niepokoje. W ten właśnie sposób powstał tomik „Chłopcy, których kochałam” – zbiór ulotnych urywków z życia autorki, kolekcja bardzo prywatnych wspomnień, nazywanych „mikrohistoriami z życia i mężczyzn”. A książka jest tym bardziej osobista, że ilustrowana szkicami poetki i przetkana fragmentami jej ręcznego pisma.

Na zbiór składają się przede wszystkim krótkie, oniryczne utwory – zamknięte w kilku wersach, lub nawet w kilku słowach – po jednym na stronę. Na każdy z nich przypada jedna ilustracja, również na osobnej stronie, przez co książka mimo wszystko zdaje się być trochę przerostem formy nad treścią, choć wydana jest naprawdę pięknie (tak, głęboki turkus i wodny entourage to moje duże słabości).

W utworach dużo jest mowy o rozsypujących/rozpuszczających się dłoniach (najczęściej trzymanych przez inne dłonie), piasku między palcami, obejmowania pustki, onirycznego dotyku i cienkiej skóry.

„Wczoraj otarliśmy się o koniec świata.
Zamiast deszczu meteorytów
spadł na mnie twój dotyk,
dużo twojego dotyku.”

Na niektóre z wierszy patrzyłam z lekkim politowaniem, bo przywodziły mi na myśl moją własną radosną twórczość okresu okołogimnazjalnego, inne natchnioną egzaltacją i specyficznym zastosowaniem spacji podejrzanie trąciły Rupi Kaur. A jeszcze inne trafiały idealnie „w punkt”, jakby miały oddawać moje własne przemyślenia. Dlatego aż chciałoby się napisać, że Ciarkowska jest w swojej twórczości bardzo nierówna. Ale to chyba nie byłaby prawda. W końcu odbiorze w twórczości artystycznej (a już poetyckiej szczególnie!) bardzo duży wpływ ma również sam odbiorca, jego własny bagaż emocji i doświadczeń.

„Jesteśmy przypadkiem,
więc zdarzajmy się częściej.”

Zarówno poezja, jak i rysunki inspirowane są główne tematyką morską. To właśnie ze spienionych fali zimnych odmętów pochodzą najbardziej poruszające porównania autorki i chyba właśnie to najbardziej mi się podczas czytania podobało. W tym przypadku faktycznie czuję pokrewieństwo dusz, choć sama raczej nie ujęłabym swoich myśli akurat w ten sposób.

„Czy ty się na mnie smucisz? – pytam, a on kręci głową.
Boję się, że nigdy mi się już nie powtórzysz.”

Całość dopełniona jest czterema listami do „Chłopców, których kocham” i na tym etapie lektury przerwałam na moment, by nalać sobie kieliszek wina (już wiele lat temu koledzy z liceum przekazali mi swą tajemną wiedzę, że analiza utworów literackich wychodzi najlepiej właśnie po winie. Przychodząc na sprawdziany z polskiego na lekkim rauszu zawsze zgarniali same najlepsze oceny, dranie. Jako grzeczną i przykładną uczennicę zawsze niesamowicie mnie to irytowało, dziś widzę już tylko same plusy tej metody). Opisy pełne mięczaków, kamieni i rybich porównań czyta się w ten sposób dużo lepiej, szczególnie, że są to opisy okraszone sporą dawką babskiej wrażliwości. Dlatego też polecam czytać z lampką białego wina w dłoni (najlepsze do ryb!), bo naprawdę zdarzają się fragmenty, których naprawdę nie da się ogarnąć na trzeźwo. Ale czy to znowu aż taka wada?

„Jesteś straszną ostrygą. Chłopakiem kamieniem. Mam wrażenie, że jesteś cały zamknięty i tylko w tych krótkich momentach, kiedy dziewczyna się do ciebie tuli, ten dotyk jest erozją. Ja jestem taką dziewczyną. Mnie to nie przeraża. Nie przeraża mnie jeżowiec, który mówi: ze mną nie da się wytrzymać. Nie przeraża mnie pancernik, który powtarza: jestem trudny. Jest trudny.”

„(…) [wiersz o początkach i spotykaniu się po raz pierwszy]
Mleczne zęby znów kiełkują w moich ustach,
kiedy sobie wyobrażam, że się całujemy.”

Mam wrażenie, że przelewając swoje uczucia na papier, tworząc te miniaturowe zapiski autorka przeżywa wszystko podwójnie. I to wydaje mi się być czymś cudownie uskrzydlającym, choć większość jej utworów wcale uskrzydlająca nie jest. I choć czasami bywa nieco zbyt dziwnie. Z trzeciej jednak strony nie ma chyba nic bardziej dziwnego, niż mieszkańcy morskich czeluści.

Raczej nie sięgnę ponownie po wiersze autorki, choć spędziłam z nimi całkiem przyjemny wieczór, a kilka króciutkich myśli nawet sobie „na chwilę” zapisałam.

Anna Ciarkowska, Chłopcy, których kocham, Kraków: Wydawnictwo Otwarte, 2018, 280 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

Bajki Majki: „Jakie to szczęście, że cię znalazłem” Guido van Genechten

Chyba od zawsze mam słabość do długouchych kitajców opowiadających o miłości, co już od dłuższego czasu staram się przekazać Majce. Wydaje mi się, że to pokłosie jednej z moich ulubionych książeczek późnego dzieciństwa – „Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham”. Tym razem jednak wpadła mi w oko zupełnie nowa historia o zakochanych zającach, równie urocza, choć tym razem już nie o miłości rodzicielskiej, a romantycznej – „Jakie to szczęście, że cię znalazłem”.

Pełen energii zajączek Kicek do złudzenia przypomina mi moją córę – rozbrykany i rozkicany, stale skory do psot, niepotrafiący usiedzieć choć chwili w jednym miejscu. Prowadzi całkiem sympatyczne, życie pełne skakania, smakołyków i krótkich drzemek, czyli tego, co małe zajączki lubią najbardziej. Jak każdy zając jest świetny w kicaniu. Ma też jeszcze jedną niezwykle przydatną umiejętność – superczuły nos, który za każdym razem bezbłędnie doprowadza go na grządkę najbardziej soczystych marchewek i między korzenie jodły idealnej na drzemkę. Kicek ufa swojemu nosowi całkowicie, dlatego gdy pewnego dnia wywąchał nowy, intrygujący zapach pomknął za nim jak strzała. Tym razem czuły nosek zaprowadził go do czegoś wyjątkowego – prosto do zajączkowej dziewczynki.

Tak właśnie poznali się Kicek i Zuzia i od tej pory dzielili wspólnie wszystkie małe przyjemności – razem kicali, razem chrupali słodkie marchewki i razem odpoczywali pod jodłą. A wszystko to dzięki noskowi, który pomógł im się odnaleźć.

Pięknie ilustrowana, ciepła, przeurocza opowieść o przyjaźni, zakochaniu i poszukiwaniu szczęścia.

Choć książka ma papierowe strony, usztywnienie w postaci twardej okładki dobrze się sprawdza i spokojnie można czytać już z dwulatkiem. Ilustracje zdecydowanie dominują nad tekstem (uwielbiam sposób, w jaki autor potrafi zawrzeć mnóstwo wartościowej treści w niewielu prostych słowach!), dzięki czemu maluszek nie ma szansy się zniecierpliwić, a uniwersalność historii wzruszy i starszaka i czytającego rodzica też.

Genechten po raz kolejny nas nie zawiódł!

Guido van Genechten, Jakie to szczęście, że cię znalazłem, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2016, 32 s.

plakat kampanii KOCHANIEprzezCZYTANIE

Recenzja powstała w ramach akcji #KOCHANIEprzezCZYTANIE organizowanej przez Save the Magic Moments. Serdecznie zapraszam do zapoznania się z wpisami innych uczestniczek kampanii i zachęcam do czytania dzieciom nie tylko w lutym. Wspólne czytanie to jeden z najpiękniejszych sposobów budowania więzi.

~ Książeczkę wypożyczyłyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

 

Czas na czytanie: „Dziewczyna z daleka” Magdalena Knedler

„Poczułam się oszukana. Miałam wuja nazistę, mój ojciec był polskim szlachcicem, mój mąż – muzykiem, kosmopolita i liberałem, a ja uchodziłam za komunistkę. Tymczasem „prawdziwi” komuniści z Rosji właśnie nasłali na nas czołgi.”

Lena Rajska jest młodą, nieustraszoną kobietą. Nieustraszoną do tego stopnia, że przemierza świat pisząc reportaże z tak zwanych „przestrzeni wojny”. Nigdzie nie zatrzymuje się na dłużej i zdaje się ciągle czegoś szukać. Nie ma pojęcia, że najbardziej poruszającą historię skrywa jej własna rodzina.

„(…) wojna wcale nie skończyła się w czterdziestym piątym, ale trwała nadal, w różnych zakątkach świata, i przyjmowała różne oblicza. Dla jednych toczyła się na Syberii, w łagrach na Workucie, dla innych w lasach i więzieniach, dla jeszcze innych w Czeczeni, Afganistanie, Iraku i Syrii. A niektórzy toczyli wojny we własnych domach. Z najbliższymi. Z własnymi demonami. Ze sobą. To się nigdy nie kończyło.”

Babcia Leny – Natasza Slisterwitz to szorstka w obyciu, zgryźliwa i samotna staruszka pozornie nie mająca innym niczego do zaoferowania. Samowystarczalna herod-baba żyjąca na pustkowiu, zawzięcie odstraszająca każde potencjalne towarzystwo. Z wyjątkiem kota Augusta.

Artur Adams, angielski historyk zgłębiający historię swoich dziadków, wpada z butami w życie obu kobiet burząc budowane latami status quo. Nadchodzi czas zwierzeń i czas spowiedzi. Czas, w którym niesympatyczna „stara Niemra”, po wielu latach milczenia ponownie otwiera się na drugiego człowieka. I jednocześnie pozwala sobie na zrzucenie z barków olbrzymiego ciężaru. Jej pokuta nareszcie dobiega końca a historia nareszcie zostaje opowiedziana do końca.

Szalenie sympatyczny Wojtek, policjant z zawodu i powołania, trafia na tą opowieść zupełnie przypadkiem. I znajduje inspirację do dalszego życia.

To książka o zbrodni, winie i karze. O miłości, krzywdzie, oszustwie i olbrzymich wyrzutach sumienia. O wypaczonych ideologiach i koszmarze wojny. O przeszłości, która przekreśla teraźniejszość. Książka, w której każdy bohater jest po trochu ofiarą i czarnym charakterem. I każdemu przychodzi odpokutować zarówno za swoje grzechy, jak i za winę niezawinioną, tragiczne błędy historii. Książka, z którą zarywa się noce, bo taka historia nie pozwala spokojnie zasnąć.

„(…) tamtej dziewczyny z Wileńszczyzny, zagubionej w ideologiach, poglądach, ambicjach i emocjach. Jak to jest, kiedy człowiek dojrzewa w takich warunkach? Dorasta w przyspieszonym tempie i zastanawia się, czy dzień, który właśnie się zaczyna będzie ostatnim?”

Całość okraszona została szczyptą humoru, która dodaje lekturze lekkości i czyni bohaterów bardziej ludzkimi. A historię prawdziwszą. Bo w takie, z pozoru nieprawdopodobne zawirowania losu naprawdę łatwo uwierzyć. Szczególnie, że osadzenie fabuły w tle historycznym poprzedzone zostało gruntownymi badaniami autorki.

„Nie jesteśmy pod okupacją i nie musimy być weganami. Mam kurę w zamrażalniku.”

Magdalena Knedler, Dziewczyna z daleka, Gdynia: Wydawnictwo Novae Res, s.

Bajki Majki: Maluszkom o miłości

Miłość jest (a przynajmniej tak było w przypadku Majki) pierwszym wyższym uczuciem, z którym spotyka się dziecko w chwili narodzin. I potem już towarzyszy mu przez całe życie. Nie ważne, czy jest to miłość rodzicielska, platoniczna, romantyczna, braterska, nieszczęśliwa czy uskrzydlająca – od tej emocji nie można uciec. Dlatego lepiej oswoić się z nią już na wstępie.

Kocham Cię Mamo! – czyli o miłości rodzicielskiej

„Nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham” Sam McBratney, Anita Jeram – jedna najukochańszych książek mojego dzieciństwa. Duży Brązowy Zając i Mały Zającek prześcigają się w jak najdokładniejszym opisywaniu swojej miłości. Ciepła, niesamowicie wzruszająca opowieść o emocji wymykającej się definicjom, o zrozumieniu i dziecięcym postrzeganiu świata.

Sam McBratney, Nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham, Warszawa: Egmont, 2004, 32 s.

„Miłość” Astrid Desbordes, Pauline Martin – mama kocha zawsze – nie tylko kiedy Archibald jest grzeczny, czyściutki i akurat się przytulają, ale nawet wtedy, gdy czasem skrzyczy swojego małego psotnika. Ta mądra i niezwykle prawdziwa opowieść pięknie obrazuje stałość rodzicielskich uczuć i poczucie bezpieczeństwa, jakie potrafi dać tylko mama.

Astrid Desbordes, Pauline Martin, Miłość, Warszawa: Wydawnictwo Entliczek, 2016, 44 s.

„Moja Mama” i „Mój Tata” Anthony Browne – no właśnie, nikt nie kocha nas tak mocno, jak nasi rodzice. A za co my ich kochamy? Wszystkie te pozornie niewielki rzeczy, które składają się na codzienność rodziców, a w dziecięcych oczach zyskują niezwykłe znaczenie zebrane zostały w tych dwóch niewielkich kartonówkach. Autror z przymrużeniem oka zgaduje kim rodzice mogliby być, gdyby nie byli właśnie rodzicami i kim są nimi będąc. Co dla dorosłego nie jest wcale takie oczywiste.

Anthony Browne, Moja mama, Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2016, 24 s.
Anthony Browne, Mój tata, Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2016, 24 s.

„Pisklak” Dorota Gellner – krótka, humorystyczna opowieść o bezwarunkowej miłości. Pełna ciepła rodzicielskich uczuć, radości z sukcesów i komfortu, jaki daje wsparcie bliskich. Jedna z tych pozycji, które bawią i równocześnie robi się od nich po prostu ciepło na serduchu.

Dorota Gellner, Jona Jung, Pisklak, Warszawa: Wydawnictwo Bajka, 2017, 24 s.

„Kicia Kocia i Nunuś. Kochamy!” Anita Głowińska – jak zazwyczaj nie jestem wielką fanką Kici Koci, tak ta pozycja jest bardzo sympatyczna. Kocia rodzeństwo spędza wspólnie czas, jest dla siebie wyrozumiałe i wspiera sie wzajemnie. Bardzo fajna książeczka o miłości, ale i o posiadaniu braciszka lub siostrzyczki.

Anita Głowińska, Kicia Kocia i Nunuś. Kochamy!, Poznań: Wydawnictwo Media Rodzina, 2017, 16 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

Co to za dziwne uczucie? O emocjach i pierwszych porywach serca.

„W moim sercu. Księga uczuć” Jo Witek, Christine Roussey – rodzice dobrze wiedzą, że emocje maluszków potrafią zmieniać się jak w kalejdoskopie. Ta „encyklopedia serca” pomoże zrozumieć dziecku co tak właściwie dzieje się z nim dzieje kiedy odczuwa i oswoić cały kalejdoskop uczuć.

Jo Witek, Christine Roussey, W moim sercu. Księga uczuć, Warszawa: Mamania, 2016, 48 s.

Wątek miłości pojawia się również w naszej najulubieńszej książeczce o emocjach – „Myszka” Doroty Gellner prowadzi nas przez to niezwykłe uczucie od początkowego zawstydzenia, przez zakochanie, aż do powiązanej z nim tęsknoty.

Dorota Gellner, Dobrosława Rurańska, Myszka, Warszawa: Wydawnictwo Bajka, 2016, 24 s.

„Mały Szekspir. Romeo i Julia. Moje pierwsze cyfry” Alison Oliver, Jennifer Adams – najsłynniejsza historia miłosne wszechczasów w wersji dla najmłodszych czytelników. Obrazkowa historia do opowiadania przez rodzica pozwala bobasom na liźnięcie klasyki. A ponadto jest dwujęzyczna i pomaga w nauce cyferek!

Alison Oliver, Jennifer Adams, Mały Szekspir. Romeo i Julia. Moje pierwsze cyfry, Wrocław: Wydawnictwo FORMAT, 2014, 22 s.

„O wilku, który chciał się zakochać” Orianne Lallemand, Éléonore Thuillier – bycie samotnym podczas, gdy wokół kwitnie miłość nie jest ani fajnie, ani przyjemnie. Dlatego właśnie Wilk, zgodnie z zasadą społecznej słuszności, postanawia się zakochać. Ale czy znalezienie wybranki serca jest takie łatwe, nawet przy mnogości dobrych raz od niezastąpionych przyjaciół? I czy szybsze bicie serca jest kwestią wyboru? Z Wilkiem jak zwykle nie można się nudzić – tym razem nasz bohater zderzy się z miłością. Dosłownie.

Orianne Lallemand, Éléonore Thuillier, O Wilku, który chciał się zakochać, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2016, 32 s.

Miłość różne ma oblicza – o miłości do przedmiotów.

„Peppa Loves. A touch-and-feel playbook” – chyba właśnie dzieci wiedzą najlepiej, że kochać można nie tylko drugiego człowieka, ale również przedmioty. Pluszowy miś, kocyk, ulubiona łyżeczka – maluszki bardzo przywiązują się do rzeczy. „Peppa Loves…” to właśnie taki zbiór najukochańszych gadżetów ulubionej bohaterki mojej córy. Peppa uwielbia swoją przyjaciółkę Suzy i bawić się w przebieranki, ale kocha również swoje błyszczące kalosze, gumową kaczuszkę i pluszowego misia. Książeczka dedykowana jest najmłodszym odbiorcom, którym grube kartonowe strony stawią dzielny opór. Nad tekstem dominują ilustracje, którym atrakcyjności dodają elementy zapewniające różne wrażenia dotykowe.

Peppa Loves. A touch-and-feel playbook, London: Ladybird Books, 2017, 12 s.

„O dzieciach, które kochają książki” Peter Carnavas – to książka z którą osobiście mocno się identyfikuję. Moment, w którym miłość do szeleszczących kartek ukrytych między twardymi okładkami przekracza możliwości ich przechowywania nigdy nie jest łatwy. Książki muszą zniknąć, bo zwyczajnie się nie mieszczą. Okazuje się, jednak, że bez nich nic już nie będzie takie samo. Poruszająca opowieść o tym, że czasami do szczęścia nie potrzeba wiele, a wspólne czytanie zbliża jak nic innego. I nie wiem co jeszcze jest w tej pozycji, ale jest tak wzruszająca, że za każdym razem ryczę przy niej jak bóbr.

Peter Canavas, O dzieciach, które kochają książki, Gdańsk: Wydawnctwo Adamada, 2017, 32.

„Agnes kocha jednorożce” – wszyscy fani Minionków wiedzą, że wielką miłością Agnes są jednorożce. Książeczka jest streszczeniem losów naszej tej małej bohaterki i jej sióstr znanych ze wszystkich minionkowych filmów. Towarzyszymy jej w momentach najważniejszych dla małej dziewczynki, gdzie adopcja i wygranie pluszowego jednorożca są traktowane na równi. To podróż w kierunku spełniania marzeń, opowieść o przyjaźni dziecka i przytulanki oraz o poświęceniu, jakiego Agnes jest w stanie się podjąć dla swojej rodziny. To również duża dawka wiary w baśnie i legendy, wgląd do świata widzianego oczami dziecka i podróż w poszukiwaniu mitycznego stworzenia.

Gru, Dru i minionki. Agnes kocha jednorożce, Warszawa: Wydawnictwo Egmont, 2017, 29 s.

Całą recenzję możecie przeczytać na Bajkowirze.

„Różowa walizka” Susie Morgerstern, Serge Bloch – czasem w życiu zdarza się miłość od pierwszego wejrzenia. Miłość, która jest w stanie przetrwać wszystkie przeciwności, która opiera się dezaprobacie najbliższych, i społecznemu ostracyzmowi. Która pomyślnie przechodzi próbę czasu. Takie właśnie uczucie zdarzyło się Beniaminowi już we wczesnym dzieciństwie. Pokochał… różową walizkę.
Trudno o bardziej sympatyczną, pełną ciepłego humoru, bajkę o przyjaźni między dzieckiem i „pluszakiem”. To opowieść o samoakceptacji, posiadaniu własnego zdania i nieprzykładaniu wielkiej wagi do opinii innych. O odwadze bycia sobą nawet mimo przeciwności i dezaprobaty najbliższych. A także o wielkim znaczeniu wsparcia, jakie daje rodzina, o trudnej sztuce kompromisu i nieograniczonej dziecięcej wyobraźni.

Susie Morgenstern, Różowa walizka, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2017, 32 s.

Kochacie jeszcze jakieś książki?

Okołoksiążkowy miszmasz: Co znalazłam w styczniowym pudełku pielęgnacyjnym od Sowiej Poczty

Wiecie jak uwielbiam boxy subskrypcyjne. Nie ma co tego ukrywać – odkąd „dorosłam” Kinder Niespodzianki przestały mi wystarczać i sięgnęłam po nieco większy kaliber. Wtorkowym wieczorem kurier przyniósł mi przesyłkę od firmy, która kupiła mnie już samą nazwą. Bo Sowiej Poczcie naprawdę trudno byłoby mi się oprzeć.

Zgodnie z moim upodobaniem do próbowania nowych rzeczy przywędrował do mnie box pielęgnacyjny. Szczególnie, że wielkimi krokami zbliżają się walentynki i warto byłoby się trochę… no wiecie… odskrobać :D

Co znalazłam w pudełku:

„Szczęśliwa skóra. Naturalny program domowej EKOpielęgnacji” Adina Grigore – w tematyce urodowej jestem jeszcze kompletnie zielona i nie mam porównania. Nie spotkałam się też wczesniej z książkami wydawnictwa Galaktyka. Ale otworzyłam ją na chybił trafił i z pierwszego zdania, które wpadło mi w oko dowiedziałam się, że powinnam pić więcej wina. Wniosek może więc być tylko jeden – to musi być dobra książka!

Naturalny krem do rąk YOPE. Imbir i drzewo sandałowe – to dla mnie strzał w dziesiątkę, uwielbiam kremy do rąk i, szczególnie zimą, mam po jednym w każdym pokoju i w każdej torebce. Zapach imbiru uwielbiam, a firmę YOPE już od dawna chciałam przetestować. Jestem już pokremowana – przyjemnie pachnie i nie kleję się do klawiatury – zostałam uszczęśliwiona.

Balsam do ust z masłem shea Equilibra – moje kolejne must have – pomadek mam chyba jeszcze więcej niż kremów, bo jeszcze poupychane po kieszeniach. Zużywam je też w zastraszającym tempie, szczególnie odkąd Majka również nauczyła się nimi malować. Bezbarwna, naturalna, o neutralnym zapachu – nie będę się bała pożyczyć jej mojej dwulatce.

Odżywcze mydło naturalne Sylveco. Ziołowa pielęgnacja, rokitnik i werbena – tu dla odmiany kiepski traf. Mydła w kostce nie lubię i nie praktykuję, bo strasznie wysusza mi dłonie i brudzi umywalkę. Chociaż mam z tym produktem spory dylemat, bo z drugiej strony cenię firmę Sylveco i uwielbiam zapach werbeny. Chyba jednak się skuszę, może akurat to mydło będzie wyjątkiem? Miałam w końcu próbować nowości.

Organic Shop. Scrub do ciała “Miodowy cynamon” – skoro już o odskrobywaniu mowa… nie ważne, grunt, że się przyda! Dla mnie super, że ten kosmetyk pachnie przede wszystkim miodowo, a cynamon jest ledwie wyczuwalnym dodatkiem – to bardzo miła niespodzianka, jako że cynamonu po prostu nie lubię. Super też, że słoiczek jest plastikowy. Tak, wiem, plastik rozkłada się tysiące lat, nie jest eko i w ogóle, ale to już takie moje małe dziwactwo – nie lubię szklanych opakowań w łazience, bo jestem łamagą, a szkło i kafelki to nieszczególnie dobre połączenie. Zwłaszcza, kiedy jest się boso.

Próbka kremu do twarzy na noc Biolaven – takich próbek nigdy zbyt wiele. Bardzo lubię zabierać je ze sobą na wyjazdy. Prawdę mówiąc próbki kremu są dla mnie lepszym wyborem, bo o posmarowaniu twarzy kremem pamiętam może raz w tygodniu :)

No i naklejka z sówką – maskotką firmy. Nie powiem, żebym zdążyła dobrze sie jej przyjrzeć, bo Majka przechwyciała ją niemalże od razu. Teram mam naklejoną na kaloryferze, więc trochę z nami zostanie…

Podsumowując – dostałam fajnie zapowiadającą się książkę i najbardziej podstawowe kosmetyki na zimę w nienarzucających się, ale wciąż zimowych zapachach. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona, bo spodziewałam się kolejnego balsamu do ciała i maseczki, a znalazłam produkty, które na pewno wykorzystam (no, zobaczymy jak mi pójdzie z mydłem). Super wybory, dzięki!

Ponadto jestem absolutnie urzeczona odręcznie pisanym listem – w dzisiejszych czasach mało kto praktykuje jeszcze korespondencję wysyłaną metodą tradycyjną, a takie szczegóły jak „spis inwentarza” w pudełku niespodziance jest zwykle pisany na komputerze i wielokrotnie powielany. Fakt, że ktoś zadał sobie tyle wysiłku, że przygotował odręczną notatkę do każdej paczuchy jest w moim odczuciu czymś nobilitującym. Zrobiło mi się po prostu strasznie miło!

Jeśli faktycznie chciałabym się do czegoś przyczepić, to szczegółu, jaki jest opakowanie  – karton był zdecydowanie zbyt wielki, jak na zawartość i nieco chaotycznie owinięty papierem. Jednak paczka była bardzo dobrze wypchana wypełniaczem i zawartość nie ucierpiała. Wiem już od załogi Sowiej Poczty, że nie takie było pierwotne założenie i zawiodła firma zewnętrzna dostarczając nieodpowiednie kartoniki i trzeba było szybko improwizować. W takim wypadku zgadzam się z podjętą decyzją ekipy, bo wolę dostać paczkę w zapowiedzianym terminie (a nawet chwilę wcześniej!) w mniej adekwatnym opakowaniu, niż czekać dłużej. Bardzo podobała mi się również ręcznie wypełniona adresówka, która niestety w znacznej mierze przykryta została listem przewozowym – może następnym razem uda się ją przed tym uchronić.

Zaskakujące, sympatyczne, praktycznie skomponowane.

Pudełko oceniam na 5 z maleńkim minusikiem – do ideału nie brakuje wiele, klimatyczne opakowanie będzie już wisienką na torcie. Jestem też strasznie ciekawa, co otrzymali subskrybenci boxa magicznego i fantastycznego, które również niesamowicie mnie kusiły. I wciąż kuszą… Może ktoś z Was zamówił takie pudełko i chciałby się podzielić wrażeniami?

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Sowiej Poczty.

Czas na czytanie: „Poszukiwani Poszukiwany” Małgorzata Falkowska

Lektura tej książki skłoniła mnie do przedsięwzięcia naprawdę poważnego postanowienia noworocznego, jakim jest staranniejsza selekcja tytułów do recenzji. Dotychczas w swoich wyborach sugerowałam się przede wszystkim porywem serca sięgając po książki, które wydawały mi się ciekawe, zabawne, czy intrygujące i zwykle moja intuicja sprawdzała się mniej więcej w połowie przypadków – trafiałam i na książki rewelacyjne i na przeciętne, ale w każdej pozycji potrafiłam znaleźć coś dla siebie. Każda lektura zapewniła mi rozrywkę, czegoś mnie nauczyła albo skłoniła do luźnej refleksji, szczególnie, że bardzo cenię sobie różnorodność i próbowanie nowych autorów i gatunków. I tak było aż do tej chwili. Bo oto trafiłam na książkę, która jest tak absurdalnie zła, że gorszej chyba nie czytałam.

DSC_0680

Na powieści Małgorzaty Falkowskiej już od dawna miałam ochotę. Wyobrażałam sobie, że jej powieści to coś pomiędzy „Przyjaciółmi”, a „Lejdis” w książkowej wersji – luźny, pełny humoru babski gang pakujący się w zaskakująco komiczne, ale jakże życiowe sytuacje. Wybór padł na trzecią część cyklu ze względu na jej tematykę – polowanie na męża już nie mieści się w granicach moich zainteresowań, za to macierzyństwo jak najbardziej. No i pomyślałam, że będzie tak jak z „Przyjaciółmi” właśnie – nie ważne, że zaczynasz swoją przygodę od 13 odcinka piątego sezonu – i tak będziesz się świetnie bawić! I faktycznie, książkę można spokojnie czytać bez znajomości poprzednich części – każda z bohaterek została w przedstawiona w kilku zdaniach, a po około 20 stronach wiemy już kto z kim i dlaczego. I to by było na tyle, jeśli chodzi na plusy.

Minusów jest trochę więcej – przede wszystkim kuleje konstrukcja postaci. To wciskanie czytelnikowi papierowych schematów nieskażonych siłą osobowości, mdłych, nieciekawych wydmuszek. Marietta jest kreowana na poważną i ułożoną dyrektorkę, wobec czego nosi okulary, całkiem poważnie zgłasza się do roli protokolanta babskiego spotkania (zwanego również sabatem). Kiedy dowiaduje się, że jej partner ma 18 letniego syna wybucha płaczem, ale nie z powodu życia w kłamstwie, a dlatego, że ten chciałby mieć kolejne dziecko. Z nią. A dzieci są takie niehigieniczne.

„Chcę dziecko, ale to takie niesterylne, brudne i nieuporządkowane (…). Wyobrażacie sobie moje białe dywany, na których byłyby okruszki jedzenia lub walające się zabawki? Dziecka nie nauczy się segregacji jak jest takie małe. To przyjdzie z czasem, a ja nie wiem, czy wytrzymam ten czas oczekiwania, dopóki nie stanie się idealną kopią mnie.” – Tak, to są słowa pani dyrektor, dorosłej kobiety. Tej najrozsądniejszej w towarzystwie.

Za to hitem jest Zosia, która chyba miała być kreowana na rozpuszczoną, roztrzepaną, pełną szalonych pomysłów córeczkę bogatego tatusia, a wyszła po prostu na przygłupią dziewoję myląca znaczenie słów „skorumpowana” i „skomplikowana”…

„Przecież wiadomo, że jak się z wami prześpi, to nie będzie zdrada, bo wy i tak wolicie siebie, znaczy się kobiety. Więc taki trójkąt w czworo nie byłby niczym złym”. – czyż to nie oczywiste?

Ale najlepsze są główne bohaterki tej części – Jola i Monika to będące ze sobą w związku lesbijki pragną dziecka. Ale nie jednego, a dwóch – każda własnego. Synchronicznie – żeby razem być w ciąży, razem rodzić, razem wychowywać. To nie ważne, że jeszcze nawet razem nie mieszkają. I pomijam tu zupełnie naiwne myślenie o tym, że tak łatwo zajść w ciążę, bo sama również miałam na początku wszystko zaplanowane (moja urodzona w styczniu Majka miała być sierpniowym Frankiem :D), ale one nie za bardzo wiedzą jak się do całej sprawy zabrać. Wiec pytają przyjaciółek i wspólnie porównują dostępne opcje.

„Pomysł banku spermy wydawał się całkiem dobry, jednak dla mnie był ostatecznością. Niby jak miałabym z Monią się zapłodnić. Wstrzyknąć sobie spermę strzykawką, czy może wkładać drewnianym patyczkiem?”

Jako, że in vitro jest za drogie, ich przyjaciółki, nie widząc w tym żadnego dylematu moralnego ani najmniejszych powodów do zazdrości (sic!), jako potencjalnych kandydatów na partnera do poczęcia naturalnego rozważają własnych mężów! Ale Jola z Monią odrzucają te propozycje ze względu na charaktery proponowanych im reproduktorów. Wobec tego dwie kochające się, zadeklarowane lesbijki będące wybierają poszukiwanie potencjalnego ojca swoich dzieci na dyskotece. Bo przecież to lepsze wyjście niż dowiedzieć się czy zapłodnić się patyczkiem, czy strzykawką przez pewnego dawcę z banku…

Nie muszę chyba zatem mówić, że bohaterki są infantylne, a ich sposób podejścia do poważnych życiowych decyzji pasowałby bardziej do średnio rozgarniętych trzynastolatek, niż do dorosłych kobiet. W tym momencie (jak już zniechęcona wróciłam do czytania po dobrym miesiącu odrazy do tej książki) sprawdziłam dokładniej autorkę. I faktycznie, jest to osoba stosunkowo młoda – tylko trzy lata starsza ode mnie. Ale jednak 28 lat to nie -naście i jakieś pojęcie o świecie już się ma. To może jest to książka skierowana do nastolatek (chociaż problematyka jakoś mało nastolatkowa)? Też nie – podobno literatura obyczajowa/romans. Nie jest to też debiut autorki… To dlaczego jest tak źle, tak naiwnie? Bo niestety dalej wcale nie robi się lepiej.

Cała książka jest przegadana, męcząca i mało zabawna, a momentami wręcz żenująca. Wypełniona desperacją tragikomedia pozbawiona dojrzałości i zdrowego rozsądku. Pomysł wydawał się fajny, ale w moim odczuciu, jego realizacja jest tragiczna. Chociaż, licząc na odprężającą rozrywkę, nie miałam względem tej książki szczególnie wygórowanych oczekiwań, to i tak mocno się przejechałam – po prostu źle się ją czyta. Bridget Jones była głupawa, ale zabawna. Może dlatego, że była jedyna w swoim rodzaju, a sześć idiotek w jednej powieści to zdecydowanie zbyt wiele nawet dla naprawdę tolerancyjnego czytelnika.

Małgorzata Falkowska, Poszukiwani Poszukiwany, Chorzów: Wydawnictwo Videograf S.A, 2017, 304 s.

Recenzja powstała we współpracy z portalem sztukater.pl.

 

Bajki Majki: Książeczki o urodzinach dla dwulatka i nie tylko

Wczoraj był wielki dzień – Maja z prawie dwulatki oficjalnie stała się dwulatką. Już od kilku tygodni wprowadzamy się w urodzinowo-imprezkowy klimat, który chyba zagości u nas na trochę dłużej, bo książeczki o urodzinach bardzo przypadły Bobasie do gustu. Oto nasze wybory:

„Mała biała rybka ma urodziny” Guido van Genechten – uwielbiamy książki Genechtena i bała biała rybka nie jest wyjątkiem. Tym razem nasza bohaterka ma drugie urodzinki i zaprasza gości – małych i dużych, grubych i chudych, długich i krótkich… tak, to książeczka o przeciwieństwach! A ponadto, jak wszystkie pozycje z tej serii sprawdzi się idealnie przy nauce kolorów. A wyjątkowymi, malarsko- wycinankowymi ilustracjami na jednolitym czarnym tle trudno się nie zachwycić.

Guido van Genechten, Mała biała rybka ma urodziny, Warszawa, Wydawnictwo Mamania, 2016, 24 s.

„Urodziny Miffy” Dick Bruna – przyznam, że sama nigdy nie sięgnęłabym po przygody Miffy, gdyby nie rekomendacja naszej Pani Bibliotekarki. Bardzo opisowy wierszyk płynnie prowadzi czytelnika przez dzień urodzin głównej bohaterki, dzięki czemu wszystko ładnie porządkuje – to taki trochę schemat idealnych urodzin dla początkujących. Przyznam jednak, że dość mocno drażniło mnie liberalne podejście do interpunkcji i wypieranie istnienia dużych liter. Schematyczne, maksymalnie uproszczone ilustracje utrzymane są w czystych barwach, dzięki czemu z powiedzeniem mogą pełnić rolę książeczki kontrastowej. Szkoda, że strony są papierowe, bo Miffy chyba lepiej sprawdziłaby się jako kartonówka dla maluszków. Osobiście wolę raczej bardziej puchate króliczki (ponadto te „zasznurowane” usta jakoś mnie niepokoją), Maja chętnie słucha, ale jak na razie nie zapowiada się na jakąś wielką miłość.

Dick Bruna, Urodziny Miffy, Wrocław: Wydawnictwo FORMAT, 2008, 32 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„Drugie urodziny Prosiaczka” Aleksandra Woldańska-Płocińska – Prosiaczek ma drugie urodziny i jego przyjaciele prześcigają się w pomysłach na ich wspólne celebrowanie. Ale solenizant za każdym razem znajduje jakieś „ale”… Niewielka, urocza kartonówka wypełniona niebanalnymi ilustracjami i wyjątkowo artystycznie potraktowanym tekstem. Przybliży maluchom nazwy zwierząt i ich (prawdziwe, lub stereotypowe) zamiłowania do spędzania czasu. I przede wszystkim przekaże niezwykle ważne przesłanie: nieważne co robimy, najważniejsze, że jesteśmy razem!

Aleksandra Woldańska-Płocińska, Drugie urodziny Prosiaczka, Kraków: Wydawnictwo Czerwony Konik, 2012, 32 s.

~ Książeczkę przeczytałyśmy w ramach wyzwania WyPożyczone 2018 ~

„O Wilku, który obchodził urodziny” Orianne Lallemand, Éléonore Thuillier – Wilk nie może doczekać się swoich urodzin i zaplanował już wspaniałe przyjęcie. Jest tylko jeden problem – żadne z jego przyjaciół nie chce na nie przyjść prześcigając się w wymyślaniu wymówek. Dlatego gdy rozżalony ich odpowiedzą Wilk spotyka dżina z magicznej lampy, jego życzenie jest proste: chce być jak najdalej od swoich wszystkich znajomych! Ale czy można się cieszyć przygodą w pięknym miejscu bez towarzystwa najbliższych?

Orianne Lallemand, Éléonore Thuillier, O Wilku, który obchodził urodziny, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2016, 32 s.

 „Tupcio Chrupcio. Urodzinowy prezent” Eliza Piotrowska – dopiero zaczynamy przygodę z tym bohaterem, ale od samego początku Bobasa jest bardzo zainteresowana jego przygodami. Jest to książeczka skierowana już raczej do przedszkolaków – strony są papierowe, a wciąż dominującym ilustracjom towarzyszą już całkiem długie partie tekstu, a historię uzupełniają tematy do rozmowy. Maja jednak cierpliwie słucha i choć jeszcze nie wdaje się w dyskusję, z zaangażowaniem opisuje obrazki.
Tupcio Chrupcio z niecierpliwością oczekuje urodzin. Marzy o pewnym wyjątkowym rowerze i usilnie próbuje namówić rodziców na zdradzenie mu jaką to prezentową niespodziankę dla niego szykują. Mama jednak milczy jak zaklęta, a pewnego dnia wymarzony rower zostaje przez kogoś kupiony i znika ze sklepowej wystawy.
To przede wszystkim opowieść o marzeniach i uroku niespodzianek, przez co urodziny skupiają się wokół koncepcji prezentu. Zabrakło mi trochę położenia nacisku na wyjątkowości dnia urodzin jako czasu spędzonego wspólnie z rodziną i przyjaciółmi, ale nie oszukujmy się, dla przedszkolaka prezenty są dość wysoko na liście priorytetów.

Eliza Piotrowska, Marco Campanella, Tupcio Chrupcio. Urodzinowy prezent, Warszawa: Wydawnictwo Wilga, 2016, 24 s.

„Martynka ma urodziny” – to jedno z opowiadań ze zbioru „Martynka. Moje pierwsze historyjki”, która ostatnimi dniami bardzo zyskała na popularności podczas naszych czytanek. Ta króciutka, kilkuzdaniowa opowieść, podobnie jak Tupcio Chrupcio, opiera się głównie na problematyce prezentu. Podczas spaceru Martynka z mamą trafiają do sklepu z zabawkami, gdzie dziewczynka widzi najpiękniejszą lalkę na świecie. A zbliżające się urodziny są idealnym pretekstem do spełnienia tego marzenia.

Martynka ma urodziny [w:] Gilbert Delahaye, Marcel Marlier, Martynka. Moje pierwsze historyjki, Poznań: Wydawnictwo Publicat S. A., 2014.

Motyw urodzin pojawia się również w bardzo lubianej przez Majkę kartonówce „Matyldo, co robią kury?” Alexandra Steffensmeiera, gdzie wśród ulubionych zabaw kur najulubieńszą są właśnie gry i konkursy na przyjęciach urodzinowych. Nie trzeba chyba wspominać, że są niepokonane w noszeniu jajek na łyżeczkach, szukaniu ukrytego garnka i grze w „Gorące krzesła”? Uwielbiają również tańce!

Alexander Steffensmeier, Matyldo, co robią kury?, Poznań: Wydawnictwo Media Rodzina, 2017, 16 s.

Możecie polecić coś jeszcze w urodzinowym klimacie? Wiem, że jest jeszcze „Basia i urodziny w muzeum”, ale akurat ktoś nam ją wypożyczył.