Bajki Majki: „Kicia Kocia i Nunuś. Na nocniku?” Anita Głowińska

Temat trochę smrodliwy, ale u nas ostatnio bardzo na czasie. To druga część przygód kociego rodzeństwa, tym razem wspólnie zmagają się z jednym z największych wyzwań małego człowieczka – z odpieluchowaniem.

Przyznaję, że podczas lektury trochę denerwowały mnie powtórzenia i króciutkie zdania. Nauka nocnikowania odbywa się zwykle między pierwszym, a drugim rokiem życia (podobno 20 miesiąc życia dziecka, to wręcz idealny czas na tą przygodę), wydaje mi się, że bobas w tym wieku jest już w stanie poradzić sobie z kilkoma podstawowymi synonimami i łącznikami zdań. Zamiast:

„Mokre spodenki przeszkadzają Nunusiowi. Nunuś zdejmuje spodenki. Kicia Kocia mu pomaga.”

zrobiłabym:

„Mokre spodenki przeszkadzają Nunusiowi. Zdejmuje więc spodenki, w czym pomaga mu starsza siostra.”

Może to trochę semantyka, ale wydaje mi się, że w ten sposób książeczka byłaby nieco bardziej rozwijająca.

Powtórzenia za to świetnie sprawdzają się, kiedy Kicia Kocia stara się wytłumaczyć braciszkowi do czego tak właściwie służy nocnik, to akurat bardzo życiowe. Nie ukrywajmy, żeby czasami nakłonić malucha do grzecznego posadzenia pupki na nocniczku wymaga przynajmniej stu powtórzeń. A on i tak posiusia się w spodenki, bo jest zbyt zajęty na takie zabawy ;)

Bardzo podoba mi się całkowite pominięcie tematu pieluszki. Po prostu jej nie ma i tyle, Dzieć nie ma za czym tęsknić i do czego wracać. Super jest też podpowiedź dotycząca czytania książeczek na kabelku, które umilą czas oczekiwania na upragnione siuśki. My ostatnio czytamy na nocniku nałogowo i jak Maj czuje potrzebę, to niesie w jednej ręce nocnik, a w drugiej książkę. Nagradzanie „misji zakończonej powodzeniem” gromkimi brawami i pochwałami też jest bardzo na plus. No i mina Nunusia podczas załatwiania potrzeby fizjologicznej jest po prostu bezbłędna :D

Książeczka jest prosta, całkiem sympatyczna i w wygodnym formacie – idealna do zgłębiania właśnie na nocniku, co też namiętnie praktykujemy i polecamy wszystkim fanom Kici Koci.

PS. Prawda, że gustowna podstawka na książkę? ;D

Anita Głowińska, Kicia Kocia i Nunuś. Na nocniku, Poznań: Media Rodzina, 2016, 14 s.

Środa z Bajkowirem: „Gru, Dru i Minionki. Superalbum z naklejkami”

Z racji wczorajszego superkonkursu na Bajkowirze, w tym tygodniu Środa z Bajkowirem wypada w czwartek.

Razem z Maj przetestowałyśmy dla Was szaloną książeczkę pełną minionków, łamigłówek i świetnej zabawy. Jeśli głęboko pragniecie, żeby wasze dziecko było bardzo zajęte przez przynajmniej pół godziny, podczas gdy Wy choć przez chwilę będziecie cieszyć się wakacjami w ciszy i spokoju, to ten album będzie waszym zbawieniem. Na pewno nie pozwoli się nudzić żadnemu małolatowi!

Recenzję można przeczytać TUTAJ, serdecznie zapraszam!

Czas na czytanie: „Hans Memling. Malarz tego drugiego renesansu” Łukasz Pawlak

Panie i Panowie, przed Państwem najniezwyklejsza biografia artysty na świecie, bo zamknięta w formie komiksu. I to komiksu z dużym poczuciem (często bardzo czarnego) humoru „z jajem” i na kompletnym luzie.

Komiks ten dedykowany jest młodym pasjonatom sztuki lub osobom zupełnie nieobeznanym z tematem, jego zrozumienie bowiem nie wymaga posiadania podstawowej choćby wiedzy z zakresu sztuki, czy historii – wszystkie niezbędne fakty i pojęcia zostaną podane czytelnikowi dosłownie „na talerzu”.

Zarówno życie, jak i dzieła Hansa Memlinga zostały opisane przy użyciu przystępnych, „młodzieżowych” zwrotów, które w zestawieniu z tematem historyczno-artystycznym prezentują się nieco egzotycznie, co tylko przyciąga dodatkową uwagę. Zabieg ten ma na celu zmniejszenie dystansu między czytelnikiem z ery smartfonów i internetowych memów, a XV-wiecznym malarzem słynącym z tematów religijnych. I jest bardzo skuteczny  – Memling przestaje być odległym o ponad 500 lat nieboszczykiem, o którego istnieniu świadczą jedynie historyczne zapiski i kilka machnięć pędzlem po desce. Staje się za to dobrze znanym, zupełnie swojskim „równym gościem”, który chodzi z kolegami na piwo, wpada na szalone pomysły oraz dwoi się i troi, by spełnić oczekiwania swoich zleceniodawców zgodnie z ideą „będzie Pan zadowolony!”. To chyba najlepszy patent na biografię – opisać swojego bohatera tak, żeby po prostu dał się lubić. W przypadku twórcy, o którego życiu nie wiadomo zbyt wiele, autor ma duże pole do popisu.

I chociaż początkowo drażniła mnie „kreska” rysownika (odniosłam wrażenie, że wszystko, co przedstawia jest podejrzanie obłe i zdaje się być włochate?), szybko się do niej przyzwyczaiłam. Okazało się również, że same obrazy ukazane zostały znacznie bardziej restrykcyjnie niż chociażby szczegóły anatomiczne bohaterów komiksu. W przeciwieństwie do biało-błękitno-szarej części narracyjnej, przedstawione zostały przy użyciu pełnej gamy kolorystycznej, co jest dużym plusem i na pewno ułatwi laikowi skojarzenie wizji rysownika z oryginałem.

Ten komiks to spora dawka specjalistycznych informacji nieobarczona specjalistycznym językiem. W dynamicznie rozwijającej się historii autor ukradkiem przemyca nowe pojęcia i „trudne słówka”, dzięki czemu lektura jest zarówno przyjemna, jak i pouczająca, szczególnie dla odbiorcy nie mającego dotychczas dużego kontaktu z językiem sztuki. To naprawdę sprytny sposób przekazywania wiedzy, która najzwyczajniej w świecie „sama wchodzi do głowy”.

To świetna alternatywa dla tradycyjnego wykładu, czy zdobywania wiedzy z nudnawej książki naukowej. Z pewnością będzie odświeżającym urozmaiceniem dla wszystkich uczniów, którzy zmierzą się z tą lekturą. Niejednokrotnie miałam wrażenie, że autor konstruuje swoją wypowiedź na podobnej zasadzie, z której korzystałam sama sporządzałam swoje notatki z wykładów – prosty język i zabawne porównania pomogą zapamiętać nawet najbardziej zagmatwane fakty, to znany fakt!

Bardzo się cieszę, że gdański ołtarz Memlinga doczekał się wreszcie promocji z prawdziwego zdarzenia. Jego niesamowity potencjał marketingowy już od dawna strasznie się marnował, wspaniale, że w końcu zaczęto z niego korzystać. Ślicznie poproszę więcej takich inicjatyw!

Łukasz Pawlak, Hans Memling. Malarz tego drugiego renesansu, Gdańsk: Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna im. Josepha Conrada-Korzeniowskiego w Gdańsku, 2017, 48

Bajki Majki: „Mały Szekspir. Romeo i Julia. Moje pierwsze cyfry” Alison Oliver, Jennifer Adams

Czy roczny molik książkowy jest jeszcze zbyt mały na poważne arcydzieła światowej literatury? Jennifer Adams, autorska serii książeczek dla najmłodszych a BabyLit book udowadnia, że wcale nie!

„Mały Szekspir. Romeo i Julia” nie tylko pomoże maluchowi oswoić się z bohaterami jednego z najpopularniejszych romansów wszechczasów, ale również wprowadzi go w świat kolorów i cyfr oraz rozwinie słownictwo, uwaga, w dwóch językach. Zgrany duet pisarki i ilustratorki wyciągnął najciekawsze elementy tego kanonicznego dzieła i w nieskomplikowany sposób przedstawił je najmłodszym. Dzięki niezwykle urokliwym, dość schematycznym ilustracjom w przepięknych kolorach poznamy siedzącą na balkonie Julię, część najważniejszych bohaterów dramatu, bardzo uproszczony plan Werony i dwa sztampowe cytaty z dzieła Szekspira ( w przekładach Stanisława Barańczaka oraz Macieja Słomińskiego). Ponadto książka pełna jest serduszek, róż, miłosnych listów, muzykantów i karnawałowych masek.

Każda podwójna strona zajmowana jest przez cyfrę i hasło (w językach polskim i angielskim) odnoszące się do ilustracji. Mamy zatem jeden balkon, dwa serca, trzy osoby, cztery róże i tak dalej.

To książeczka przede wszystkim do opowiadania. Któż jednak nie poradziłby sobie z prostym opowiedzeniem historii tych słynnych zakochanych? A mamusiowo-tatusiowa narracja pozwoli załagodzić kilka zdecydowanie zbyt drastycznych szczegółów ;)

Poręczny format, wytrzymałe kartonowe strony i zaokrąglone rogi czynią ta pozycję jeszcze bardziej przyjazną małolatom.

Podczas czytania zgrzytnęły mi jednak a szczegóły – primo: gdzie jest Benvolio? Rozumiem, że autorki dokonały subiektywnego wyboru pięciorga przyjaciół na piątej stronie, nie mogę jednak odżałować braku mojego ulubionego bohatera. No i znacznie poważniejsze secundo: na mapie Werony wielkimi literami oznaczono Koloseum. Nie wiem, czy z jest to niedopatrzenie autorki, czy może błąd (pójście na skróty?) tłumacza, jednak Koloseum, czyli Amfiteatr Flawiuszów jest nazwą własną obiektu znajdującego się w Rzymie. Budowla tego typu umiejscowiona w Weronie, Nîmes, czy jakimkolwiek innym mieście na świecie nazywamy „amfiteatrem”, ewentualnie „areną”. I może to z mojej strony „czepianie się szczegółów”, ale nie powinno się dzieciarni wprowadzać w błąd już od maluszka. A przynajmniej ja udzielam Maj sprostowania podczas każdej lektury :D

Niemniej jednak jestem zachwycona i samym pomysłem i wykonaniem wizualnym tej pozycji. A Bobasa sięga po nią równie chętnie, co ja, więc świetnie dogadujemy się w tej kwestii. Z pewnością sięgniemy po kolejne pozycje z tej serii.

Bardzo mocno polecamy!

Alison Oliver, Jennifer Adams, Mały Szekspir. Romeo i Julia. Moje pierwsze cyfry, Wrocław: Wydawnictwo FORMAT, 2014, 22 s.

Czas na czytanie: „Architektki”

Naprawdę nie sądziłam, że wystarczy zaledwie rok spędzony z dala od uczelni, żebym tak bardzo zatęskniła za kontaktem ze sztuką. Tym chętniej sięgnęłam wreszcie po pozycję naukową i to z dziedziny architektury (w dodatku architektury modernistycznej!) – zawsze traktowanej przeze mnie nieco po macoszemu – które jeszcze nie tak dawno zupełnie mi przecież obrzydły. Nawet nie zauważyłam, kiedy w książce skończyły się strony, a po skończeniu lektury pozostał mi uporczywy niedosyt.

Sześciu badaczy, sześć niezwykłych kobiet i sześć esejów, które ich połączyły. Sześć silnych osobowości, sześć postaw, sześć portretów, sześć różnych sytuacji życiowych, sześć spojrzeń na świat. Choć wydaje się, że dzieli je wszystko – od statusu społecznego i materialnego, przez stan cywilny, podejście do wszechogarniających zmian, życiowe wybory, przynależność etniczna, a nawet samo spojrzenie na doktryny architektoniczne, to jednak mają ze sobą zdecydowanie więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. I wcale nie mam tu na myśli cech osobowości kojarzonych z płcią. Łączy je bowiem miłość do architektury, odwaga i wytrwałość w dążeniu do celu, nowatorskość myślenia i pragnienie zmian – społecznych, estetycznych i kulturowych.

Opracowanie podkreśla znaczenie kobiet na polskiej scenie architektonicznej – w latach 20. pojawiła się nowa, nieznana wcześniej grupa zawodowa: profesjonalne i wykształcone architektki.

„Wszystkie należały do generacji „młodych”, czyli urodzonych w latach 1895-1900, i na architektoniczną scenę weszły w latach dwudziestych, reprezentując postawę modernistyczną w pełnym tego słowa znaczeniu. Traktowały architekturę nowoczesną jako ostateczne spełnienie awangardowego idealistycznego projektu syntezy wszystkich sztuk w celu stworzenia nowej przestrzeni i nowej estetyki dla Nowego Człowieka. Niemal wszystkie były żonami lub partnerkami architektów, tworząc z nimi związki małżeńsko-architektoniczne, które w środowisku awangardy były szczególnym rodzajem prymarnych grup artystycznych, gdzie dochodziło do skomplikowanych relacji seksualno-małżeńsko-artystycznych, rozgrywających się na cienkiej granicy między tym, co prywatne, osobiste, intymne, ukryte w ścianach życia rodzinnego, a tym, co jawne i oficjalne, gdzie obowiązywała restrykcyjna „reguła patriarchalna (…) To właśnie te artystyczne/architektoniczne małżeństwa i nieformalne związki były najbardziej trwałymi elementami w zmiennym, niestabilnym środowisku awangardy i to tutaj dochodziło do akumulacji i koncentracji kapitału symbolicznego, budującego nowy kod języka plastycznego.”

Marta Leśniakowska, Barbara Brukalska: subtelna budownicza płaszczyzn i form [w:] Architektki, red. Tomasz Kunz, Kraków: Wydawnictwo EMG, 2016, s 40-41.

Kreatorki przyszłości, zdobywając wykształcenie, doświadczenie, szacunek i uznanie w dziedzinie dotychczas całkowicie zdominowanej przez mężczyzn przecierały szlaki dla przyszłych pokoleń kobiet-badaczek, kobiet-inżynierów w ich zawodowej emancypacji. To między innymi dzięki ich wytrwałości kobiety zyskały możliwość studiowania kierunków technicznych, obejmowania atrakcyjnych posad i pozyskiwania lukratywnych zleceń w całkowicie „męskim” świecie. Jako pierwsze w historii polskiej architektury, przestały pełnić zaledwie rolę pomocniczą wspierającą swych mężów – architektów, lub zadowalając się drugorzędnymi realizacjami. Stały się równymi partnerkami odpowiedzialnymi za najbardziej sztandarowe projekty epoki.

Powstałe eseje są wynikiem dogłębnych studiów i pracochłonnych poszukiwań źródłowych autorów. Mamy tu do czynienia z badaniem roli kobiety w tworzeniu się polskiej awangardy. Pada pytanie: Czy istnieje podstawa do wyodrębnienia grupy „kobiecej awangardy” o specyficznych cechach wynikających z doświadczenia płci?
„Architektki” są zbiorem sześciu esejów o niezwykłych kobiecych osobowościach, których losy rozgrywały się  w niezwykłych czasach. Każda z bohaterek w unikalny sposób miała wpływ na rozwój architektury modernistycznej zajmując indywidualne miejsce w historii polskiej nowoczesności.
Każdy z tekstów może być wstępem zarówno do pogłębionych badań biograficznych, estetycznych, jak i genderowych.

Teksty poświęcone Dianie Reiterównie (autorka Barbara Zdroja), Barbarze Brukalskiej (autorka Marta Leśniakowska), Helenie Syrkusowej (autor Rafał Ochęduszko), Halinie Skibniewskiej (autorka Marta A. Urbańska), Jadwidze Grabowskiej-Hawrylak (autor Łukasz Wojciechowski), i Anatolii Hryniewskiej-Piotrowskiej (autor Szymon Piotr Kubiak) stanowią unikalny komentarz do historii dynamicznych zmian dwudziestowiecznej Polski, rozwijających się wzniosłych idei, postawy wobec powojennego socrealizmu. Tych sześć zupełnie odmiennych życiorysów wypełnionych energią do walki z przeciwnościami, dylematami rasowymi, życiowymi, zawodowymi i etycznymi stanowi niezwykły obraz przełomowej epoki.

Teksty obrazujące rzeczywistość czasów wojennych, nawet te o charakterze naukowo-biograficznym, czyta się z zapartym tchem. Ale jeśli do trudnej sytuacji ustrojowej i politycznej, do walk o wolność i godność człowieka dołożymy tą nieco mniej widowiskową, choć wcale nie mniej ważną walkę o emancypację i faktyczne równouprawnienie, otrzymamy historię, od której trudno się oderwać. Tym bardziej poruszającą, że przecież najzupełniej prawdziwą.

Architektki, red. Tomasz Kunz, Kraków: Wydawnictwo EMG, 2016, 164 s.

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Stowarzyszenia Sztukater.

Środa z Bajkowirem: „Gru, Dru i Minionki. Agnes kocha jednorożce”

 

Dzięki uprzejmości wydawnictwa EGMONT, zrecenzowałam dla Was na Bajkowirze książkę będąca marzeniem chyba każdej małej dziewczynki. Pamietacie przesłodką małą Agnes z serii filmów o minionkach? Ta książeczka jest w 100% o niej i spełnianiu jednego z jej największych marzeń  – marzenia o posiadaniu własnego jednorożca! Minionki są super, ale jednorożce zdecydowanie wymiatają!

Krótkie partie tekstu, piękne kolory i urzekające szczegóły sprawiają, że to wymarzona lektura dla młodszych dzieci. I chociaż sugerowany przedział wiekowy odbiorcy to 3-7 lat, moja półtoraroczna córka przynosi ją do czytania kilka razy dziennie. I bez wstydu przyznaję, że czytam jej z przyjemnością, bo (co uczciwie przyznaję), – sama mam wielką słabość do jednorożców.

 

Recenzję można przeczytać TUTAJ, serdecznie zapraszam!

Okołoksiążkowy miszmasz: A może nad morze? Z książką – 08.07.2016

To naprawdę wstyd, żeby osoba mieszkająca w Gdańsku wybierała się na spacer po Sopocie raz na dwa lata. A jednak był mi potrzebny kopniak w postaci spotkania autorów, blogerów i innych uzależnionych od książek indywiduów, żeby wyciągnąć mnie z domu – nad morze i do ludzi.

Każdy na pewno dobrze zna to uczucie, kiedy wchodzi po raz pierwszy do zgranego, świetnie ze sobą zżytego towarzystwa, gdzie każdy każdego świetnie zna i lubi. Zapewne wyglądałam trochę jak wystraszony żuczek, kiedy weszłam cichaczem na piątą już edycję kameralnego spotkania „A może nad morze? Z książką” w sopockiej Zatoce Sztuki. Wszyscy wokół witali się serdecznymi uściskami, a ja onieśmielona twarzami znanymi z internetów, stałam na środku z butami w garści jak ostatnia sierotka. Szybko wyczaiłam kogoś równie zagubionego jak ja i czym prędzej się przykolegowałam. Wobec czego imprezę zaczęłyśmy we dwie z nowo poznaną Martą podgryzając ciasteczka, obczajając ukradkiem telefony i próbując rozkręcić kulejącą, jak to na początku, rozmowę.

I wiecie co? Ten stan rzeczy trwał jakieś pół godziny. Ani się obejrzałam, a znajdowałam się w centrum rozmów i śmiechów, a z osoby, która robiła zdjęcia wszystkim grupkom znajomych zmieniłam się w osobę przed obiektywem. W dodatku wraz ze świeżo upieczonymi znajomymi! Naprawdę nigdy nie spotkałam się z tak otwartą, ciepłą i sympatyczną grupą pozytywnych wariatów, którzy „nowego na pokładzie” witają z szeroko rozpostartymi ramionami. Po kilku godzinach czułam się jak u siebie. Nie wiem co to za magia, ale uzależniłam się od niej momentalnie.

Jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem spotkania przyłączyłam się do wspólnego czytania na lekko wilgotnym piasku sopockiej plaży w ramach akcji „Woluminy. Głos książki” organizowanej przez Szufladopółkę. To świetna inicjatywa mająca na celu promowanie czytelnictwa jako sposobu na codzienną nudę dopadającą nas w wielu zupełnie prozaicznych sytuacjach  – w kolejce do lekarza, w stojącym w korku autobusie, czy podczas niecierpliwego oczekiwania na rozpoczęcie spotkania. Cały myk polega na tym, by czytać na głos – i sobie i innym znudzonym towarzyszom niedoli. Właśnie w ten sposób po raz pierwszy zetknęłam się z twórczością Agnieszki Pruskiej, która również przeczytała nam kilka stron swojej książki. W „Żeglażu” zakochałam się od dziesiątej strony, czyli od pierwszego trupa, koniecznie muszę dokończyć go na własną rękę. Pierwsze lody zostały przełamane, bo powiem wam w sekrecie, że Zuzanna Szufladopółka jest ekstra!

Kolejnym sposobem na poznanie nowych ludzi, był quiz integracyjny przygotowany przez pomysłodawczynie sopockich spotkań – Beatę Bookfę (blog Lost.In.The.Library) oraz Beatę z bloga Co warto czytać?, który z daleka przypominał maturę, a okazał się być znacznie trudniejszy. Moja grupa nadała mu godny tytuł „Najbardziej znani autorzy i ich najmniej znane dzieła” a wystarczyło zaledwie dopasować nazwiska pisarzy do tytułów dzieł… Cóż, mój wynik to 1/30. Ale nic nie integruje równie skutecznie, co wspólna niewiedza i porządna burza mózgów!

19884334_1793119650715272_8309946104659628460_n

Wielka książkowa wymiana, zbiórka książek dla Szpitala Morskiego im. PCK w Gdyni w ramach akcji „Wędrujące książki”, niejedno losowanie książkowych gadżetów i czas na gadanie, gadanie, gadanie… W końcu miałam z kim się nagadać. O książkach i nie tylko. Poznałam masę fantastycznych osób, między innymi Dorotę z bloga Przeczytanki, Martę z bloga Marta wśród książek, Monikę z bloga Halmanowa, a także Ewę Formella, autorkę mojej książkowej niespodzianki z wymiany, i Agnieszkę Pruską, z którą głowiłam się nad supertrudnym quizem. Udało mi się nawet zamienić kilka słów z Agnieszką z bloga Czytam, bo lubię, którego podglądam cichaczem od samego początku mojej blogerskiej przygody.

Jestem pod wrażeniem profesjonalizmu całego wydarzenia – na każdego z uczestników czekał imienny identyfikator z pamiątkową smyczą z potwornym hasłem od Potwornie Prawdziwe „Zbieram książki, żeby kiedyś wreszcie zbudować z nich fort, odgrodzić się od świata i założyć własne państwo.” (nic dodać, nic ująć, to właśnie moje życiowe motto!) i torba z logo spotkania wypełniona po brzegi dedykowanymi niespodziankami od sponsorów. A fotobudka skutecznie uporała się z resztką mojego początkowego zagubienia. O słodkim poczęstunku i jubileuszowym torcie z kolorową posypką nawet nie wspominam, bo wszystko poszło w boczki. Ale niczego nie żałuję. Organizatorom spotkania, czyli Oli z bloga Aleksanda czyta oraz Zuzi i Alanowi z bloga Recenzjum należą się naprawdę wielka brawa. Serdeczne dzięki również wszystkim sponsorom za genialne prezenty – wyszłam obładowana jak wielbłąd, a co pozycja, to ciekawsza. Potrzebuję dodatkowych kilku godzin na dobę, żeby to wszystko przeczytać i poukładać.

19598790_1087476058084401_7855904240075623422_n

Do zobaczenia za rok, bo już na pewno się mnie nie pozbędziecie!

Okołoksiążkowy miszmasz: Podsumowanie BookAThonu 3-10.07.2017

Ostatni tydzień minął niczym oka mgnienie, strasznie szkoda, że to już koniec. Czas poskładać sobie wszytko do kupy i ocenić co poszło zgodnie z planem, a co zupełnie okrężną drogą. No i spróbować określić gdzie umknął cały ten czas?

Zaliczonych wyzwań: 7/8

3.07 – książka, w której ważną rolę odgrywają zwierzęta -> J. K. Rowling „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Oryginalny scenariusz”
4.07 – książka o przyszłości -> „Architektki”
5.07 – zła książka -> Sylwia Kubryńska „Kobieta dość doskonała”
6.07 – książka, która jest biografią -> „Architektki”
7.07 – książka, która porusza temat tabu -> Sylwia Kubryńska „Kobieta dość doskonała”
8.07 – książka zekranizowana w 2016 lub 2017 roku -> J. K. Rowling „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Oryginalny scenariusz”
9.07 – co najmniej 1500 stron -> ten wynik pomińmy milczeniem.

Co prawda każdą z przeczytanych książek wybrałam tak, by pasowała do dwóch kategorii i trochę zaszalałam z nadinterpretacją tematów (szczególnie przy książce o przyszłości, która u mnie de facto jest książką o przeszłości), ale prawie wszystko się udało. Nie przeczytałam 1500 stron, ale mierząc siły na zamiary nawet tego nie planowałam. Za to spełniłam swoje prywatne dodatkowe wyzwanie – w czasie maratonu nie kupiłam żadnej nowej książki i nie wypożyczyłam nic z biblioteki. Co prawda ze spotkania blogerów w Sopocie wróciłam z pełną siatą książkowych prezentów i nowych pozycji z wymiany, ale to się nie liczy!

Przeczytanych stron: 312+286+164= 762

Czyli zgodnie z mniej optymistycznym planem.

Przeczytanych książek: 3/4

Nie spodziewałam się, że utknę aż na trzy dni przy mojej „złej książce”. Cóż, okazała się naprawdę zła. W związku z tym nie zdążyłam sięgnąć po książkę Rodana, którą planowałam jako „gratis na koniec”.

Swoją drogą zupełnie przypadkowo wybrałam sobie książki bardzo różnorodne i idealnie zrównoważone, podobnie jak moje odczucia po lekturze:
Scenariusz „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” naprawdę bardzo mi się podobał, co przyjęłam z niemałym zaskoczeniem.
Czytając „Architektki” dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam.
Natomiast „Kobieta dość doskonała” kompletnie mi się nie podobała i chociaż się tego spodziewałam, i tak byłam rozczarowana.

Napisanych recenzji: 2/3

Staram się nie sięgać po nową książkę, dopóki na dobre nie rozprawię się z poprzednią. Gdybym nie to postanowienie nigdy nie udałoby mi się nic napisać, tylko rzucałabym się od książki do książki, do świata do świata aż wszystkie refleksje o poprzednich kompletnie uciekłyby mi z głowy. Na czas bookAThonu zrobiłam sobie wyjątek od tej reguły, ale recenzja środkowych „Architektek” już się grzecznie pisze.

Miejsca, w których czytałam: na kanapie (a jak!), na fotelu, w małżeńskim wyrku, przy stole w trakcie konsumpcji, na spacerze z Bobasą, w sklepowej kolejce, na ławce na placu zabaw, na plaży, po kostki w morzu.

Ponadto: podczas czytania pożarłam strasznie dużo owoców i zielonego groszku oraz wypiłam zastraszające ilości herbaty; dwa razy odkładałam książkę Kubryńskiej w kąt i oddawałam się refleksjom na temat „co ja czytam i czemu to sobie robię”; zrobiłam kilka całkiem ładnych zdjęć z książką w tle i wreszcie nauczyłam się je rozjaśniać; oddając się lekturze przypaliłam jeden obiad; oddając się lekturze nie zauważyłam, że Dzieć topi plastikowe gofry w nocniku; oddając się lekturze zachlapałam jedną z książek pomidorówką (ale że to była pozycja o pewnej bardzo niedoskonałej kobiecie, to ani trochę nie było mi szkoda); w tak zwanym międzyczasie zaliczyłam fantastyczne spotkanie A może nad morze? Z książką i wyszłam odrobinę do ludzi.

Podsumowując: Było trochę zachwytów i trochę rozczarowań, przypałętało się też sporo bólu pleców i karku od przyjmowania dziwnych pozycji przy czytaniu. Nie jest idealnie, ale jak na obecne klimaty chyba poszło mi całkiem nieźle. Najważniejsza jest w końcu zabawa i przyjemność z lektury. A w przyszłym roku na pewno będzie jeszcze lepiej!

Za to niekwestionowaną Mistrzynią BookAThonu 2017 została Maj – swój książeczkowy stosik czytała przynajmniej raz (!) każdego dnia maratonu (!!!). Czytała za pomocą mamy, taty i cioci, a także sama zabierała się za przeglądanie wybranych lektur. I powiem szczerze, że sięgając po swoje zaplanowane lektury oraz wiele niezaplanowanych znowu i znowu (naprawdę bez chwili wytchnienia, chyba wszystko znam już na pamięć!), nie jestem pewna, czy nie zawstydziła mnie z ilością przeczytanych stron.

Podsumowując część 2: To był szalenie intensywny i bardzo zaczytany tydzień. Obie jak zwykle bawiłyśmy się świetnie w wybornym towarzystwie książek. Trochę odpoczniemy i pewnie znowu rzucimy się w wir trochę bardziej spontanicznego czytania, bo tak naprawdę nasze życie to jeden wielki książkowy maraton (O, to mi się udało. Oficjalnie ogłaszam to zdanie złotą myślą naszego bookAThonu!). A tak z mniejszą ilością patosu: było super! Prosimy o więcej takich imprez!

Czas na czytanie: „Kobieta dość doskonała” Sylwia Kubryńska

Oto i ona – książka, którą kiedyś wygrałam jako niespodziankę w pewnym facebookowym konkursie. Czytałam o niej sporo pozytywnych opinii więc do lektury podeszłam entuzjastycznie. Za pierwszym razem nie udało mi się wciągnąć i odłożyłam ją na lepsze czasy. Tak samo było również za drugim i trzecim razem – po prostu już po 50 stronach miałam dość. Spodziewałam się czegoś z ironicznym humorem i sporą dawką dystansu. A dostałam, no cóż, gniota.

Do kolejnego podejścia zainspirowało mnie jedno z wyzwań wakacyjnego bookAThonu – ta pozycja była pierwszą, która przyszła mi do głowy po przeczytaniu hasła „zła książka”. I chociaż było ciężko, zawzięłam się i zmęczyłam ją do końca, chociaż trwało to ponad trzy dni i nieco pokrzyżowało moje maratonowe plany.

IMG_20170705_212142_854

„Kobieta dość doskonała” to opowieść o uniwersalnej bohaterce o wielu imionach (a może po prostu ja gdzieś się w pewnym momencie pogubiłam), będącej trochę sobą, a trochę każdą z polskich kobiet. Kasia jest również Zosią, a także córką, dziewczyną, narzeczoną, żoną, matką polką i babką. Jest specjalistką od odejmowania błędnych życiowych wyborów i magnesem na wszelkie zawirowania.

To smutny portret dziewczynki z rozbitej rodziny, dorastającej w czasach PRLu, która samotnie mierzy się z pierwszymi (i kolejnymi) kompleksami kobiecości. Nikomu nie ufa, nie potrafi odpoczywać, stale obarcza siebie coraz to kolejnymi obowiązkami. Jest zakompleksiona, chaotyczna i beznadziejna w planowaniu. Żyje ciągłymi skurczami w pogoni za nieosiągalnym ideałem. Miota się od euforii do rozpaczy, od tragedii do tragedii i wszystkie dokładnie rozpamiętuje wpędzając się w coraz głębszy dołek. A za całe swoje psychiczne rozedrganie i życiowy bałagan oskarża praktycznie wszystkich ludzi, których spotkała na każdym kolejnym etapie swojego rozwoju.

Niestety, moim zdaniem ta powieść to po prostu bełkot. Jeden wielki ciąg niepoukładanych emocji, pełen przesady, patosu i egzaltacji. I kiedy bohaterka jest jeszcze nastolatką, tego typu narracja jest do przyjęcia. Ale kiedy cieleśnie (wreszcie!) wyrasta z tego okresu, mentalnie nie podlega żadnemu rozwojowi i staje się po prostu potwornie męcząca. Podobnie jak składnia, stylistyka i porównania autorki.

Co ja tu, kurwa robię?!
Człowiekowi niełatwo jest zrozumieć, co on tu, kurwa, robi. Człowiek może sobie takie pytanie powtarzać jak mantrę, ale odpowiedzi nie zna. Człowiek w przestrzeniach wewnętrznych może się trząść jak zmarznięty ratler, ale wewnętrznych przestrzeni nie opuszcza. Trzęsie się więc, ale przecież biega, biega jak w kołowrotku. A póki biega (choćby w kółko), zdaje mu się, że w tej bieganinie jest jakiś sens.
Żeby ujrzeć obraz, trzeba opuścić jego ramy.
Ale człowiek ram nie opuści, człowieka z tych ram musi coś wyrzucić, wystrzelić brutalnie a boleśnie.”

I tak dalej i tak dalej. Prawie 300 stron obramowanego zmarzniętego ratlerka w kołowrotku bezsensu. I nasuwa się refleksja: „Co ja czytam?!”.

Ani przez sekundę nie udało mi się utożsamić z żadnym z bohaterów tej książki, nie nawiązaliśmy najcieńszej nawet nici porozumienia, chociaż naprawdę się starałam. Czasem wydawało mi się, że już, już będziemy miały jakąś wspólną cechę, ale wszystkie te momenty kończyły się totalnym rozczarowaniem.

Może mój problem w zrozumieniu sytuacji głównej bohaterki tkwi w tym, że jest ode mnie kompletnie różna – jak mogłabym ogarnąć wszystkie te małe wielkie tragedie, skoro sama jestem typową „dziewczynką z dobrego domu”, która wychowała się w szczęśliwej i kochającej rodzinie, w dużym mieście, w czasach kapitalizmu, a w dzieciństwie nigdy nie widziała wódki na stole? Jak mogłabym zrozumieć te dramaty samoakceptacji, kiedy moja mama nie miała najmniejszego problemu, by porozmawiać ze mną o miesiączce, a poza oczywistymi wymaganiami samych piątek i grzecznego dziewczyńskiego zachowania wpoiła mi również sporą dawkę pewności siebie, wiarę we własne możliwości, umiejętność podejmowania decyzji i akceptację samej siebie. Wiadomo, że kiedy przyniosłam do domu nieszczęsne cztery z plusem zawsze słyszałam „A co dostała Asia?”. Wiadomo, że zawsze towarzyszyły mi większe lub mniejsze kompleksy, ale mimo to zawsze bardzo Asię lubiłam i podziwiałam jej trud włożony w naukę, a eksperymenty z farbowaniem włosów i pierwszym makijażem były zawsze wyłącznie dobrą zabawą, a nie desperackimi próbami naprawienia błędów natury.

Może jestem ze zbyt młodego pokolenia. Może miałam „zbyt dobre” dzieciństwo i zbyt wiele do powiedzenia i dlatego kompletnie mi ta książka nie leży?

A może to dlatego, że znalazłam sobie fantastycznego męża i nie mam problemu z poproszeniem go o pomoc, ani (o zgrozo!) z oddaniem mu części domowych obowiązków, żebym mogła sobie (o zgrozo na z zgrozami!) odpocząć?

Ale jakoś mimo wszystko nie żałuję.

Owszem, zgadzam się, że stały pościg za nieosiągalnymi ideałami prowadzi do samooceny, i mnie w moim, jak na razie bardzo krótkim, życiu zdążyła już dopaść deprecha (chociaż w porównaniu z opisywanym w tej książce przypadkiem jestem oazą spokoju i mistrzynią zen całkowicie pogodzoną z kosmosem). Ale wobec tego mamy się nie starać? Zaniżać do „gorszych” zamiast starać się dorównać „lepszym”? Z własnego doświadczenia wiem, że babskie emocje są trudne do opanowania, ale w połączeniu z odrobiną zdrowego rozsądku potrafią stać się olbrzymią siłą napędową. Bo nie da się ukryć i „jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”, a biadolenie nad złem tego świata w niczym nie pomoże.

Dlatego dzięki Ci Mamo, za wspaniałe dzieciństwo i za wspaniałego Tatę i świetne dzieciństwo, nawet kiedy raz za razem planowałam ucieczki z domu (bo przecież tak mi w nim źle, skoro rodzice każą odrabiać lekcje i zachowywać się przywozicie, zamiast skakać po drzewach do późnej nocy i zachowywać się „jak chłopak”). Dzięki wam za to, że jestem „dziewczynką z dobrego domu” i że mogę spokojnie uznać tą książkę za beznadziejną, bo nie o mnie. I wiecie co? Zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby moja córka też taka była. Bo mam na to wpływ.

_20170706_161828

I jeszcze jedna przemądrzała uwaga do autorki:

Ze szpitala poszłyśmy z matką do kościoła i tam zobaczyłam ten obraz, „Sąd Ostateczny” Memlinga, I wtedy dopiero poraził mnie piorun wszetecznej, pierwszej i w swoim pierwszeństwie absolutnie niedorzecznej miłości. Piekielnym zrządzeniem sił zmagających się na obrazie, pojęłam występną, acz wielce kuszącą urodę „poliamoryzmu”. Zakochałam się bowiem w diabłach, w aniołach, w potępieńcach, w Jezusie nawet trochę, a przede wszystkim w tej rudej spod deski. I jakby było tego mało, dalej się zakochiwałam, na łeb na szyję leciał przebrany za Neptuna Amor i przebijał trójzębem kolejne moje serca, skazując jednocześnie na potępienie miłosne. I tak pokochałam ramę, a właściwie trzy ramy obrazu, z rozpędu pokochałam Pietę z kapliczki po prawej, zakochałam się też w surowej posadzce, w niebotycznych sklepieniach, przepadłam wśród posępnych ław i zapachu kamienia, totalnie oszalałam na punkcie ciemnej cegły i strzelistych wież, a główna, ta monumentalna, na którą się wspięłam, wręcz zawróciła mi w głowie.

Pani Sylwio, pani bohaterka nie mogła w latach 80., ani tym bardziej 90. zobaczyć obrazu „Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga „w kościele” (mniemam iż chodzi o Kościół Mariacki), gdyż od 1958 roku ołtarz ten był przechowywany w Muzeum Pomorskim (dziś Muzeum Narodowe w Gdańsku). Wiem, że obejrzenie obrazu w świątyni jest znacznie romantyczniejszą wizją, ale jednak w takiej sytuacji mało realistyczną. Chyba, że Kasia przeżyła swoją małą ekstazę pod wpływem bardzo kiepskiej dziewiętnastowiecznej kopii, która obecnie się tam znajduje, ale to uważam za jeszcze mniej realistyczne. Wiem, wiem – trochę się czepiam, ale jakoś nie potrafię się powstrzymać.

Suma summarum z całej książki za wartościowe uważam dosłownie kilka stron, do których niezwykle trudno się dostać, bo wymaga to przebrnięcia przez skłębioną masę infantylnej emocjonalnej burzy bez szansy na jakikolwiek rozwój. Po prostu szkoda czasu na tego gniota.

Sylwia Kubryńska, Kobieta dość doskonała, Poznań: Wydawnictwo Czwarta Strona, 2015, 286 s.