Czas na czytanie: „Obietnica następcy” Trudi Canavan

Nie cierpię u siebie pewnej cechy – braku cierpliwości. Po prostu jak zobaczę, że pojawiła się nowa książka jednego z moich ulubionych autorów, nie potrafię przejść obok niej obojętnie, nie ważne ile trzeba będzie czekać na kolejny tom. A z Trudi Canavan jest taki problem, że pisze jedną książkę rocznie i czytając ją bezpośrednio po premierze skazuję się na minimum rok oczekiwania na ciąg dalszy. A niestety tego rodzaju „stosunek przerywany” to jedno z najgorszych świństw, jakie czytelnik może zrobić samemu sobie.

Pamiętam swoje pierwsze spotkanie z twórczością tej autorki – koleżanka z liceum pożyczała mi „Trylogię Czarnego Maga” po książce dziennie – rano dostawałam w swoje łapki pierwszą część, czytałam non stop (pod ławką na lekcjach, na szkolnym korytarzu, w autobusie i w domu), po czym kolejnego dnia wymieniałam przeczytaną książkę na kolejny tom. Tym oto sposobem przez trzy dni żyłam w ciągu i właśnie tak przeżyłam jedną z najfajniejszych przygód, jakie pamiętam. Oczywiście miało to swoją cenę – kiedy nauczyciel zadawał mi pytanie uśmiechałam się i kiwałam głową udając że wszystko wiem i uważam na lekcjach ani na chwilę nie opuszczając magicznego świata. W ten sposób zapewne utrwaliłam swoje zagrożenie z matematyki i zupełnie przypadkowo zostałam klasowym gospodarzem. Ale niczego nie żałuję!

Wiadomo przecież, że jednym z najlepszych rzeczy jakie mogą się zdarzyć człowiekowi jest czytanie dobrej książki ze świadomością, że czekają na niego kolejne tomy.

Dlaczego więc nie potrafiłam zaczekać?

Na swój brak cierpliwości wkurzałam się przez całą „Trylogię Zdrajcy”, ale przy „Prawie Millenium” moje wkurzenie osiągnęło swoje apogeum. „Obietnica następcy” jest świetna, ale jak wspaniała to byłaby lektura, gdybym dokładnie pamiętała co było w trzech poprzednich tomach?

Uwielbiam Trudi Canavan za jej umiejętność kreacji światów. Bo choć w czterech cyklach jej powieści można znaleźć wspólne cechy – zawsze bohaterką jest młoda dziewczyna, fabuła obraca się wokół magii i jej poznawania (często zinstytucjonalizowanego), jest miłość, wojny i relacja uczeń-mentor, to każdy z nich jest wyjątkowy i każdy potrafi zaskoczyć. Przez pierwsze kilka stron jeszcze byłam na siebie zła za „wyrwanie z ciągu”, ale te książki mają w sobie coś tak wciągającego, że szybko o tym zapomniałam dając się pochłonąć przerwanej rok wcześniej przygodzie. A luki w pamięci powoli uzupełniały się same.

Trzecia księga „Prawa Millenium” zapewnia nam mały czasowy przeskok – czytelnik poznaje dalsze losy bohaterów pięć lat po śmierci Raena. Pragnienie odnalezienia własnego miejsca, przystosowania się i spokojnego życia na przymusowym wygnaniu oraz próby ogarnięcia chaosu powstałego po zniknięciu uzurpatora.

To także dalsze zgłębianie istoty magii i zmagania z własnymi ograniczeniami. Szalone podróże między światami, ucieczki i pościgi, szpiegowanie i wybuchy, bunty i spiski, ciche szantaże i epickie bitwy magów. Jeśli to wciąż za mało wrażeń, to smaczku z pewnością dodaje koncepcja wskrzeszenia zmarłego i eksperymenty magiczno-mechaniczne, przez co całość zyskuje bardzo niepokojący klimat, gdzie podrasowany czarami stempunk łączy się z nekromancją. A brzydzący się przemocą Tyen, podkręcony determinacją Dalego pogrążonego w rozpaczy po śmierci ukochanego, ma szansę zostać następcą Frankensteina. Oczywiście wszystko to w imię większego dobra. To książka pełna akcji, trudnych miłości i moralnych dylematów. Porywa od pierwszej strony.

„Sęk w tym, ze nie da się jednoznacznie stwierdzić, co jest tu dobre, a co złe. Nic nie jest bezsprzecznym dobrem lub czystym złem.”

Zakochałam się w tym świecie dzięki przekonaniu, że twórczość generuje magię. Teraz kocham go każdą przygodę, którą miałam okazję przeżyć podczas jego przemierzania.

A wiecie co jest najgorsze? To mi nie wygląda na koniec. Coś czuję, że znowu to sobie zrobiłam!

Trudi Canavan, Obietnica następcy (Prawo Millenium – księga trzecia), Kraków: Wydawnictwo Galeria Książki, 2017, 618 s.

Reklamy

Bajki Majki: „Huśtawka” Timo Parvela, Virpi Talvitie

Nie jest łatwo być małym niedźwiadkiem. Szczególnie, gdy ma się huśtawkę ale nikogo z kim można by się pohuśtać. Pi całymi dniami czeka na kogoś, kto zechciałby podzielić z nim radość tej prostej zabawy. Ale przyjaźń rzadko przychodzi sama.

Niespodziewanie niedźwiadek zostaje zmuszony do porzucenia biernej postawy i (niekoniecznie z własnej woli) wyrusza w świat na poszukiwanie towarzysza. Ale cóż to jest za świat! Trochę baśniowy, raz onirycznie zwiewny, raz brutalnie zmysłowy. Zamieszkały przez cały garnitur przeróżnych postaci z których jedne są miłe i przyjazne, a inne na nowego przybysza reagują złością i wrogością. Każde spotkanie skłania naszego bohatera do refleksji, ale żadne z napotkanych stworzeń nie chce się huśtać…

To magiczna podróż w skomplikowany świat emocji i kontaktów międzyludzkich. Pełna małych mądrości historia o strachu i odwadze, ocenianiu po pozorach, otwartości na innych i wychodzeniu poza swoją strefę komfortu.

W kreowaniu misiowego świata równie ważne co tekst, są niesamowite ilustracje – Virpi Talvitie zabiera nas w barwny świat wyobraźni. Grubymi warstwami farby i wosku stworzyła niezwykłą, pełną ruchu, soczystych barw i różnorodnych tekstur krainę o niepowtarzalnym klimacie. Wyprawa do świata Timo Parvela i Virpi Talvitie to prawdziwa przygoda. A z odrobinę zagubionymi bohaterami trudno się nie utożsamiać.

Ze względu na dużą ilość tekstu i pełne przenośni podejście do tematu jest to lektura dla dzieci wczesnoszkolnych, sugerowana powyżej 6 roku życia. Ale moja już-prawie-dwuletnia testerka jest oczarowana ilustracjami. I wcale się jej nie dziwię ;)

Timo Parvela, Virpi Talvitie, Huśtawka, Gdańsk: Wydawnictwo EneDuerabe, 2015, 88 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa EneDueRabe.

Czas na czytanie: PRZEDPREMIEROWO „Arsen” Mia Asher

„Miłość może cię zniszczyć. Miłość może pogrzebać cię żywcem w trumnie pełnej bólu i rozpaczy, odebrać ci oddech, odebrać wolę życia.”

To była droga przez mękę.

Nie żartuję i nie stosuję w tym momencie taniego chwytu marketingowego. Naprawdę dawno nie czytałam tak dziwnej książki. Kompletne pomieszanie z poplątaniem. Gatunkowe, tematyczne i emocjonalne.

Niemalże od początku lektury zastanawiało mnie jedno. Do jakiego odbiorcy skierowana jest ta książka?

Wątki dotyczące poznawania się głównych bohaterów, rodem z młodzieżowego serialu Disneya sugerowałyby odbiorcę między 14, a 16 rokiem życia, ale szczegółowe opisy seksu zajmujące większą część książki obalają tą tezę. Natomiast dorosła czytelniczka raczej na pewno zostanie zniechęcona naiwnością tej historii.

„Wzdycham, przygotowując się mentalnie, by wyjść na deszcz, gdy dzwoni mój telefon. Już mam odebrać, kiedy mija mnie grupa wspaniałych i onieśmielających dziewczyn z żeńskiego stowarzyszenia. Rzucają we mnie kondomami i krzyczą: „Bez gumek nie ma ruchania!”.”

Mamy zatem zupełnie przeciętną, średnio ładną dziewczynę, dla którejś z jakiegoś powodu wszyscy tracą głowę. Główna bohaterka jest mało lubiana, odrabia prace domowe na studiach i trafia jej się miłość od pierwszego wejrzenia. Oczywiście z obłędnym przystojniakiem (w ogóle, gdzie się nie obróci, otaczają ją sami nieziemsko przystojni półbogowie – jeśli tak jest na co dzień w Stanach, to już wiem czemu ludzie chcą tam emigrować!) , gwiazdą sportu, przyszłym prawnikiem. Oczywiście poprzez zderzenie w deszczu z całą otoczką rozsypanych książek i lądowaniem w kałuży. Oczywiście całuje nieznajomego na ulicy. Oczywiście po latach zostają małżeństwem. A autorka nie szczędzi nam infantylnych pomysłów na końskie zaloty ich młodości i cukierkowej słodyczy zakochania.

DSC_0650

Sielanka kończy się z problemami z utrzymaniem ciąży. I tutaj spotkało mnie największe rozczarowanie – liczyłam na poważne podejście do poważnego problemu, na niesamowicie emocjonalną wspólną walkę o macierzyństwo. Niestety, mam wrażenie, że coś, co miało być głównym tematem książki zostało skandalicznie wręcz zmarginalizowane. Brakuje rozmów, starań, wzajemnego wsparcia, biegania po lekarzach, atmosfery oczekiwania. Zostaje nam przedstawiony pewien fakt i nic poza tym. Czytelnik nie dostaje szansy uczestnictwa w procesie walki z niepłodnością i tak naprawdę łatwo odnieść wrażenie, że sama zainteresowana również nie walczy. Powtarza tylko stale jak bardzo marzy o dziecku i jak jej źle, ale znacznie więcej energii i emocji wkłada w zadurzenie młodszym współpracownikiem niż w swoje sny o macierzyństwie. To prawda – scena poronienia jest dramatyczna i poruszająca, podobnie jak depresja, w której pogrąża się Catherine, ale mimo to nie mogłam pozbyć się wrażenia kiepskiego aktorstwa.

W ogóle cała jej postawa jest dla mnie oderwana od rzeczywistości – kobieta po trzech poronieniach, z zagrożonej ciąży nie rezygnuje z pracy, nie przestaje pić kawy, pozwala się szarpać gdzieś w klubowej toalecie i nie stroni od entuzjastycznego seksu. Prawdę mówiąc trudno mi to sobie wyobrazić. Nienaturalność wzmaga brak jakiejkolwiek wzmianki na temat leków podtrzymujących ciążę, hospitalizacji, jakiegokolwiek zwiększonego dbania o zdrowie (za to autorka nieustannie podaje nam nazwy firm produkujących torebki). Poza częstymi wizytami u ginekologa nasza bohaterka wyłącznie czeka i stara nie poddawać się panice.

To tak naprawdę smutna historia kobiety, która rozpaczliwie potrzebuje specjalistycznej pomocy, ale otrzymuje ją zdecydowanie za późno. Kobiety słabej i zdruzgotanej. Kobiety znajdującej się na życiowym zakręcie i podejmującej same najgorsze wybory. Nie do końca stabilnej psychicznie, szokująco niekonsekwentnej w swoich postanowieniach, budzącej współczucie i zażenowanie. Nie potrafiącej docenić tego co ma, nie przyjmującej wsparcia najbliższych. Kobiety o znacznie zaniżonym poczuciu własnej wartości, która podnosi sobie samoocenę romansem z atrakcyjnym młodszym mężczyzną o imieniu prosto z Tablicy Mendelejewa.

„(…) ma na sobie wyblakłe, sfatygowane dżinsy, które wiszą tak nisko, że jestem w stanie dostrzec jego bieliznę od Armaniego, a trzy rozpięte guziki koszuli w odcieniu różu odsłaniają opaloną i wyjątkowo umięśnioną klatkę piersiową. Ten facet emanuje pewnością siebie i seksem.” – cóż we mnie zazwyczaj faceci w różowych koszulach wzbudzają raczej rozbawienie, ale co kto lubi…

To prawda, Cathy jest przekładem niesamowicie irytującej bohaterki, ale to przede wszystkim naiwność, teatralność ze sporą dawką Hollywoodzkiego kiczu (Jest tu nawet bal maskowy! Nie wspominając o wyznaniach wplątanych w pijackie przyśpiewki) i niedopracowanie historii tak bardzo mnie odrzucało.

„Tym razem potwór, którym jestem, którym się stałam, pociągnie kogoś za sobą. To ten mrok we mnie wlecze się za mną, gdziekolwiek nie pójdę, rozprzestrzenia się jak atrament po papierze.” – ach stary dobry welshmerz…

„Kocham go, ale nie jestem pewna, czy nadal jestem w nim zakochana.” – serio? Zawsze myslałam, że faza zakochania trwa kilka… miesięcy?

Nie zrozumcie mnie źle – samo przesłanie książki jest bardzo dobre i zupełnie się z nim zgadzam, ale nie jestem pewna, czy gdybym nie zajmowała się pisaniem recenzji (co znacznie zwiększa moje samozaparcie w przypadku lektur, które nie za bardzo mi odpowiadają), to czy miałabym szansę dotrzeć do tego przesłania. Obawiam się, że nie, bo wymaga to przebrnięcia przez prawie całą pozycję. A ja odpadłabym już na samym początku.

„Małżeństwo to praca, Cathy. Musisz nad nim pracować każdego dnia. Nigdy nie możesz odpuścić. Bycie w małżeństwie jest trudne. Czasem jest świetnie, czasem okropnie, ale zawsze chodzi o to, co z tego wyciągniesz. To, jak sobie z tym poradzisz, odróżni cię od innych par, które się poddały. Trzeba zawsze szczerze rozmawiać z partnerem. Rozwód jest łatwy, to pójście na łatwiznę.”

Nie jestem koneserką tego gatunku i może to nic odkrywczego, ale autorka stworzyła przedziwną dla mnie hybrydępowieść erotyczną o przesłaniu dydaktyczno-moralizatorskim z elementami wattpadowego opowiadania.

Ta koncepcja niestety do mnie nie przemówiła. Spodziewałam się czegoś innego i zapewne stąd tyle rozczarowania – liczyłam na więcej fabuły i rozwinięcie wątku radzenia sobie z bezpłodnością. A mam wrażenie, że ta koncepcja stała się jedynie wymówką do napisania kontrowersyjnej powieści erotycznej, gdzie miłosny trójkąt i wyuzdany seks są główną osią tematu.

Mia Arher, Arsen, Warszawa: Wydawnictwo Szósty Zmysł, 2017, 520 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa Szósty Zmysł.

Okołoksiążkowy miszmasz: Spotkajmy się w Gdyni IV – 21.10.2017

Czy można zorganizować spotkanie dla blogerek, które przebiegnie w przesympatycznej atmosferze, będzie w 100% przyjazne mamom z dziećmi i jednocześnie zapewni dużą dawkę wiedzy? Jak widać tak!

Marta z Rudym Spojrzeniem i Żaneta z Mother and Son zadbały o imprezę idealną – w niesamowicie eleganckich wnętrzach Hotelu Faltom, (którego nigdy nie spodziewałabym się w niekoniecznie atrakcyjnej wizualnie okolicy, jaką jest granica Gdyni i Rumii), z pysznym tortem od Cake by Me i mnóstwem atrakcji.

Na „Spotkajmy się w Gdyni” byłam po raz pierwszy, ale na pewno nie ostatni!

Większość zdjęć, które wykorzystałam w swojej relacji wykonała Małgorzata Jonczyk Fotografia Rodzinna – w końcu ktoś cyknął mi fotę z książką! A ja nawet nie zauważyłam kiedy :D

4Q9A1197

A co podobało mi się najbardziej?

Prelekcje

Pod względem merytorycznym było to najbardziej wartościowe blogerskie spotkanie, na którym byłam (nie, żebym była jakimś doświadczonym bywalcem). Szczególnie zapadło mi w pamięć wystąpienie Asi z Made by Gigi, która wprowadziła nas w tajniki instagramowania, dzięki której nareszcie wiem dlaczego tak często znika mi opis pod zdjęciem. Dorota Platzer przekonała mnie do ściągnięcia twittera, przed którym tak długo się broniłam (chyba jednak nie chwycę tego bakcyla, ale dam mu szansę), a Elwira Piwowarska z Wirtualnej Polski podrzuciła słuchaczkom kilka sposobów na zwiększenie poczytności pisanych przez nas tekstów. Choć żałuję trochę, że w swej prezentacji nie odniosła się bezpośrednio do mojego bloga, jej uwagi byłyby bardzo pomocne. Swoją drogą to bardzo fajny pomysł na warsztaty w kolejnej edycji – grupowa burza mózgów nad stronami uczestniczek przy wsparciu eksperta.

No i wielkie dzięki dla Leny Murawskiej, która mimo braku fizycznej możliwości uczestnictwa połączyła się z nami przez komunikator. Jej koncepcja hierarchii wartości daje do myślenia, chociaż jak na razie blog nie jest dla mnie jakoś super wysoko ;)

Kids friendly

Wsród uczestniczek przodowały blogerki parentingowe i lifestylowe, które przybyły do Gdyni obwieszone swoimi latoroślami. A organizatorki były na to świetnie przygotowane! Hotel Faltom dysponuje fantastyczną salą zabaw, a pieczę nad maluchami pełniła przesympatyczna animatorka z radoCHA. Maj jest jeszcze trochę za mała, żeby hasać bez mamy, ale na kolejne spotkanie wybierzemy się wspólnie. I jeszcze zabierzemy Tatę na doczepkę.

Ponadto widok blogujących mam słuchających prelekcji przy jednoczesnym zabawianiu bobasów na kocyku, bujaniu wózkiem czy karmieniu niezwykle stymulował działanie jajników – ten widok praktycznie namówił mnie na drugie dziecko. Na całe szczęście wzmożona intensywność myśli prokreacyjnych minęła mi natychmiast po powrocie do domu.

Rodzinna atmosfera

Chcesz zabrać ze sobą dzieci? No problem, zabawimy. Męża? Pewnie, zapraszamy! I chociaż bogaty i całkiem napięty plan spotkania nie pozwolił na tak zaawansowaną integrację między uczestniczkami jak „A może nad morze? Z książką!”, na którym byłam w lipcu, tak ciepła, przyjazna atmosfera to jeden z największych uroków „Spotkajmy się w Gdyni”. A uchwycony moment, w którym przygotowująca się do prelekcji Elwira przytrzymuje przebierane maleństwo jest tego najwspanialszą ilustracją.

4Q9A1230.jpg

Licytacja charytatywna

Dzięki uprzejmości licznych sponsorów miałyśmy szansę wylicytować prawdziwe skarby. Nie byłabym sobą, gdybym nie wyszła z książkami dla Bobasy („Billy i potwór” oraz „Ernest”), a jako pierwszy i naczelny łakomczuch skusiłam się również na sosy balsamiczne, które uświetnią moje sałatki (wiecie, że nigdy nie używałam sosu balsamicznego?!) i eko słoiczki dla Mai, które teraz fantastycznie mnie ratują kiedy mam kulinarnego lenia podczas mężowej delegacji. Za to po dziś dzień żałuję, że nie zawalczyłam o boski różowy fotel, w końcu gdzies bym go w domu upchnęła!

Ale najważniejsze, że cały dochód z licytacji został przeznaczony dla Hospicjum Bursztynowa Przystań w Gdyni – udało nam się uzbierać prawie 1500 zł!

A poza tym każda z uczestniczek została obdarowana fantastyczną paczuchą – Wydawnictwo EneDueRabe podrzuciło mi dwa świetnie zapowiadające się tytuły do recenzji -„Huśtawkę” oraz „Billy i gwizdek” (recenzja TUTAJ), Ziaja Polska rozpieściła moją kobiecą stronę, a BodyMax zapewnił solidną dawkę energii na całą zimę! Nie wiem, czy skorzystam z vouchera na sesję coachingową z Próg życia, ale uroczy breloczek od Love Domowe już jest w użyciu.

Swoją drogą wiedzieliście, że Ziaja ma specjalną linię kosmetyków zapobiegającą powstawaniu zmarszczek wynikających z korzystania z urządzeń mobilnych (tzw. efektom tech neck)? Idealne dla blogerek :D

Uczestniczki

Nie zdążyłam pogadać z każdym, ale niewątpliwie mam teraz bardzo dużo nowych blogów do czytania i instagramów do podglądania – książkowych, dzieciowych i o pięknym życiu. A podczas czytania przypominam sobie świetne babki, będące „po drugiej stronie”.

~*~

A jeśli juz naprawdę miałąbym się do czegoś przyczepić, to jako osobie wiecznie nienażartej, było mi trochę mało obiadu – choć rybka była pyszna, trafił mi sie wyjątkowo niewielki kawałeczek. A po powrocie do sali było mi trochę głupio, kiedy dopełniając żołądek zjadłam ostatnie ciastka. Ale może taki był plan, bo ze spotkania bynajmniej głodna nie wyszłam – porcja pełnego owoców tortu była tak konkretna, że ledwo podołałam.

Tylko na koniec ponad 20 zł opłaty za parking trochę zabolało.

Jeszcze raz wielkie brawa dla organizatorek i prelegentek – zrobiłyście kawał dobrej roboty!
Wielkie dzięki wszystkim darczyńcom, jesteście super!

Wydawnictwo Zielona Sowa22539938_1717565451649326_6310041386430238898_n
Heyday Group
Love Domowe
JuicyColors.pl
Ziaja Polska
Smileat
poczytne.pl
Bodymax – dzień pełen energii
Novae Res – Wydawnictwo Innowacyjne
Artepoint.pl Twoje dekoracje wnętrz.
Wydawnictwo EneDueRabe
Qameleo
Małgorzata Jonczyk Fotografia Rodzinna

Przeczytajcie również wrażenia innych uczestniczek:
~ Rozkminy Tiny
~ Mix of life
~ Latorośle
~ Mama i syn zgrany team
~ Mother and son
~ Mamowato

 

Czas na czytanie: PREMIERA „Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie” Janusz Leon Wiśniewski

„Z każdą z nich był przez dłuższy lub krótszy czas szczęśliwy. I każda była dla niego ważna. Każdej darował swoją uwagę, czułość, każdą otaczał opieką. Chciał, aby i one były z nim szczęśliwe. Ale tylko wtedy, kiedy znajdowali się blisko siebie.”

Pewnie trudno w to uwierzyć, ale to moje pierwsze spotkanie z twórczością tego autora. A przynajmniej z jego książką skierowaną do dorosłego odbiorcy.

Janusz Leon Wiśniewski to jedna z tych osób, które mnie trochę przerażają – chemik, fizyk, informatyk, ekonom i grafoman w gratisie (naliczyłam ponad 30 książek, z czego co druga to bestseller!). Ponadto zna niemiecki, co samo w sobie budzi mimowolny respekt, a w dodatku da się z nim całkiem przyjemnie i zupełnie logicznie porozmawiać. Normalnie człowiek-orkiestra. Kosmita jakiś, albo cyborg.

„Dla mnie matematycy to jak szamani obdarzeni wizjami.”

Nigdy dotychczas nie zainteresowała mnie żadna z jego książek – tak już czasem jest z pozycjami i autorami, wokół których jest dużo szumu i zachwytów. Aż do „Marcelinki”, którą przywiozłam sobie z targów w Warszawie. To znaczy przywiozłam córce. W końcu każda roczna dziewczynka bardzo potrzebuje książki o fizyce i konstrukcji wszechświata. A i do niej przyciągnęły mnie ilustracje – tekst okazał się być miłym, choć zupełnie niespodziewanym zaskoczeniem.

I to właśnie książka dla dzieci skłoniła mnie do sięgnięcia po prozę dla dorosłych. I wiecie co? Już rozumiem fenomen tego autora – on po prostu świetnie pisze. W jednej powieści przywołuje fraktale, ciekawostki seksuologiczne (o tym zawsze się fajnie czyta, nie ma co się oszukiwać), klasyków literatury, mistrzów opery, programowanie i apoteozy (a to wciąż jednak romans!). Nigdy nie sądziłam, że obecność matematyki może wyjść książce na dobre, i że jestem w stanie poczuć do przemądrzałego lowelasa niechętną nić sympatii.

„Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie” to historia mężczyzny-utracjusza, który wybudziwszy się ze śpiączki dokonuje rozbudowanego rachunku sumienia, wewnętrznej autowiwisekcji. Podążając za przywoływanymi przez niego wspomnieniami poznajemy nie tylko koleje jego losu, ale również siłę wpływu jego kaprysów na przewijające się przez jego życie kobiet. Sporo kobiet. Które rozkochiwał w sobie i porzucał, wzbudzał zaufanie i go nadużywał, w których się zakochiwał, o których zapomniał i które porzucały jego. To również genialny pretekst do wykreowania szeregu postaci, których historie nadają się na filmowe scenariusze albo poczytne powieści.

W surrealistycznym szpitalu, pod opieką surrealistycznej pielęgniarki przeżywamy wraz z unieruchomionym bohaterem (jeśli podano gdzieś jego imię, to ja nie zadałam sobie trudu, by je zapamiętać) na nowo zdrady i pożądania, fascynacje i miłości, wyrzuty sumienia i usprawiedliwianie swego zachowania, egoizm i rozczarowania.

„Skoro miłość jest pana zdaniem naiwnością, to w takim razie co w życiu człowieka naiwnością nie jest?”

To opowieść o oddaniu i bezwarunkowej dobroci. O tragicznej konieczności wyboru między sukcesem zawodowym, a rodziną. O priorytetach. O szowinistycznych świniach i femme fatele. O małych i dużych pasjach. O miłości i zakochaniu. O samotności.

„Samotność wcale nie zaczyna się od tego, że nagle nikt nie czeka na ciebie w domu. Samotność zaczyna się wówczas, kiedy pierwszy raz odczujesz pragnienie, aby czekał tam na ciebie ktoś zupełnie inny.”

Co wydawało mi się nieco nienaturalne – było trochę zbyt wiele kobiecych monologów wspomnieniowo-uczuciowych. Nawet baby po kilku latach rozpamiętywania nie uzewnętrzniają się tak bardzo wyrzucając byłemu partnerowi swoje emocjonalne przeżycia bez najmniejszego zająknięcia.  No i wszystkie jego kobiety mają nadzwyczajnie duże (oczywiście naturalne, sztucznością gardzimy) biusty.

Co było super? Kot Schrödinger, niesamowicie pozytywny szpital, w którym aż chciałoby się poleżeć (z Laurencją i Nathanem w pakiecie), no stress i kreacja postaci poprzez ich sposób wypowiedzi i budowane przez nich zadania. I jeszcze nadzieja, która mimo wszystko tchnie z ostatnich stron napełniając czytelnika jednak pozytywnymi uczuciami. To trochę jak z domowym lizakiem z topionego na patelni cukru – na języku czuć przede wszystkim gorycz spalenizny, ale uparcie liże się dalej, bo przebijająca przez spaleniznę słodycz odbija się w ustach przyjemnym echem.

„Jak ludzie za bardzo się spieszą do bogactwa, to im wirusy na gardło, płuca i wątrobę wchodzą. Ale najbardziej włażą na mózgi i serca.”

Okładka jest boska, ale zgrzytnęło mi trochę, że „o autorze” na wewnętrznej stronie skrzydełka to niemal słowo w słowo tekst z Wikipedii, co troszkę zalatuje plagiatem i jeszcze bardziej lenistwem, szanowne wydawnictwo. Za to jestem bardzo mile zaskoczona blurbem – zazwyczaj wszystko, co wydrukowano na tylnej okładce raczej mnie odrzuca, niż zachęca do lektury, a w tym przypadku było dokładnie odwrotnie.

Janusz Leon Wiśniewski, Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanova, 2017, 576 s. (premiera 8.11.2017)

Za przyjemność lektury dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

Czas na czytanie: „Dżentelmen w Moskwie” Amor Towles

Kiedyś po internetach krążyło hasło: „Disney jest odpowiedzialny za moje wysokie wymagania co do mężczyzn”. Dzisiaj mogę jednak z czystym sumieniem podważyć tą tezę – to właśnie takie książki, jak „Dżentelmen w Moskwie” ponoszą pełną odpowiedzialność za zawyżanie moich oczekiwań odnośnie płci przeciwnej.

Hrabia Aleksander Iljicz Rostow to uosobienie klasy – wszechstronnie wykształcony, kulturalny, obyty w towarzystwie, szarmancki i pełen chłopięcego uroku łamacz kobiecych serc. Niepoprawny marzyciel i hedonista – nigdy nigdzie się nie spieszy przedkładając uroki spokojnego podziwiania przyrody i kobiecych wdzięków nad obowiązki i punktualność umówionych spotkań – a dzięki rodzinnemu majątkowi może sobie na to pozwolić. Słowem: typowy element klasy próżniaczej.

„(…) bolszewicy, tak zdecydowanie dążący do ukształtowania przyszłości na własną modłę, nie spoczną, póki nie wyrwą z korzeniami, nie roztrzaskają i nie wymażą ostatnich pozostałości jego Rosji.”

Książka Towlesa to obraz rewolucji bolszewickiej z punktu widzenia arystokraty. Nasz bohater skazany zostaje na dożywotni areszt domowy w hotelu Metropol, gdzie akurat przebywał. Pozbawiony niemalże całego majątku, ulokowany w ciasnym pomieszczeniu dla personelu musi odnaleźć się w nowej rzeczywistości – choć szczęśliwie zachowuje życie i pozostaje w przestrzeni, którą doskonale zna, zmianie ulega jego rola, status społeczny i perspektywy. I tak naprawdę dopiero w tym momencie hrabia zaczął mi naprawdę imponować – swoim spokojem, umiejętnością zachowania optymizmu wobec każdej przeciwności losu i kolejnych rozczarowań, niesamowitą wyrozumiałością dla świata i ludzi oraz stoicyzmem wobec zmian.

Przyjmuje pozycję biernego obserwatora, a przed nieuchronnym pogrążeniem się w marazmie ratuje go wieloletnia przyjaźń z hotelową obsługą i pewna rezolutna małolata zainteresowana życiem księżniczek, która całkowicie zmieni jego życie.

„(…) ludziom prawym, którzy zbłądzili, Parki często podsyłają przewodnika. Na Krecie Tezeusz miał swoją Ariadnę i jej czarodziejski kłębek nici, dzięki któremu bezpiecznie wydostał się z labiryntu Minotaura. W jaskiniach zamieszkanych przez upiorne cienie Odyseusz miał swojego Tejrezjasza, tak jak Dante swojego Wergiliusza. A w hotelu Metropol hrabia Aleksander Iljicz Rostow miał dziewięcioletnią Ninę Kulikową.”

Okazuje się, że to nie wykształcenie, pieniądze, czy więzy rodzinne są wstanie pomóc człowiekowi w potrzebie, a właśnie przyjaźń – wspierająca, wyrozumiała, bezinteresowna i nie zawsze starannie pielęgnowana. Bywa, że taka więź zbudowana została po prostu na codziennych uprzejmościach i braku uprzedzeń. Czasem wystarczy po prostu nie zadzierać nosa i zainteresować się odrobinę drugim człowiekiem.

Autor zabiera nas w emocjonującą podróż po świecie przełomu epok – gdzie opowieści o balach i dworskim życiu mieszają się z bezwzględnością stalinizmu, eleganckie wnętrza stają się sceną dla biurokratycznych absurdów, a złożone smaki wysublimowanych potraw cieszą podniebienia ludzi dzierżących władzę niezależnie od aktualnego ustroju politycznego. Mamy szansę poznać jeden z najbardziej luksusowych hoteli świata oczami znaczącego gościa, członka obsługi i małej dziewczynki. Przyjrzeć się instytucji, która niezmiennie trwa mimo wichrów wojen i nieubłaganej sile zmian społeczno-politycznych. Trwa, podobnie jak zamieszkujący w niej Aleksander Rostow, dzięki swojej umiejętności dostosowania się.

„Bowiem czasy naprawdę się zmieniają. Zmieniają się nieustannie. Nieuchronnie. Pomysłowo. A zmieniając się, odkładają na bok nie tylko przestarzałe tytuły i rogi myśliwskie, lecz także srebrne przywoływacze, lornetki teatralne z macicy perłowej i najprzeróżniejsze starannie wykonane przedmioty, które istnieją dłużej, niż są przydatne.”

To uniwersalna przypowieść o pokorze, kaprysach sławy i przewrotności historii. O konieczności zachowania pogody ducha wobec przewrotności dziejów i życiu w zgodzie z samym sobą. O przyjaźniach silniejszych niż klasowe podziały i polityczne sympatie. O pułapkach starzenia się i o przemijaniu. O wytrwałości i sile uczuć. O czerpaniu z małych radości. O dorastaniu i bolesnym zderzeniu ideałów z rzeczywistością. A także o życiu, którym kierują przypadki i losie, który gdzieś tam jest jednak zapisany i zarówno sukcesami, jak i porażkami prowadzi człowieka do nie zawsze jasno określonego celu. I jeszcze (a może przede wszystkim?) o miłości.

A wszystko to okraszono inteligentnym poczuciem humoru, mistrzowskim stylem autora i bajkową aranżacją. Trochę powieść historyczna, trochę sensacja, trochę czarna komedia. Świetna lektura, od której nie sposób się oderwać.

„Bo w życiu liczy się nie to, czy nagrodzą nas oklaskami, lecz to, czy będziemy mieli odwagę iść naprzód mimo braku gwarancji uznania.”

Amor Towles, Dżentelmen w Moskwie, Kraków: Wydawnictwo Znak Literanowa, 2017,
560 s.

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości portalu Sztukater.pl

Bajki Majki: „Billy i gwizdek” Birgitta Stenberg, Mati Lepp

To nasze pierwsze spotkanie z serią o tym małym urwisie, Majka chyba w końcu dorosła do bezpiecznego używania książek z papierowymi stronami (a przynajmniej do tych, które chociaż oprawę mają kartonową, bo całkiem miękkie wciąż zwija w rulonik…).

„Billy i gwizdek” to krótka przygoda z życia dziecka – czasem wystarczy pozornie mało atrakcyjna zabawka, by zająć malucha na dłuższy czas. I przy okazji wpędzić go w niemałe kłopoty.

Każdy chyba potrafi wyobrazić sobie (albo co gorsza wie z doświadczenia)  jak irytujące potrafi być dziecko, które dorwało gwizdek. Dlatego też mama Billy’ego wysyła go przed dom, by móc w spokoju porozmawiać przez telefon. Oczywiście urwis nie byłby urwisem, gdyby wbrew ostrzeżeniom mamy nie opuścił przydomowego ogródka by straszyć gwizdaniem bogu ducha winnych przechodniów. Nie przewidział jednak, że gwizdanie, które słychać z daleka przyciągnie uwagę wielkiego, groźnego psiska.

Bardzo podoba mi się budowa książki – większą część strony zajmuje kolorowa ilustracja, a umieszczony pod nią tekst jest jedynie jej dopełnieniem i uporządkowaniem historii – dzięki temu bardzo dużo rzeczy można dopowiedzieć od siebie, znajdzie się też sporo szczegółów do wyłapania. Na pochwałę zasługują również niebanalne ilustracje, w stonowanych kolorach będące miłą odskocznią od wyidealizowanej, pełnej obłości _20171103_135603pastelozy tak popularnej w książkach dla dzieci. Jestem wielką fanką Mamy Billy’ego – kobiety w legginsach, o przyjemnie pofałdowanej sylwetce, z zapomnianym wałkiem z tyłu sztywnej od trwałej, rudej czupryny (warto pamiętać, że książka została napisana w 1989 roku, kiedy to wystylizowany sterczący czub na głowie był zapewne u szczytu mody). A jej wizerunek na pierwszej stronie – siedzącej w kuchni na odsuniętej na pralce (?) ze stopami opartymi o odkurzacz i słuchawką w dłoni to mistrzostwo świata.

Super, że książka została wydana w tak dużym formacie i została usztywniona twardą oprawą, która jak na razie dzielnie opiera się zabiegom mojej małej Destrukcji. Gdyby tylko jeszcze miała bezpiecznie zaokrąglone rogi, bez stresu mogłabym zostawić ją córce do samodzielnego oglądania. Bo naprawdę jest co oglądać i Majka (obecnie w wieku 20 miesięcy) kartkuje ją z dużym zainteresowaniem.

Choć cała historia kończy się dobrze, brakowało mi trochę jasno określonego morału. Nie spodobało mi się również podejście mamy do opowiadanej przez dziecko historii – moja Bobasa jest jeszcze przed etapem zmyślania, więc pewnie moje oczekiwania zostaną wkrótce zweryfikowane przez rzeczywistość, ale zignorowanie słów syna poprzez zrzucenie nieprawdopodobnej opowieści na karby fantazji wydaje mi się trochę nie w porządku.  Szczególnie, że mamy tu do czynienia z czymś w rodzaju ślepego zaułka – Billy nie słucha mamy i mama nie słucha Billy’ego.

Mimo wspomnianych wyżej minusów, krótka i zwięzła historia, odrobina grozy, dużo bardzo dobrych ilustracji oraz niespotykany temat dają w sumie fajną pozycję i na pewno sięgniemy również po inne przygody tego urwisa.

Brigitta Stenberg, Mati Lepp, Billy i gwizdek, Gdańsk: Wydawnictwo EneDueRabe, 2013,
28 s.

Recenzja powstała dzięki uprzejmości Wydawnictwa EneDueRabe.

Książkę dostałam na fantastycznym zjeździe blogerek „Spotkajmy się w Gdyni”.

Czas na czytanie: „Architektura jest najważniejsza. Rozmowy drugie” red. Ewa Mańkowska-Grin

„Powstaje tak mało realizacji, które dają satysfakcję estetyczną i jednocześnie komfort życiowy.”

„Rozmowy drugie”, czyli cykl wywiadów Ewy Mańkowskiej-Grin z historykami sztuki i krytykami architektury to moje drugie spotkanie z serią Architektura jest najważniejsza. Cykl książek skupionych wokół problemów nowoczesnej i współczesnej architektury zaczęłam od tomu „Architektki” i po tej lekturze od razu sięgnęłam po „Rozmowy drugie” pomijając pierwszą część wywiadów. Zatem już na samym początku pozbawiłam architektów (bo to oni byli partnerami rozmów w pierwszym tomie) prawa głosu oraz wyjaśnienia i umotywowania sytuacji urbanistycznej w Polsce, wolałam jednak zacząć od zapoznania się z poglądami strony, które (jak sądzę)  będą bliższe moim własnym opiniom.

„… architektura (…) to kreacja wyższego rzędu, w którą musi być wcielona pewna idea.”

Osiem rozmów przeprowadzonych przez Ewę Mańkowską-Grin z autorytetami zajmującymi się pisaniem o architekturze – Martą Leśniakowską, Małgorzatą Omilanowską, Martą A. Urbańską, Grzegorzem Piątkiam, Jackiem Purchlą, Romanem Rutkowskim, Kubą Snopkiem i Andrzejem Szczerskim – ma na celu zdiagnozowanie stanu urbanistycznego współczesnej Polski i określenie przyczyn wszechobecnego chaosu w projektowaniu przestrzeni i degeneracji krajobrazu.

„Zanikły wszelkie idee, które rządziły architekturą od antyku po modernizm.”

Z rozmów tych wynurza się ponury obraz architektury polskich miast jako bezwładnych i chaotycznie „rozlewających się” na przedmieścia, pozbawionych dobrego planowania i myślenia przyszłościowego, gdyż decydującym kryterium podejmowanych decyzji jest cena, nie zaś dbałość o komfort i potrzeby mieszkańców.

„… świat wartości przegrywa (…) ze światem pogoni za doraźnym zyskiem, a rola urbanisty podlega radykalnej marginalizacji…”

„Dzisiaj kształtowanie przestrzeni oparte jest głównie na biznesplanie i kalkulacji zysków z każdego metra kwadratowego sprzedanej powierzchni mieszkaniowej.”

Gdzie zunifikowana architektura stała się elementem kultury masowej, a urbanistyka jako wiedza o potrzebach społecznych jest nauką na wymarciu. Będących polem folgowania niesłabnącej potrzebie indywidualizacji jednostek nie gotowych na ograniczenie ich wolności poprzez regulacje prawne narzucające określone standardy. Jednostek nie posiadających wykształconego zmysłu estetycznego, skłonnych do ulegania kiczowatym, krzykliwym modom.

„… ludzie budują w taki sposób, jakby się ścigali z sąsiadami na absurdalne pomysły.”

Polska rozwija się dynamicznie, ale bezmyślnie, w odmętach bezsensownych i przestarzałych przepisów. Umierają historyczne centa miast, przy jednoczesnym rozszerzaniu się suburbiów i niedostatecznej rozbudowie transportu publicznego, co doprowadza do wielokilometrowych korków w godzinach szczytu i wiecznych niedogodności związanych z parkowaniem niekończących się ilości samochodów.

„Komfort życia upada, ograniczony przez nieprzemyślane planowanie.”

 Tym, co podobało mi się szczególnie podczas lektury, jest przemyślany wybór rozmówców zapewniający interdyscyplinarność prowadzonych dyskusji. Choć zadawane pytania oscylują wokół tych samych tematów i są bardzo podobne, każdy z wywiadów kładzie nacisk na inne aspekty problemu – jednych badaczy bardziej interesuje podejście historyczne, drugich trudności o charakterze politycznym i legislacyjnym, jeszcze innych kwestie natury technicznej i społecznej. Małgorzata Omilanowska i Andrzej Szczerski podkreślają dotkliwy brak instytucji państwowej zajmującej się architekturą i urbanistyką, będącej organem eksperckim, doradczym i opiniotwórczym, do którego można by się odwołać i który zajmowałby się weryfikacją powstających koncepcji – postulują powstanie narodowego instytutu architektury mającego realny wpływ na realizowane projekty. Kuba Snopek skupia się natomiast przede wszystkim na socjologicznej koncepcji „ochrony zabytków rozumianej jako ochrona substancji” – nie postuluje otoczenia opieką budowli samych w sobie, a ochronę relacji społecznych, kultury i historii ich mieszkańców, specyficznej atmosfery, traktowanie mitu miejsca i ludzi jako zabytku. I choć kierunki, w których podążają poszczególne rozmowy bywają kompletnie różne, wynikają z nich te same wnioski i diagnozy – brak spójności i lokalnego charakteru powstających współcześnie realizacji, problem przedmieść poszerzających się bez ładu i pomyślunku, słabość państwa i brak odpowiednich regulacji prawnych pozwalających stanowić kontrolę bezwładem rozwoju urbanistycznego oraz potrzebę edukacji artystycznej i estetycznej w Polsce.

To książka, która pozwala zrozumieć wieloaspektowość sytuacji, w jakiej znalazła się Polska pod względem rozwoju architektoniczno-wizualnego. Pomaga nazwać i określić to, co coraz większa część obywateli zaczyna dostrzegać wokół siebie – kraj będący w głębokim kryzysie planowania przestrzennego po przerwaniu ciągłości planistycznej, rozpaczliwie potrzebujący uproszczenia legislacyjnego i wartościowej edukacji. Chaos, który zaczyna przeszkadzać coraz większej części społeczeństwa.

„Miasto to przecież zwierciadło cywilizacji.”

Architektura jest najważniejsza. Rozmowy Drugie, red. Ewa Mańkowska-Grin, Kraków: Wydawnictwo EMG, 2017, 132 s.

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości portalu sztukater.pl.

Bajki Majki: O duszkach dla maluszka – książki w klimacie halloween

Odcinając się od wszelkich kontrowersji związanych z tym świętem, Halloween to świetna zabawa, która, pod warunkiem odpowiedniego przygotowania może cieszyć dziecko w każdym wieku (i dorosłego też!).

Zatem jak straszyć, żeby się nie wystraszyć?

Rok temu, kiedy Maj miała 8 miesięcy, nastawiłyśmy się bardziej na bezrefleksyjną zabawę dyniami, niż świętowanie pełną gębą (swoją drogą wiecie jaki z dyni wychodzi świetny bębenek?). Teraz ma już niemalże 21 miesięcy i wybiera się na swoją pierwszą halloweenową imprezę – robi się więc całkiem poważnie. Jednak które elementy tego, wcale nie prostego w odbiorze, święta wybrać, żeby niekoniecznie jeszcze wgłębiać się w tematykę śmierci, zombie, wampirów i innych bardziej zaawansowanych strachów?

W tym roku zdecydowałam się na duszki – zazwyczaj przedstawiane są w sympatyczny i pozbawiony zbędnej masakry sposób – od duszka Kacperka, aż po zjawy z Harry’ego Pottera. Poza tym pojawiają się w książeczkach już dla najmłodszych dzieci, są więc czymś mniej więcej znanym i opatrzonym – my znamy ducha z „Księgi dźwięków”. Jeśli dodamy do tego uśmiechnięte dynie i sympatycznego pajączka, możemy wymyślić zarówno uroczo-straszny pomysł na kostium malucha i zabawy dopasowane do wrażliwości najmłodszych. A w bardzo pozytywny i zabawnie straszny klimat tego święta pomogą wczuć się dwie fantastyczne lektury:

„Gustaw niestraszny duch” Guido van Genechten

_20171020_105747

W przygodach przesympatycznego Gustawa zaczytujemy się już od połowy września. I choć sugerowany wiek odbiorcy to 4 lata, Majka Gustawa uwielbia i nakłania mnie do czytania go na okrągło.

Pozornie straszny temat stał się pretekstem dla historii o tolerancji, wymykaniu się określonym standardom i poszukiwaniu swojego miejsca w świecie. Bo czy każdy duch musi przerażać? Gustaw urodził się wyjątkowy. Od kolegów odróżnia go nie tylko kolor – w przeciwieństwie do innych duchów jest… różowy – ale również sympatyczne usposobienie, pokojowe nastawienie do świata, upodobanie ciszy, skłonność do kontemplacji i brak jakichkolwiek predyspozycji do siania grozy. Jest po prostu zbyt miły i delikatny jak na straszyciela. Z tego powodu ma problemy w szkole i z w wyniku swojej nieudolności na lekcjach straszenia zostaje wysłany do kozy, której rolę pełni zimna i ciemna Opuszczona Wieża.

Okazuje się, że nie każdy duch musi być straszny, nawet jeśli stereotyp tego wymaga. Inność to powód do sympatii, nie do odrzucania, a wsparcie rodziny i przyjaciół pomaga odnaleźć swoją drogę i rozwinąć skrzydła. W końcu z pomocą przyjaciela nawet najbardziej zatęchły loch może zmienić się w przytulne gniazdko pachnące gościnnością i świeżo pieczonymi ciasteczkami.

Mądra, ciepła, przemyślana opowieść. I jednocześnie bardzo klimatyczna – wśród ilustracji dominują ciemne kolory, są pająki i pajęczyny, spękane mury opuszczonych ruin, księżyc w pełni i nietoperze. A jednocześnie nie sposób się bać, bo miękkie krawędzie ocieplają wizerunek, a rumiane buźki duchów nie mogą nie wzbudzić sympatii. Szczególnie, gdy w samotnej wieży Gustawa pojawiają się kwiatowe desenie, babcine klimaty i, przede wszystkim, mruczenie kota Miauczusia.

Całą recenzję tej pozycji możecie znaleźć na Bajkowirze.

Guido van Genechten, Gustaw niestraszny duch, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2016,
32 s.

„Kolacja z duchami” Jacques Duquennoy

W przypadku tej książki „duszny” temat został wykorzystany do zabawy formą, i choć _20171020_110740tekstu jest znacznie mniej, historia jest równie ciekawa. Duszek Heniek zaprosił na kolację wszystkich swoich przyjaciół i przygotował dla nich masę pyszności – kolorowe koktajle w fikuśnych fiolkach, zupę dyniową, pieczonego łososia, sałatę, ser i pewien tajemniczy deser. Okazuje się jednak, że duszki przejmują kolor, a nawet fakturę jedzonej potrawy, a od specjalności szefa kuchni stają się… niewidzialne! I w swej niewidzialności grzecznie pomagają gospodarzowi w zmywaniu.

Straszne zamczysko zamieszkują duchy uśmiechnięte i dobrze wychowane – nawet jeśli zdarza im się czasem pochlapać swoje prześcieradło.

Zabawna, klimatyczna książeczka z naprawdę ciekawym pomysłem. A w dodatku zaostrza apetyt i przypomina o dobrych manierach! Serowego ducha koniecznie trzeba zobaczyć, podobnie jak nieco stremowanego gospodarza imprezy próbującego przenieść zastawioną do pełna tacę przez ścianę. A wizualne nawiązania do leonardowskiej „Ostatniej wieczerzy” przywołają uśmiech na twarz czytającego rodzica.

 Jacques Duquennoy, Kolacja z duchami, Gdańsk: Wydawnictwo Adamada, 2016, 50 s.

W obu przypadkach można uczyć się od duszków dobrych manier i gościnności.

W taki oto sposób – trochę zabawnie i trochę pouczająco – zzytając raz jedną, raz drugą szykujemy kostium na majowe party. Halloween już niedługo – cieszcie się i z cukierków i z psikusów!

A jak wasze maluchy? Mają swoje ulubione „straszne” lektury, czy raczej nie ciągnie ich do tego tematu?