Okołoksiążkowy miszmasz: Co znalazłam w majowym „Pięknym Boxie” od My Book Box + KONKURS

Oj tak, w Maju zdecydowanie sobie pofolgowałam jeśli chodzi o książkowe przyjemności. Do zakupu akurat tego pudełka-niespodzianki zachęciła mnie obietnica, że wszystko, co znajdę w środku będzie prześliczne. A że jestem straszną sroką i do pięknych dupereli mam niezaprzeczalną słabość, wcale nie zastanawiałam się długo.

Piękny Box to teoretycznie mój prezent z okazji Dnia Mamy, chociaż (jako że został dostarczony już w poprzedni piątek) nie wytrzymałam napięcia i otworzyłam go troszkę wcześniej. Po prostu uwielbiam celebrować rozpakowywanie tych cudnych niespodziankowych paczuszek.

Oto co znalazłam w moim Pretty Boxie:

Książka „The Call. Wezwanie” Peadar Ó Guilín – w tym przypadku twórcy boxa uchylili odrobinę wcześniej rąbka tajemnicy i zdradzili jakiej książki można się spodziewać. Co więcej dali kupującemu możliwość wyboru, gdzie drugą opcją był „Sekret Sonji” Asa Helberg.

Poszewka na poduszkę książkomaniaka od Cymelium Store – ckliwe, kwieciste, romantyczne ubranko na poduchę z napisem „Kto czyta książki żyje podwójnie”. Miła w dotyku poszewka z porządnym zamkiem ma moc zmiany każdego miejsca w kącik do czytania.

Naklejka – tabliczka informacyjna z wymownym napisem „Nie przeszkadzać, czytam” – wspominałam coś o kąciku do czytania? Naklejka na pewno się przyda jeśli do waszego ciągle ktoś włazi ;) Sama swoją nakleję chyba na czole, bo czytam wszędzie i ciągle ktoś próbuje mnie rozpraszać stale dopominając się o uwagę (szczególnie pewien mały majkowy ktoś). Szkoda tylko, że mój Dzieć jeszcze nie potrafi czytać :D

Zakładki do książek – dwie cudne tekturowe „Books are all you need” i „To read or not to read” oraz nieco mniejsza laminowana z bohaterami Trylogii Klątwy (której jeszcze nie czytałam, ale mam w planie).

Książkowa przypinka „Czytam, bo lubię” – będzie do torby na letnie wojaże.

*kot ze zdjęcia, mimo całego swego piękna, nie wchodzi w skład pudełka!

Obietnicę uważam za spełnioną – każdy gadżet jest naprawdę bardzo ładny i starannie wykonany. Zawartość pudełka jest satysfakcjonująca i jak najbardziej adekwatna do ceny. Sama pewnie dorzuciłabym jeszcze niewielką paczuszkę jakiejś owocowej, aromatycznej herbaty, która dopełniłaby wiosennego klimatu pięknym zapachem, ale jako herbatomaniaczka po prostu dorzucałabym herbatę do wszystkiego. Z przyjemnością oceniam ten zakup na okrągłą tłuściutką 5, na pewno jeszcze nie raz ulegnę pokusie i sprawię sobie taki prezent.

Pięknego Boxa, a także wiele innych fantastycznych pudełek znaleźć można na http://www.mybookbox.pl/

i na sam koniec jeszcze obiecany KONKURS!

Dzisiaj wielki dzień i uważam, że każda Mama, Książkowa Mama, Kocia Mama i Zupełnie Nie Mama zasługuje w życiu na odrobinę piękna.
Dlatego razem z My Book Box zapraszam na konkurs, w którym nagrodą jest takie właśnie Piękne Pudełko. Żeby wziąć w nim udział wystarczy udzielić w komentarzu krótkiej odpowiedzi na pytanie „Czym jest piękno?” (oczywiście im bardziej zakręcony pomysł, tym lepiej!) wraz ze swoim adresem e-mail i podpisem. Konkurs trwa od 26.05 do 09.06, wyniki zostaną ogłoszone w przeciągu kolejnego tygodnia. Wysyłka nagrody wyłącznie na terytorium Polski. Powodzenia!

 

Bajki Majki: „Moja mama” Anthony Browne

W ten wyjątkowy dzień (to już mój drugi Dzień Mamy w życiu! A właściwie trzeci, bo to właśnie 26 maja dowiedziałam się, że udało mi się wreszcie wyhodować małą fasolkę, z której potem wyrosła całkiem spora Maj) sięgamy razem z Bobasą po uroczą kartonówkę „Moja mama” wydawnictwa Dwie Siostry.

_20170525_141657

Co prawda Maja jeszcze nie bardzo rozumie wszystkie mamowe matamorfozy, jakie zostały przedstawione na obrazkach, ale i tak świetnie się bawimy. A już na pewno ja się świetnie bawię. Bo autor na każdej stronie trafia w dziesiątkę w wielu kontrastowych odsłonach ukazując multizadaniową Panią Ogniska Domowego żonglującą codziennymi obowiązkami. Na pewno każda mama wie co to znaczy łączyć w sobie delikatność małego kotka z twardą skórą nosorożca i jak to jest w jednej chwili śpiewać jak anioł, a w drugiej ryczeć jak lew i na odwrót. Każda mama jest przecież jednocześnie malarką i siłaczką, aktorką, fotelem, klaunem i czarodziejką. Po prostu supermamą.

Ta książeczka dedykowana jest nieco starszym dzieciom, które mają już nieco więcej wiedzy o otaczającym ich świecie, ale barwne obrazki i krótkie, proste zdania sprawiają, że i moja niemalże półtoraroczna córka słucha i ogląda tą pozycję z prawdziwą przyjemnością. Mali i duzi czytelnicy mają przyjemność poznać pewną mamę widzianą oczami dziecka – towarzyszą jej w codziennej krzątaninie i obserwują jak wiele różnych cech charakteryzuje ich rodzicielkę i jak wiele ról przyjmuje każdego dnia. Bo mamy zmieniają się jak w kalejdoskopie i potrafią dostosować się do danej sytuacji niczym kameleony – czasami mamę z obrazków można poznać jedynie po kwiecistości szlafroka, tak wiele łączy w sobie sprzeczności.

Kartonowa książeczka z zaokrąglonymi rogami jest wytrzymała i bezpieczna, a jej niewielki format i grube strony są przyjazne małym rączkom, dlatego można czytać ją wspólnie, jak i spokojnie dać dziecku do samodzielnego oglądania. Jedynym szczegółem, który osobiście nie bardzo mi się podoba są oczy głównej bohaterki. Są jakoś niepokojące, choć nikt poza mną dotychczas tak nie uważa. Za to uwielbiam autora za umieszczenie tuż przy nich „kurzych łapek” od częstego uśmiechu.

To ciepła, przesympatyczna historyjka o docenianiu szczegółów codziennej pracy mam, które dzieci zaczynają dostrzegać dopiero z czasem. Tak naprawdę dopiero kiedy dorastają i same mają dzieci.

Bajkowa wyobraźnia autora stworzyła małe dzieło sztuki. Polecamy wszystkim dzieciom, ale przede wszystkim każdej SUPERMAMIE w dniu jej święta i na co dzień.

Anthony Browne, Moja mama, Warszawa: Wydawnictwo Dwie Siostry, 2016, 24 s.

Okołoksiążkowy miszmasz: Co znalazłam w majowym Bookowym Pudle.

W maju pozwoliłam sobie na sporo książkowego szaleństwa – jednym z nich jest Bookowe Pudło, na które skusiłam się ze względu na jego hasło przewodnie „Książka z mrożoną herbatą”. Kocham książki, kocham herbatę i kocham lato – po prostu musiałam je mieć!

Paczucha dotarła już w piątek 19.05. Niestety Pan Kurier musiał się nieźle naświecić oczami, bo przesyłka była dosłownie w strzępach – usztywniana kartonowa koperta (o ironio, z czerwoną naklejką „ostrożnie!”) została rozdarta po całej długości. Któryś z nieszczęsnych pracowników poczty próbował ratować sytuację za pomocą szarego papieru i opasek do łączenia kabli, z miernym skutkiem. Na szczęście niczego nie brakowało.

A oto co kryło się wewnątrz mojej biednej, sponiewieranej paczki:

Książka „Oto jestem” Jonathan Safran Foer – na jej widok dosłownie aż podskoczyłam z radości – czaiłam się na tą pozycję, ale sama raczej bym jej sobie nie kupiła (niezła cegiełka, a w dodatku nowa okładka nie pasuje do mojego „Strasznie głośno, niesamowicie blisko”, chociaż jest przepiękna!).

Słoik – kubeczek ze słomką i zakrętką – to prawdziwy cud, że szklany kubek przetrwał wszystkie nieprzyjemności, które spotkały moją paczkę po drodze, musi być iście pancerny! Super, że zakrętka jest plastikowa – może to odrobinę mniej eleganckie, ale wszystkie metalowe zakrętki z mojej kolekcji butelek do picia zardzewiały wokół słomki.

Porcja zielonej herbaty z pigwą – pachnie bosko, aż szkoda ją wypić! W dodatku samo opakowanie jest bardzo ciekawe.

Foremka do lodu w kształcie jabłuszek – nie załapała się na zdjęcie, bo spełnia swoją funkcję w odmętach zamrażarki.

Z zawartości, jestem ogólnie zadowolona – książka to dla mnie strzał w dziesiątkę, a gadżety bardzo dobrze oddają tematykę boxa. Zabrakło mi trochę stricte książkowego akcentu – na przykład niepowtarzalnej zakładki do książki, czy pocztówki z inspirującym cytatem. Mały minus też za brak pudełka samego w sobie – dla ochrony w trakcie podróży no i dla klimatu, tego specyficznego dreszczyku emocji jaki powoduje podnoszenie pokrywy pudełka ;)

Z czystym sumieniem wystawiam ocenę 4+. Bardzo fajna paczka, niewiele brakuje do ideału.

Bookowe pudło znalazłam na http://www.bookowepudlo.com.pl/

Czas na czytanie: „Dziewczyna z pociągu” Paula Hawkins

„Dziewczynę z pociągu” zabrałam ze sobą w drogę do Warszawy – trzy godziny w jedną stronę, wciągający kryminał powinien sprawić, że kompletnie stracę poczucie czasu. A że pociągiem podróżuję raz na kilka lat, jest to spore wyróżnienie. „Będzie klimatycznie!” – pomyślałam. Ale niestety. Z ręką na sercu przyznaję, że ta książka zmieniła moje trzy godziny jazdy w najdłuższą podróż świata – jest po prostu przeraźliwie nudna! Po 120 stronach liczyłam pola rzepaku za oknem, żeby tylko nie wracać do Rachel i jej żałosnego, samotnego i szaro-burego jak flaki z olejem życia. W drodze powrotnej (jako że było już ciemno za oknem i rzepak był już niewidoczny) zasnęłam w trakcie lektury. Dwa razy.

I nie mówię, że pomysł jest zły – sama fabuła jest całkiem ciekawie skonstruowana, intryga, motyw, rodzinne problemy i sama zagadka naprawdę miały potencjał. Ale moim zdaniem wszystko zostało zaprzepaszczone przez zdecydowanie za długi wstęp, kiedy to niby coś się dzieje, ale tak naprawdę słychać cykającego w tle świerszcza (spokojnie można czytać tą książkę mniej więcej od 200 strony bez większych strat w fabule) i płytkich, nieciekawych bohaterów. Sam morderca pod koniec robi się całkiem ciekawy, ale cała akcja trwa może ze 3 strony. I to jest jedyny przykład jakiejkolwiek próby pogłębienia psychologicznego postaci.

IMG_20170520_051922_899

Rozczarowana swoim nieudanym życiem Rachel uprzyjemnia sobie egzystencję obserwując jeden z mijanych domów, widoczny przez okno pociągu. Fantazje na temat życia pewnej, oglądanej dwa razy dziennie pary są jej sposobem na radzenie sobie z rutyną, a ucieczka w świat wyobraźni pomaga jej nieco rozwiać mroki samotnej codzienności. Pewnego dnia dostrzega jednak coś, czego widzieć nie powinna i okazuje się, że jej wyidealizowana historia nie ma za wiele wspólnego z rzeczywistością. Pogrążona w depresji i chorobie alkoholowej bohaterka znajduje cel, a pomoc w odkryciu prawdy staje się jej motorem do działania. Niestety, Rachel – detektyw jest równie nudna, pozbawiona refleksji i głębi, co bierna Rachel – skopofilka.

To smutna historia o uzależnianiach – od alkoholu, od mężczyzny i od kłamstwa. Po tak zachwalanej i rozdmuchanej medialnie pozycji spodziewałam się jednak znacznie więcej – dreszczu niepokoju, demonicznego czarnego charakteru, narodzin geniusza zła. Tymczasem, mimo coraz większej ilości informacji, które czytelnik ma szanse poznać, same postacie stoją w miejscu. Mimo kolejnych życiowych doświadczeń, ich charaktery nie ulegają zmianom, nie rozwijają się, nie ewoluują – jedna wielka stagnacja. I choć pod koniec okazuje się, że psychika zbrodniarza jest całkiem ciekawa i naprawdę przerażająca, w jego przypadku nie zostaje nam dane dowiedzieć się przyczyn tych odchyłów. Szkoda.

Zakończenie również wydaje mi się nieco naiwne, szczególnie jeśli chodzi o działanie wymiaru sprawiedliwości, kiedy to osoba winna zabójstwu wieczorem jest już na wolności i w dodatku opuszcza miasto. Nie wydaje mi się, żeby w rzeczywistości wszystko poszło równie gładko.

Dobry pomysł, świetny marketing, duże litery, zmarnowany potencjał i sporo nudy. Nawet nie chcę sobie wyobrażać filmu na podstawie tej pozycji.

Paula Hawkins, Dziewczyna z pociągu, Warszawa: Świat Książki, 2016, 328 s.

Bajki Majki: „Myszka” Dorota Gellner z ilustracjami Dobrosławy Rurańskiej

„To jest myszka.
Bardzo miła.
Właśnie nam się ukłoniła.
Kto nie widział,
Niech żałuje.
Ja widziałam.
Nie żartuję!”

Na zakup „Myszki” zdecydowałam się w ciemno, zachęcona powalającym sukcesem książeczki „Koala nie pozwala” – to druga propozycja wydawnictwa Bajka dla najmłodszych, utrzymana w takim samym formacie i wydaniu.

I oczekując czegoś podobnego do naszego ukochanego „Koali” mocno się zdziwiłam. Bo „Myszka” jest zupełnie inna. Długo nie mogliśmy się do niej przyzwyczaić – mi nie pasowała, bo pierwsze słowa tekstu mówią o smutku. Tacie nie spodobało się, że antropomorficzna myszka, na drugiej stronie, obrażając się pokazuje mu pośladki. Maj z początku nie miała dość cierpliwości, by wysłuchać spokojnie dłuższych części tekstu i coraz szybciej przerzucała strony gubiąc się nieco w niezwykle szczegółowych, pełnych detali ilustracjach.

„Koala” jest sympatyczny, zabawny i bezkompromisowy. „Myszka” za pomocą wpadającego w ucho wierszyka, wspomagając się malutką bohaterką, wprowadza młodych słuchaczy w skomplikowany świat wszędobylskich emocji. Szczególnie te negatywne nie są łatwe do opanowania – złość, strach, smutek, tęsknota i nadąsanie. Myszka jest jednak bardzo dobrym przewodnikiem po świecie uczuć i dzięki niej dowiadujemy się, że te mniej przyjemne emocje przeplatane są zazwyczaj tymi bardzo pozytywnymi – śmiechem, radością, zawstydzeniem, miłością. A płakać można nie tylko ze smutku, czy złości, ale i ze szczęścia.

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, ale kiedy podjęliśmy wysiłek bliższego poznania, Myszka stała się jedną z najukochańszych przyjaciółek Bobasy. Wierszyki znamy już niemalże na pamięć, a obrażalska bohaterka służy nam na co dzień często przywoływanym przykładem podczas majkowych fochów. Za to fragment o tęsknocie towarzyszy nam w trakcie każdej tatusiowej delegacji. Na pewno wykorzystamy „Myszkę” kiedy Maja na dobre zacznie poznawać własne odczucia i emocje, na razie jest balsamem dla duszy Mamy.

Piękna historia na trudne tematy, bajkowe ilustracje i urocza bohaterka – obok „Myszki” nie można przejść obojętnie.

Dorota Gellner, Dobrosława Rurańska, Myszka, Warszawa: Wydawnictwo Bajka, 2016,
24 s.

Czas na czytanie: „Wszyscy ludzie generała. Szalona i przerażająca opowieść o tym, jak wygląda amerykańska wojna w Afganistanie” Michael Hastings

Już jakiś czas temu uczciwie przyznałam, że mimo całej mojej sympatii do historii, jeśli chodzi o współczesne wojny jestem niestety kompletną ignorantką. Taki chyba urok systemu edukacji, na który się załapałam – w każdej szkole poznałam dokładnie przekrój przez wszystkie rodzaje egipskiej piramidy (nie narzekam, kocham starożytność całym sercem!), ustrój polityczny greckich polis, metodę trójpolówki i mroki średniowiecza za to na współczesność jakoś zawsze zabrakło czasu. Ale to nic bo „spokojnie, nadrobicie to w gimnazjum/liceum/dokończycie sami przygotowując się do matury”. Nie wiem, czy wciąż kultywuje się w szkołach ten zwyczaj, bo podstawy programowe, podręczniki i siatki zajęć zmieniają się już chyba co roku, ale coś czuję, że na lekcje historii zawsze będzie za mało czasu. Szczególnie, kiedy można w zamian dodać godzinkę, czy dwie religii. Całe szczęście na maturze współczesność mi się nie trafiła, bo nie dam głowy, czy znalazłabym na mapie ten cały Afganistan, nie mówiąc już o tym kto z kim i właściwie dlaczego.

Podobnie jak w przypadku „Rekinów wojny” na początku czytało mi się bardzo ciężko, właśnie z powodu zatrważających braków w edukacji. Ale Hastings okazuje się być świetnym gawędziarzem i nawet nie zauważyłam, kiedy wsiąknęłam w książkę na dobre.

Autor, jako dziennikarz gazety Rolling Stone, planuje przeprowadzenie wywiadu z generałem Stanley’em McChristalem –  głównodowodzącym wojną w Afganistanie – dzięki czemu zyskuje nadzwyczajną przepustkę do hermetycznego światka wojskowej elity. Ma możliwość towarzyszenia generałowi i jego ludziom w podróży po świecie i w stu procentach wykorzystuje szansę obnażenia ich prawdziwych twarzy. Szczególnie, że generał kreowany jest raczej na gwiazdę rocka i „równego gościa”, niż na poważnego i szacownego męża stanu. I mimo niewątpliwych zasług na polu militarnym, luźne zachowanie jego zespołu uczciwie opisane w artykule Hastingsa, doprowadza do dymisji generała. Prawdę mówiąc skandaliczne zachowanie ludzi u samego szczytu władzy nie zrobiło na mnie dużego wrażania. Czym jest w końcu brak zrozumienia dla ludności cywilnej, lekceważący stosunek do zwierzchników, skłonność do przekleństw, czy nadmierne imprezowanie wojskowych przy przewinieniach władzy cywilnej, która ową wojnę rozpoczęła i kontynuuje?

„Wszyscy ludzie generała” to w moim odczuciu bardziej portret wojny, niż samego McChristala.

„Wojna została zdemaskowana jako Gigantyczny Aparat Kłamstwa (…). Wojna wydawała się jednym wielkim przekrętem.”

Wspomnienia dziennikarza z podróży, którą odbył wraz ze sztabem generała McChristala przeplatają się z rozdziałami przybliżającymi historię i sytuację wojny. Podczas, gdy generał odbywa tournée po Europie, próbując przekonać natowskich sojuszników, że jednak wygrają tę wojnę, sama sytuacja w Afganistanie okazuje się być znacznie bardziej zagmatwana.

Autor przedstawia medialną wartość konfliktu zbrojnego i jego wykorzystanie podczas kampanii wyborczej, przy jednoczesnym braku realnego zainteresowania problemami Afganistanu.

„Sytuacja w Afganistanie jest tak zagmatwana, że nawet sami Afgańczycy nie rozumieją Afganistanu.” – zaczyna jedno ze swoich wystąpień McChristal.

Brak zrozumienia kultury, mentalności i ustroju politycznego Afgańczyków widoczny jest szczególnie w próbie wprowadzenia demokracji w kraju, który jej nie chce i nie rozumie. W jednym z najbiedniejszych krajów świata, gdzie gdzie zaledwie 28% ludności potrafi czytać i pisać, ogarniętym wojenną zawieruchą od ponad 30 lat, gdzie „bojownik” jest oficjalnie wykonywanym zawodem. W kraju pełnym podziałów etnicznych, gdzie niechęć wobec zmian wynika z głęboko zakorzenionego kulturowego konserwatyzmu. Jednak „wprowadzenie demokratycznych rządów” jest na tyle atrakcyjnym hasłem, że kompletnie zignorowana zostaje jawna korupcja i oszustwa wyborcze – Amerykanie ignorują głosy rozsądku byleby tylko nie musieć przyznawać się do sromotnej porażki, brnąc w zaparte, przemieniając wojnę w medialną szopkę. I tak właściwie wygląda cała wojna, której bezsensowność tchnie z każdej kolejnej przewracanej kartki – od nacisków politycznych podczas sprawowania władzy, przez wspieranie watażków, zbrodniarzy i baronów narkotykowych, aż po ograniczenie żołnierzom prawa do używania broni nawet w sytuacjach zagrażających życiu.

Jak to się stało, że wojna z Al-Kaidą, która miała być odwetem za 11 września stała się wojną z najechaną przez amerykanów ludnością, w której nikt tak naprawdę o terrorystach nie pamięta? Kiedy celem staje się narzucenie demokracji, cofnięcie sytuacji w kraju do lat 70., jeszcze sprzed najazdu sowietów, gdy panował w Afganistanie krótkotrwały pokój? Kiedy celem przestało być likwidowanie kilkudziesięcioosobowej organizacji terrorystycznej, a stało się umożliwienie niezliczonym rebeliantom powrót do społeczeństwa? Tekst Hastinga wymienia kolejne absurdy niemalże w podpunktach.

„Wszyscy ludzie generała” to wreszcie opowieść o pracy korespondenta wojennego, która staje się bardziej uzależnieniem, niż zawodem. Autor na własnym przykładzie prezentuje sylwetkę „wojennego ćpuna” przedkładającego możliwość uzyskania dobrego materiału ponad własne bezpieczeństwo, nie potrafiącego funkcjonować bez kontaktu z wojenną zawieruchą. Przygotowując materiał o McChristalu doświadcza klasycznego dziennikarskiego dylematu – polubił członków sztabu generała, został przez nich ciepło przyjemny i sympatycznie potraktowany. Jest wdzięczny za możliwość uczestnictwa w ich życiu zawodowym i rzadki przywilej obserwowania d kulis pracy jednego z najważniejszych wojskowych sztabów dowodzenia. Z tego powodu odruchowo nie chce zawieść pokładanych w nim nadziei i musi walczyć z pokusą ukazania ich w jak najlepszym świetle. Szczególnie, że niepochlebną opinią ryzykuje utratę dostępu do dalszych materiałów, ewentualny proces lub oczerniającą go kampanię. Uznając dziennikarstwo za rodzaj uczciwej transakcji decyduje się napisać obiektywną diagnozę systemu dowodzenia wojną, nie spodziewając się jaki rozdźwięk uzyska jego artykuł.

„… byli oni zupełnie niekontrolowaną siłą, która wypinała się na cywilne dowództwo i za nic miała zwierzchność. (…) kulisy jednego z najbardziej zuchwałych ataków na cywilną kontrolę nad wojskiem, jakiego kiedykolwiek dopuścili się generałowie z Pentagonu…”

„Wszyscy ludzie generała” to książka będąca rozbudowaniem wydrukowanego na ramach gazety Rolling Stone artykułu umiejscowionego w szerszym kontekście historyczno-politycznym. To kawał dobrego reportażu o mrocznym i ponurym absurdzie wojny. W dodatku wciąż aktualnego. Mimo, że od jego napisania minęło już 7 lat, kadrowe zawirowania sprawiają, że ci sami ludzie wciąż znajdują się u szczytu władzy. I tym bardziej interesującego, że sam Hastings zginął w podejrzanym wypadku samochodowym niedługo po opublikowaniu tej książki.

Za lekturę dziękuję wydawnictwu Znak Literanova.

Michael Hastings, Wszyscy ludzie generała. Szalona i przerażająca opowieść o tym, jak wygląda amerykańska wojna w Afganistanie, Warszawa: Wydawnictwo Znak Literanova, 2017, 480 s.

Bajki Majki: „Bardzo głodna gąsienica” Eric Carle

Bardzo głodna gąsienica, to kolejny bohater książeczki dla dzieci, z którym osobiście bardzo się identyfikuję. Żarłoczna malutka gąsieniczka od razu po wykluciu rozpoczyna wędrówkę w poszukiwaniu czegoś pysznego do zjedzenia. Niesamowita z niej szczęściara, bo na swojej drodze trafia na same smakowitości – od owoców, przez listki aż po czekoladowe ciasteczko i kiszonego ogórka. A że straszny z niej obżartuch, to próbuje wszystkiego i to wcale nie po troszku. Suma summarum pod koniec lektury nie jest już „ani mała, ani głodna”, za to idealna do przepoczwarzenia się w motylka. Jaki z tego morał dla maluszków? Jedz grzecznie wszystkie smaczne kąski, które podsuwa Ci mama, a wyrośniesz na pięknego motylka. Albo tłuściutką, ale szczęśliwą gąsieniczkę ;)

Razem z zieloną bohaterką dziecko poznaje nazwy przysmaków, ich kolory, dni tygodnia i liczby. Ponadto uczy się ciekawości otaczającego go świata przyrody.

Wszędobylska gąsieniczka jest urocza, a ilustracje Erica Carle wyjątkowe. Dodatkowo książeczka jest niemalże pancerna, a „stopniowane” strony i malutkie dziurki zachęcają małe paluszki do aktywności – doskonały trening w przewracaniu kartek i pokazywaniu przedmiotów palcem.

Genialna pozycja i dla łakomczuszka i dla wybrednego niejadka. Gwarantuję, że i jednemu i drugiemu w czasie czytania pocieknie ślinka.

Eric Carle, Bardzo głodna gąsienica, Warszawa: Wydawnictwo Tatarak, 2015, 24 s.

Bajki Majki: „Krecik i sanki” Kateřina & Zdenĕk Miler i Małgorzata Strzałkowska

Dzisiejszego poranka powitała nas za oknem śnieżna zadymka. Niby powoli zaczynam się przyzwyczajać, że w Maju jak w garncu, ale muszę przyznać, że kolejny raz dałam się zaskoczyć. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło – śnieg w maju to idealny pretekst, żeby wrócić do pewnej przygody Krecika, którą zdążyłam już schować na przyszły sezon.

_20170510_085811
Gdańsk, 10.05.2017 – wiosna w pełnej krasie

„Krecik i sanki” to jednak z tych uroczych kartonówek, które kupiłam jeszcze będąc w ciąży. Krecik jest jedną z bajek mojego dzieciństwa i wciąż mam do niego spory sentyment. Jako, że Majka nie oglądała jeszcze animacji, ta historyjka jest jej pierwszym kontaktem Krecikiem i Sikoreczką.

Zimowa przygoda dobrze znanego i lubianego bohatera, zilustrowana przez czeski duet Kateřiny i Zdenka Miler, uzupełniona została prostym i wpadającym w ucho wierszykiem Małgorzaty Strzałkowskiej. Rozczarowany brakiem śniegu zimą Krecik postanawia napoić chmurkę wodą. Ona za to odwzajemnia mu się białym puchem niezbędnym do zimowych szaleństw. Prosta, sympatyczna historia tłumacząca najmłodszym czym jest i skąd tak właściwie bierze się śnieg.

Co prawda sam wierszyk jest jeszcze dla Bobasy trochę za długi i nieco znudzona przewracała strony zanim zdążyłam doczytać do końca, ale obrazki bardzo się spodobały. A że zajmują 90% powierzchni stron, to książeczka jest idealna do oglądania. Z drugiej jednak strony niewielki tekst nie sprawdzi się w przyszłości do nauki samodzielnego czytania, no i dziadkowie trochę na niego narzekają. Ale dla małego oglądacza książeczka jest w sam raz. Szczególnie, że dzięki niewielkiemu formatowi i porządnym, kartonowym stronom jest bardzo wygodna dla małych rączek i (jak narazie) nie uległa niszczycielskiej sile mojej małej Destrukcji. Bardzo przyjazna jest też cena – okładkowa to tylko 9,90.

Sympatyczna i klimatyczna, sprawdziła się zimą i doskonale pasuje do dzisiejszej aury ;)

Kateřina Miler, Zdenĕk Miler, Małgorzata Strzałkowska, Krecik i sanki, Warszawa: Wydawnictwo Bajka, 2015, 10s.

Czas na czytanie: „Przebudzenie króla” Maggie Stiefvater

Każda historia ma swoje zakończenie i w każdej książce kiedyś kończą się strony. A im bardziej jest wciągająca, tym koniec nadchodzi szybciej.

Zdecydowanie zbyt szybko skończyły mi się strony w „Przebudzeniu króla”. A zakończenie, choć zaskakujące, ani trochę mnie nie rozczarowało.

O ironio, w kruczym cyklu kumulują się wątki, których zazwyczaj unikam w książkach, bo po prostu za nimi nie przepadam. Ani za onirycznymi klimatami, gdzie zamazują się granice między snem a jawą, ani za zaburzeniami czasu, który nie płynie liniowo, a zapętla się i tworzy meandry (Nawet Terminatora znielubiłam, kiedy okazało się, że John Connor jest starszy od swojego ojca. Do dziś nie udało mi się zrozumieć jak to się stało…), ani za różnymi możliwymi wariantami zakończenia. A jednak ani jeden z tych motywów nie drażnił mnie w „Królu kruków”, to musi być jakaś magia.

_20170506_112028

Kolejnym zaskoczeniem jest fakt, że summa summarum skończyłam serię naprawdę lubiąc wszystkich bohaterów. Ronana uwielbiałam od samego początku – buntownik z wyboru, twardy z zewnątrz i miękki w środku, mający swój świat i swoje kredki, chamski, opryskliwy, troskliwy i rodzinny. Blue też dobrze wykorzystała mój kredyt zaufania – pozostała ekscentryczną marzycielką twardo stąpającą po ziemi. A hipokryzja i miłość do jogurtów tylko dodają jej uroku. Gansey, który posiada słabości, bywa bezradny i się myli jest znacznie bardziej ludzki, niż mogłoby się to wydawać w pierwszym tomie. Ale że znajdę w sobie sympatię dla zapatrzonego wyłącznie w siebie i swoje cele, pełnego kompleksów Adama, to naprawdę się nie spodziewałam. W relacji z Ronanem sporo zyskuje i, o dziwo, naprawdę da się lubić. Szczególnie w swojej okropnej Hondayocie.

Dopiero czytając ostatnie 50 stron zauważyłam jak bardzo seria o Kruczych Chłopcach przypomina mi mojego ukochanego Harrego Pottera – jest elitarna szkoła, wróżki i wiedźmy, zaczarowane lasy i magiczne stworzenia. Jest walka z różnicami klasowymi i społecznym wykluczeniem, a pochodzenie nie determinuje przyszłości. Jest akceptacja dziwności i odmienności. Jest heroiczna walka z własnymi słabościami i próby pokonania obezwładniającego strachu. Jest niezwykła siła uprzejmości, gdzie pełna szacunku prośba może zdziałać znacznie więcej niż twardy rozkaz. I w końcu jest magia miłości, przyjaźni i poświęcenia, która zwycięża nawet śmierć. Maggie Stiefvater odnalazła równie magiczny sposób na przekazanie młodemu czytelnikowi tych samych, uniwersalnych wartości. A jej fenomenalny cykl zasługuje na zaszczytne miejsce na liście moich ulubionych książek młodzieżowych, tuż obok serii J.K. Rowling.

Naprawdę korci mnie, żeby nabyć drogą kupna cały cykl i po prostu cieszyć się z samej świadomości posiadania go na półce (a półki są w moim domu na wagę złota). Szczególnie, że okładki są piękne, cudowne i rewelacyjne – równie magiczne jak tekst, który w sobie kryją. Książki to przyjaciele, dobrze jest mieć ich blisko.

To była prawdziwa przygoda, mam nadzieję, że moja córka trafi kiedyś na tą serię. Już ja się o to postaram.

Maggie Stiefvater, Przebudzenie króla, Warszawa: Uroboros, 2016, 462 s.